Rozmowa
Nasze zapotrzebowanie na bodźce dotykowe jest dużo większe, niż przeciętny człowiek sobie uświadamia (fot. Shutterstock)
Nasze zapotrzebowanie na bodźce dotykowe jest dużo większe, niż przeciętny człowiek sobie uświadamia (fot. Shutterstock)

Słowo "czułość" zrobiło furorę za sprawą przemowy noblowskiej Olgi Tokarczuk.

Olga Tokarczuk jest bardzo mądrą kobietą.

Chciałabym, żebyśmy dziś porozmawiały właśnie o miłości i czułości, która jest tej miłości emanacją.

Myślę, że wciąż nie doceniamy znaczenia dotyku. Jest taka jednostka chorobowa – karłowatość deprywacyjna. To niedorozwój fizyczny spowodowany właśnie brakiem czułości!

Już w XIX wieku zauważono, że dzieci w nieszczęsnych ochronkach były nie tylko słabiej rozwinięte intelektualnie, co można na różne sposoby tłumaczyć dzisiaj, z genetyką włącznie, ale były też niższe, drobniejsze. Ich organizmy cierpiały na tym, że nie były głaskane, przytulane, że nikt im w ucho nie mruczał czułym tonem, kiedy zasypiały. Że cierpiały na deficyty miłości, krótko mówiąc.  

Naukowcy kanadyjscy dowiedli, że czułość doznawana w dzieciństwie zmniejsza w organizmach dzieci produkcję białek prozapalnych, co pozwala zredukować ryzyko depresji i chorób sercowo-naczyniowych wiele lat później*. Niesamowite!

Niesamowite i fenomenalne jest to, że dziś dostajemy z laboratoriów naukowych dowody na to, iż pewne przeświadczenia, które część ludzi miała już kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu, są prawdą. Na przykład że dziecko pozbawione czułości czy miłości "gorzej się chowa", prawda? Dziś rozumiemy, dlaczego ono się gorzej rozwija, bo wiemy między innymi, że jego gospodarka hormonalna jest inna niż dziecka kochanego!

Żeby wyjaśnić związek między pozbawieniem dziecka bodźców emocjonalnych a jego rozwojem, musimy przyjrzeć się strukturze mózgowej zwanej podwzgórzem. Ono odgrywa główną rolę we wzbudzeniu emocjonalnym i stymuluje przysadkę mózgową do wydzielania hormonu wzrostu. Stąd zahamowania wzrostu u dzieci pozbawionych normalnej więzi uczuciowej z rodzicami. A pamiętajmy o setkach lat, kiedy nawet mimo odczuwania miłości do dziecka nie było zwyczaju okazywania tej miłości! Bo takie były normy kulturowe. Tylko prosta baba obłapia i obcałowuje, a i to nie każda, bo jak musiała iść w pole pańszczyznę odrobić, to obcałowywanie nie było jej w głowie.

Dziecko pozbawione czułości czy miłości 'gorzej się chowa' (fot. Shutterstock)

Dziś wiadomo też, że nawet to słynne: "Mamusia pocałuje, to przestanie boleć", jest prawdą! Dotykając kogoś z uczuciem, uruchamiamy wytwarzanie opioidów, które obniżają odczucie bólu.

Oczywiście, że tak. Wiemy też doskonale, jaką krzywdę – do końca życia! – może dziecku zrobić to, że w dzieciństwie było bite. Albo że "tylko" na nie wrzeszczano. Taki krzyk wywołuje w mózgu trwałe zmiany, podobnie jak przemoc fizyczna. 

Dziecko uczy się konfrontacyjnej relacji z otoczeniem? Jest nastawione na walkę, obronę?

Ogólnie można powiedzieć, że jest nastawione na obronę przed zagrażającym, złym światem, a ta obrona może być w różny sposób realizowana. Czasem to idzie w bierność, unikanie, wycofanie się…

I wtedy widzimy te zamknięte w sobie, potulne dzieci, o których wszyscy mówią, że "nie mamy z nimi kłopotu"?

Oczywiście. Grzeczniutkie aniołki, które się nauczyły, że najmniej od życia obrywają, gdy nie przeszkadzają innym. U innych dzieci to idzie w kierunku ukształtowania postawy bezpardonowej walki. Natomiast u wszystkich wpływa na struktury mózgowe zaangażowane w emocjonalność, a także na te fragmenty kory mózgowej, które 15 czy 20 lat później, już w dorosłości, będą odpowiadały na przykład za rozumową, intelektualną kontrolę swoich zachowań. Zmienia się budowa ciała migdałowatego czy zakrętów skroniowych. Te struktury się słabiej rozwijają po prostu, mniej jest w nich istoty szarej, budulca kory mózgowej. I z tym się nic nie da potem zrobić. Mózg ma określony harmonogram rozwoju i nawet jeśli zacznie doznawać czułości i tkliwości w 40. roku życia, to nie da się nadrobić procesów rozwojowych, dla których matka natura przewidziała czas 38 lat wcześniej.

Taki człowiek będzie miał emocjonalne deficyty?

Tak. Oraz niższy poziom inteligencji, braki w intelektualnej, poznawczej kontroli nad swoimi zachowaniami. Będzie działał impulsywnie, nie bacząc na skutki. Biolodzy tłumaczą, że dzieci, które doznają przemocy, są narażone na stałe lub niezwykle częste pobudzanie osi stresu – od przysadki mózgowej, podwzgórza po korę nadnerczy. Ona wytwarza hormony stresu: kortyzol, adrenalinę itd.; cierpią więc na nadobecność tych hormonów we krwi. A to z kolei hamuje rozwój wielu ośrodków mózgowych, szczególnie w korze nowej, co się później wiąże ze zmniejszonymi możliwościami koncentracji uwagi, sprawnego myślenia, rozumowania, dobrego podejmowania decyzji. Te wszystkie ośrodki pod wpływem lat spędzonych przy nadpobudzonej osi stresu gorzej się rozwijają. To jest źródło wielu nieszczęść w rozwoju człowieka.

Mówiąc o absolutnie podstawowych potrzebach człowieka, trzeba chyba zacząć od badań Harlowa z końca lat 50. ubiegłego wieku nad szympansami?

Nad rezusami. Tytuł pracy opublikowanej przez Harlowa w 1958 roku brzmiał "The nature of love". Ma pani świadomość, jakie to były niesamowicie ważne badania?! Do czasów Harlowa sądzono, że podłożem miłości, która się rodzi między dzieckiem a opiekunem, jest…

Głód!

Micha! Tak.

A wtedy sprawdzono, czy nie chodzi jednak o posiadanie przez opiekuna innej cechy, jaką jest miękkość, zachęcająca do wtulenia się. Do klatek małpek włożono sztuczne matki: jedne zrobione z miękkiego materiału, niewyposażone w mleko, drugie zrobione z drutu, nieprzytulne, ale z uchwytem na butelkę z mlekiem. Małpki spędzały na drucianych karmicielkach tylko tyle czasu, ile potrzeba, aby zaspokoić głód. Zaraz potem przeskakiwały na matki przytulne, miękkie. I wtulone w nie spędzały wiele godzin. 

To są absolutnie wstrząsające badania! Zawsze, kiedy mówię studentom o rozwoju emocjonalnym, to zaczynam właśnie od badań Harlowa. Czy wie pani, że one zostały przeprowadzone niejako przez przypadek? Harlow badał, jak naczelne radzą sobie z rozwiązywaniem problemów, ale miał kłopot, bo okazało się, że co kilka dni z tymi rezuskami w ogóle nie dało się pracować. On przedstawia im nowe zabawki, a one się odwracają tyłem, wciskają się w kąt klatki i rozpaczliwie skowyczą. Harlow doszedł do tego, że te małpeczki są całkowicie wybite z normalnego trybu postępowania w dni, kiedy w małpiarni jest gruntowne sprzątanie. A ono zaczyna się od tego, że ich wszystkie kołderki, kocyki, szmatki są zabierane do prania. A potem klatki są dokładnie czyszczone.

Sztuczne matki z eksperymentu Harlowa (fot. Domena publiczna)

Wtedy rezusy nie miały kontaktu ze swoimi mamami?

One w ogóle nie miały kontaktu ze swoimi matkami. Ludzie zawsze dawali sobie prawo nieludzkiego postępowania wobec zwierząt, proszę pani.

Harlow miał różne koncepcje wyjaśniające cykliczne zmiany zachowania małpek: że to zapach tych środków czyszczących, że tamto, że śmo. A okazało się, że szmatki i kocyki były dla nich namiastkami istot, od których mogły doznawać czułej delikatności! Oddanie im tych kołderek i kocyków spowodowało, że usatysfakcjonowane małpeczki wracały do normalnego funkcjonowania, interesowały się stawianymi przed nimi zadaniami i problemami.

Niesamowite. Dziś badania Harlowa zostałyby uznane za absolutnie nieetyczne.

Na rok odizolować rezusa nie tylko od matki, ale od jakiegokolwiek przedstawiciela stada?! Nie jestem pewna, czy jakaś komisja etyczna wyraziłaby na taki eksperyment zgodę. W każdym razie konsekwencje tej izolacji były naprawdę niezwykłe. W przeogromnej większości przypadków po roku dawało to nieodwracalne szkody. Małpeczki po osiągnięciu dojrzałości nie dopuszczały nawet partnerów seksualnych! Jeśli to były samiczki, to nawet wtedy, kiedy przychodziła ruja. A jeżeli już zostawały matkami – ponieważ ludzie je przytrzymali, przymusili do kopulacji – nie było u nich śladu instynktu macierzyńskiego!

A więc to, co my nazywamy instynktami, pewni, że w gotowej postaci obdarza nas nimi natura, jest – po pierwsze – rezultatem działania pewnych ram, które faktycznie daje biologia, ale po drugie – oddziaływań w trakcie życia. I bez tych oddziaływań w dzieciństwie – bez doznawania opieki, czułości – okazuje się, że domniemany instynkt biologiczny jest niewystarczającym mechanizmem, żeby zapewnić funkcjonowanie w roli matki.

Dzieciaki urodzone przez te biorące udział w eksperymencie rezusy najczęściej umierały.

To jest nieskończenie smutne!

Mogłybyśmy rozmawiać o tym bez końca. Harlow ze swoim zespołem prowadził badania przez 30 kolejnych lat. Mnóstwo dzięki nim wiemy. Chociażby to, dlaczego dziecko zabrane do domu dziecka po to, żeby ratować mu życie, dramatycznie tęskni do rodziców i za wszelką cenę chciałoby do nich wrócić. Ono prezentuje coś, co się nazywa ambiwalentnym wzorem przywiązania. O tym też dowiedzieliśmy się dzięki małpeczkom Harlowa.

Harlow wprowadzał potworność w zachowania "matek" do przytulania, tych miękkich. Były ich cztery typy. Na jednych "matkach" montowano węże podłączone do kompresora i z tych węży co jakiś czas wylatywało bardzo silnie sprężane powietrze; nie dość, że było zimne, to jeszcze odrzucało małpki. To był jeden typ potwora. Z innej "matki" co jakiś czas wyskakiwały kolce. Ramię kolejnej, uruchamiane sprężyną, uderzało w małą małpeczkę.

Biło.

Tak. A czwarty typ to "matka", która zaczynała się trząść – był w niej zamontowany odpowiedni system – i małe małpiątko odpadało od niej.

We wszystkich przypadkach było tak, że małpeczki czekały, aż to potworne "zachowanie matki" minie, a potem wdrapywały się na nią i się w nią wtulały. Łkały i "opowiadały" o tym, co strasznego je spotkało. Rozumie pani? Szukały pociechy u sprawcy!

A zatem można kochać matkę potwora. Tak silna jest w nas potrzeba miłości, doznawania czułości, posiadania kogoś, dla kogo jesteśmy ważni. 

We wszystkich przypadkach było tak, że małpeczki czekały, aż to potworne 'zachowanie matki' minie, a potem wdrapywały się na nią i się w nią wtulały (fot. Domena publiczna)

Kluczowe w tym względzie są pierwsze tygodnie czy miesiące życia dziecka?

Większość badaczy stoi dziś na stanowisku, że kluczowych dla ukształtowania relacji przywiązania – nabrania pewności, że jest ktoś, dla kogo ja jestem bardzo ważna i do kogo zawsze mogę się zwrócić – jest mniej więcej pierwszych osiem miesięcy życia dziecka. Generalnie podkreśla się, że pierwsze 2–2,5 roku to czas ważniejszy niż następne lata. Dziś wiemy, że rozwój mózgu trwa dobre 30 lat, ale tempo między 25. a 30. rokiem życie jest oczywiście nieporównywalnie mniejsze niż w pierwszych latach życia. Dlatego tak istotne jest, żeby jeśli już rodzi się dziecko niechciane, zminimalizować okres jego przebywania w instytucjach, nawet jeśli w nich jest bardzo oddany i zaangażowany personel.

Żeby jak najszybciej zostało adoptowane.

Dokładnie.

A jeśli dziecko wychowuje się w biologicznej rodzinie i materialnie wszystko jest tam na tip top, ale matka go – powiedzmy wprost – nie kocha? 

Tylko John Bowlby, który zaczął badania nad przywiązaniem, do końca twierdził, że tak już jest ten świat skonstruowany: jest ta jedna osoba, do której przywiązanie odgrywa absolutnie podstawową rolę w życiu, i to musi być matka. Ale przecież wielu badaczy wykazało, że przeogromna większość dzieci nawiązuje głęboki związek emocjonalny nie tylko z matką, ale z kilkoma osobami. I każda z nich może dać dziecku to, co jest mu potrzebne do dobrego rozwoju. A tą najważniejszą osobą nie musi być matka.

Choćby ojciec. Bardzo ojców zaniedbałyśmy w tej rozmowie.

Może to być oczywiście ojciec. Może być ciocia, babcia. Proszę pamiętać, że w minionych wiekach powszechne było oddawanie dziecka po urodzeniu mamce i powrót tego dziecka – w najlepszym razie – jak miało trzy–cztery lata, a bywało, że jak miało sześć czy siedem lat! I jeśli te dzieci trafiły u tej babci, cioci, mamki – wszystko jedno – na cudowną, dobrą, ciepłą osobę, to wchodziły z nią w takie relacje, w jakie normalnie wchodzi się z matką. Dostawały w swoim rozwoju większość tego, co im było potrzebne.

Udowodniono też, że czułość wspomaga odporność. Cytat z badania Eliota na szczurach: "W ich mózgach jest więcej receptorów dla benzodiazepin (środków przeciwlękowych), (...) ich hipokamp (obszar w mózgu odgrywający decydującą rolę w przechowywaniu śladów pamięci) w mniejszym stopniu ulega degeneracji w okresie starości, a w związku z tym szczury zachowują większą sprawność poznawczą. (…) Czynności takie jak dotykanie, głaskanie, lizanie itp. w okresie po urodzeniu trwale zmniejszają u szczurów wrażliwość różnych układów na stres". Badania wykazały również, że dotykanie młodych szczurów wzmacnia ich układ odpornościowy – osobniki te wytwarzały więcej przeciwciał niż zwierzęta, które nie były dotykane.

Dokładnie tak. A benzodiazepiny, o których pani wspomina, to przecież substancje zawarte w antydepresantach.

Ciekawi mnie, czy wciąż spotyka się pani z matkami, które mówią: "Córkę tulę, bo ona tego potrzebuje, ale syna chowam na twardziela"?

Takie przeświadczenie wciąż się bardzo dobrze ma, choć trudno w to uwierzyć, prawda? Że chłopiec powinien być wychowany "twardą ręką", "po męsku", bez tkliwości, bez okazywania mu uczuć… Jeśli chcemy, żeby nam wyrastały pokolenia legionistów Chrystusa i im podobnych, to proszę bardzo! Wychowamy w ten sposób ludzi, dla których uczucia się nie liczą. No, może poza uczuciem zemsty, nienawiści.

A matka będzie tłumaczyć: "Twoja siostra taka delikatna była, tak potrzebowała się tulić, a ty, jak byłeś mały, nie chciałeś, nie garnąłeś się".

Tak, tak. I ta siostra to w przyszłości musi umieć się pochylić nad innym człowiekiem z troską. A jej brat to nie?!

Większość badaczy stoi dziś na stanowisku, że kluczowych dla ukształtowania relacji przywiązania jest mniej więcej pierwszych osiem miesięcy życia dziecka (fot. Shutterstock)

Wracając do rezusków, które pozbawione czułości nie radziły sobie w dojrzałym życiu – trafiłam na określenie, że wychowywani bez czułości przejawiają później "kompulsywną samowystarczalność, której towarzyszy obronne przedstawianie siebie jako wartościowego i niepodatnego na zranienie".

To się bierze stąd, że skoro poradziłam sobie ze zdarzeniem, które w dzieciństwie było dla mnie źródłem cierpienia, i na przykład otoczyłam się kokonem ochronnym, to potem tak właśnie usiłuję funkcjonować. "Nic mnie nie ruszy. Nic mnie nie zrani". Ten "zimny chów", czyli brak okazywania miłości, brak czułości, wyrządza człowiekowi trwałą krzywdę.

Jestem zafascynowana tym, jak bardzo – nawiązując do nazwy badań Harlowa – potrzeba miłości wypływa z samej natury człowieka i nie tylko człowieka. Ta potrzeba nigdy nam nie mija, prawda?

Ależ oczywiście! Ona pozostaje jedną z naszych najważniejszych potrzeb! Nasze zapotrzebowanie na bodźce dotykowe jest dużo większe, niż przeciętny człowiek sobie uświadamia. Gdybyśmy mieli nawyk, że jak mieszkamy z bliską osobą, to przy byle okazji się dotykamy, muskamy, głaszczemy po głowie, dotykamy dłoni, to jakość naszego życia byłaby wyższa. Naprawdę.

Czasami zadajemy sobie pytanie o to, jaka jest nasza natura. Jest i biologiczna, i społeczna, emocjonalna i intelektualna. Potrzebujemy dachu nad głową, żeby nam piorun do jaskini nie wpadł. Ale też tego, żeby – kiedy się boimy, czy on do jaskini, szałasu czy domu nie wpadnie – mieć kogoś, kogo potrzymamy za rękę, a on nas przytuli i powie: "Nie bój się, będzie dobrze".

I – jak już powiedziałyśmy – poziom stresu nam wtedy spadnie!

Oczywiście, że tak.

*Przygotowując się do wywiadu, korzystałam z opracowania Alicji Libury-Gil "Życiodajne znaczenie dotyku w procesie kształtowania się relacji przywiązania i tożsamości dziecka jako istoty psycho-fizyczno-duchowej", "Rola dotyku i propriocepcji w rozwoju dziecka" Bernadetty Lis oraz "Przytulania" Iwony Grabowicz-Chądrzyńskiej.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał Tu nie ma sprawiedliwości o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Rozmowy Anny Kality

Ta rozmowa jest kolejną z serii wywiadów Anny Kality o miłości.

Więcej rozmów Anny Kality