Rozmowa
Bogusław Sałagan, emerytowany oficer CBŚ (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)
Bogusław Sałagan, emerytowany oficer CBŚ (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Jest pan policjantem, na którego mafia wydała wyrok śmierci.

Na początku lat 90. szef śląskiej mafii Janusz T., ps. „Krakowiak”, miał powiedzieć, że „tak dalej być nie może. Że trzeba tego psa, co go podgryza, odstrzelić”. Podobnie zresztą jak jednego prokuratora nadzorującego śledztwo.

Mówi pan o prokuratorze Jerzym Gajewskim. Przekonał się pan, że groźby wobec was to nie były tylko słowa.

Po latach dowiedziałem się od jednego ze świadków koronnych, że gdy członkowie gangu po kolei zaczęli wpadać i trafiali za kratki, przekazywali tym, którzy pozostali na wolności, nasze aktualne adresy i zdjęcia. Paru gangsterów miało obiecywać Krakowiakowi, że spełnią jego „prośbę”, ale długo żaden się nie odważył. Wreszcie znalazł takich, którzy podjęli zlecenie zabicia mnie. Ale wcześniej zostali zatrzymani.

Gang Krakowiaka był jedną z najbrutalniejszych grup przestępczych w Polsce. Zajmował się handlem narkotykami, porwaniami, napadami i zabójstwami, w tym na zlecenie. W czerwcu 2019 roku Janusz T. wyszedł na wolność, spędził w areszcie 20 lat. Żyje pan w strachu?

Strach to może zbyt duże słowo. Po prostu wiem, że muszę uważać. Muszę ciągle patrzeć za siebie. Nie jest mi łatwo żyć z tą świadomością, ale takie są realia. I tyle. To był bezwzględny przestępca i kto wie, co przyjdzie mu teraz do głowy. Oczywiście wolę myśleć, że nie będzie już sobie zaprzątał mną uwagi, ale nie jest mi do śmiechu.

Bogusław Sałagan rozbił jeden z najgroźniejszych polskich gangów (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Ma pan ochronę?

Dostałem policyjną ochronę od razu po tym, jak świadek koronny powiedział o wyroku śmierci na mnie i na prokuratora. Potwierdziło się to zresztą podczas procesu w grudniu 2016 roku, kiedy to Krakowiak został prawomocnie skazany na 10 lat więzienia za podżeganie swoich ludzi do zabójstwa – ofiarami mieliśmy być właśnie my.

Jest ryzyko, że może się panu stać coś złego? 

Nie mogę mówić o ustaleniach policji. Powiem tak: ja już Krakowiaka nie tropię. Nie wiem też, czy on nadal ma do mnie żal. Zresztą nie rozumiem, czemu akurat do mnie? Przecież gdyby nie ja, tropiłby go inny policjant.

Ale wytropił go akurat pan. Jak to się zaczęło?

Na policję zgłosił się ktoś z Hotelu Warszawskiego w Katowicach. Do tamtejszego kasyna przyszła grupa mężczyzn, którzy domagali się wysokiej wygranej. Ta wygrana miała być tylko na piśmie, żeby mogli zalegalizować pieniądze pochodzące z przestępstw. Dostałem polecenie, żeby się temu przyjrzeć. Właśnie zacząłem pracę w nowo tworzonym wydziale do zwalczania przestępczości zorganizowanej w katowickiej komendzie wojewódzkiej.

Jak się okazało, pranie brudnych pieniędzy było zaledwie częścią działalności gangu. Ludzie Krakowiaka przemycali także kradzione samochody, wymuszali haracze oraz handlowali narkotykami. I, co ciekawe, między 1988 a 1999 rokiem działali całkowicie samodzielnie, nie podlegając chociażby pod mafię pruszkowską.

Dlaczego?

Chociażby dlatego, że Krakowiak zapewnił kryjówkę poszukiwanemu wówczas przez policję gdańskiemu gangsterowi Nikodemowi Skotarczakowi, czyli „Nikosiowi”. W nagrodę dostał wyłączność na kradzieże aut na południu Polski. Ludzie Janusza T. łupili je także na zachodzie Europy, przebijali u nas numery identyfikacyjne i sprzedawali z zyskiem do Rosji i na Ukrainę. W ten sposób dorobili się pierwszych większych pieniędzy.

Proces Krakowiaka toczył się przed sądem w Katowicach (Robert Krzanowski / AG)

Co dalej?

Stawali się coraz bardziej zuchwali. W styczniu 1997 roku Krakowiaka zatrzymaliśmy po raz pierwszy. Jednak nasza euforia nie trwała zbyt długo, bo sąd uznał wówczas, że przebijanie numerów kradzionych aut miało je jedynie odmłodzić, a nie zmienić ich tożsamość. Dwa tygodnie później Janusz T. wyszedł z aresztu. Wpłacił jedynie 10 tys. zł kaucji.

Od tego momentu Krakowiak myślał, że jest nietykalny. Zaczął dopuszczać się napadów z bronią i zabójstw. Przyjął na przykład od szefa szczecińskiej mafii, ps. „Oczko”, zlecenie zabójstwa rezydenta białoruskiej mafii w Polsce. Człowiek Krakowiaka pojechał do Szczecina i Białorusina zastrzelił. W sumie gangowi przypisywaliśmy co najmniej osiem zabójstw. Do tego porwania i napady na kantory.

Na przykład w Stalowej Woli, gdzie zginął właściciel kantoru.

Ja pamiętam skok gangu na kantor na Podhalu. Nie mieliśmy wątpliwości, że to oni, ale podczas okazania podejrzanych właściciel kantoru był przerażony. „Miłosierny Bóg im wybaczy” – powiedział tylko i ludzi Krakowiaka nie wskazał. Mimo że od napadu minęło już trochę czasu, bał się o siebie i swoją rodzinę. Nie wskazał sprawców.

Lęk był silniejszy.

To tylko dowodzi, jak byli bezwzględni ci ludzie. Zresztą podobnie przerażeni byli na przykład właściciele garaży, które gangsterzy wynajmowali na tak zwane dziuple. Najpierw wskazywali ludzi Krakowiaka, a potem byli zastraszani i odwoływali wszystkie zeznania.

Niesamowite, że trzon gangu miał przypominać włoską mafię. Jak z „Ojca chrzestnego”. Krakowiak podawał dzieci swoich ludzi do chrztu, kazał się całować w rękę. A przede wszystkim otaczał się osobami bezwzględnie mu oddanymi.

W ten sposób zorganizował całkiem pokaźny gang.

Po paru latach grupa liczyła około 100–130 osób i rządziła całym południem kraju. Krakowiak rezydował w Katowicach, a jego ludzie „pracowali” w mniejszych grupkach w innych miastach: Zawierciu, Opolu, Przemyślu czy we Wrocławiu, i płacili mu haracz. Krakowiak inwestował w ludzi, między innymi wysyłał ich do szkół policyjnych i na studia prawnicze. By później czerpać z tego profity.

Słyszałam, że jego pseudonim wziął się od tego, w jaki sposób traktował ofiary. Lubił kopać leżących, jakby tańczył krakowiaka.

Według innej wersji pseudonim pochodził po prostu od nazwy jego rodzinnego miasta, Krakowa. Pewnie ciekawi panią, jakim był człowiekiem?

Zdzisław Ł . z gangu Krakowiaka (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Poza tym, że był nałogowym hazardzistą?

Zaczynał od handlu alkoholem pod dancingami i restauracjami w Nowej Hucie. Bacznie przyglądał się, ile kupujący od niego wódkę ma gotówki, i jak widział, że ma dużo, dawał znak swoim ludziom. Ci napadali na klienta, okradali go, a Krakowiak podbiegał i udawał, że chce mu pomóc. Kiedyś taki okradziony mężczyzna wrócił do niego do bramy – bo tam prowadził swój handel – po wódkę i mówi: „Niech się pan nie przejmuje, ja mam jeszcze sporo gotówki tu, w skarpecie”. Więc Janusz T. znowu dał znak swoim ludziom, ale ci się w ogóle nie zorientowali, że mają gościa zaatakować drugi raz. Był potem na nich bardzo zły.

A jak robił się zły, to nie przebierał w środkach.

Swoich pracowników zastraszał, miał w garści ich rodziny. Lubił też wywozić do lasu tych, którzy mu podpadli. Kiedyś na metalowej lince ciągnął za autem adwokata. Mecenas obiecywał, że jedna ze spraw zostanie rozstrzygnięta po myśli Janusza T., ale tak się nie stało. W lesie obiecał zwrócić wszystkie pieniądze, które Krakowiak mu zapłacił. I oddał z górką.

W gangu Krakowiaka panowały zasady rodem z 'Ojca chrzestnego' (Grzegorz Celejewski / AG)

To prawda, że kreował się też na człowieka silnej wiary?

Gdy jakiś napad czy zabójstwo poszły po jego myśli, brał swoich najbliższych współpracowników i jechał do Częstochowy, pod święty obraz. Żeby podziękować Matce Boskiej za pomyślność. To był jego stały rytuał.

Gdy planował przestępstwo, wysyłał tam swoich „żołnierzy”, a sam wyjeżdżał w tym czasie na drugi koniec Polski. I głośno manifestował swoją obecność, żeby go zauważono, czym zapewniał sobie alibi.

Pewnie był kochającym mężem i ojcem? Dobrze zabezpieczył swoją rodzinę?

Miał żonę i pięcioro dzieci. Zapewne o nich zadbał, choć my skupiliśmy się w tamtym czasie wyłącznie na jego działalności przestępczej. Narady gangu odbywały się u Krakowiaka w domu. Żony robiły jedzenie i szły na górę, a mężczyźni zostawali na dole i rozmawiali. Co ciekawe, w domu nie było broni czy amunicji.

Mimo strachu ofiar udało się panu i pana ludziom zebrać dowody, które złożyły się na akt oskarżenia gangu Krakowiaka.

Czasami myślałem, że zostanę zwolniony z pracy za brak efektów. Koledzy odnosili kolejne sukcesy, a ja przez lata rozpracowywałem tylko Krakowiaka. Stał się moim oczkiem w głowie, wręcz obsesją. Wiedziałem, że to on stoi za kolejnymi przestępstwami, ale wciąż nie miałem na tyle pewnych dowodów, żeby go zatrzymać. Trudno było się przebić przez mur milczenia pokrzywdzonych, a jego ludzie byli mu bezwzględnie oddani. Zresztą Krakowiak miał też w swoim gangu świetnie zorganizowany wywiad. Działał sprawnie, ale jak się okazało, do czasu.

Aż pozyskał pan trzy osoby z grupy, które odważyły się zeznawać przeciwko swojemu szefowi?

Do rozbicia gangu przyczynił się przede wszystkim Wiesław Cz., ps. „Kastor”, były kulturysta, który został świadkiem koronnym. Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że do grupy przeniknął nasz przykrywkowiec.

Mówi pan o „Zwierzaku”, który między innymi wcielał się w zabójcę na zlecenie. Brał pan udział w zatrzymaniu Krakowiaka?

Do rozbicia gangu ściągnięto około 400 policjantów z kilku województw. Ja nie jechałem na miejsce, ale koordynowałem akcję w nocy z 18 na 19 stycznia 1999 roku, podczas której antyterroryści i policjanci CBŚ weszli  między innymi do domu Krakowiaka w Będzinie oraz członków jego grupy w całej Polsce. Janusz T. był totalnie zaskoczony. Od razu zadzwonił po swojego adwokata. Był pewien, że zaraz go wypuścimy.

Ile osób wtedy zostało zatrzymanych?

Około 60–70 osób – trzon grupy. Reszta gangu długo się ukrywała na Węgrzech, Słowacji czy w Niemczech. Tropiliśmy ich przez jakieś sześć–siedem lat. Także w Hiszpanii. Na przykład taki „Pyza”, człowiek Krakowiaka, wynajmował dom w malowniczej miejscowości nad Morzem Śródziemnym. Hiszpańscy policjanci, których poprosiliśmy o wsparcie, zastali u niego „Słowika”. „Skąd się znacie?” – zapytałem potem Pyzę. A on na to: „Idę sobie przez dworzec i nagle widzę biednego Polaka, to zaproponowałem mu pomoc. Zabrałem go do domu, wymyłem i nakarmiłem, a tu akurat weszła policja”.

Bogusław Sałagan prowadzi biuro detektywistyczne (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Co pan robi jako emerytowany oficer CBŚ?

Walczę o odzyskanie pełnej emerytury. W grudniu zeszłego roku Sąd Okręgowy nakazał jej przywrócenie. Uznał, że ustawa z grudnia 2016 roku mnie nie obejmuje, bo nie zajmowałem się zwalczaniem związków zawodowych, kleru czy Kościoła katolickiego. Ale Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA złożył apelację. Z tego, co się orientuję, na jej rozpatrzenie poczekam co najmniej dwa lata.

Na emeryturze założyłem biuro detektywistyczne. Prowadzę sprawy rozwodowe, które akurat należą do najłatwiejszych, a także bardzo skomplikowane, gospodarcze.

Żałuje pan dziś, że zajął się pan tropieniem gangsterów?

Nie, bo mam poczucie, że dzięki mojej służbie do więzienia trafił jeden z najbrutalniejszych polskich gangów. Myślę, że pomogłem społeczeństwu, a przecież to zawsze chciałem robić. Przyznam jednak, że jestem rozgoryczony. Bywało tak, że przez dwa–trzy miesiące nie było mnie w domu. Praca praktycznie 24 godziny na dobę. Dzisiaj zastanawiam się, czy na pewno było warto się tak poświęcać i narażać...

Podinspektor Bogusław Sałagan. Emerytowany oficer Centralnego Biura Śledczego. Służył 19 lat. Skończył Uniwersytet Wrocławski i Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie.