Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Ile lat miała Aurelia*, kiedy po raz pierwszy usiłowała odebrać sobie życie?

Dziesięć.

Czy od najmłodszych lat jest dzieckiem bardzo smutnym? Miała zdiagnozowaną depresję? 

Właśnie nie! Była bardzo wrażliwym dzieckiem, kochającym zwierzęta i niezwykle ciekawym świata. Bardzo wcześnie zaczęła chodzić, mówić. A kiedy poszła do szkoły, potrafiła czytać i pisać, dlatego pani nauczycielka proponowała, żeby od razu przenieść ją do drugiej klasy. Była taka mądra! Taka inteligentna! Wygrywała konkursy recytatorskie. A jak pięknie rysowała! Byłam z niej taka dumna…

Ciężko mi o tym rozmawiać, bo ja naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego coś zadziało się źle. 

A co konkretnie się zadziało?

To był koniec czwartej klasy. Zadzwonili do mnie, że Aurelka wyzywa rówieśników i nauczycieli. Że stosuje agresję słowną i fizyczną.

Może ktoś jej dokuczał, a ona się broniła?

Codziennie przychodziła z płaczem do domu i mówiła, że nikt jej nie rozumie i nikt nie chce się z nią bawić. Tyle że wychowawca twierdził całkiem co innego. Że to ona izoluje się od dzieci. Do dziś nie wiem, co się wydarzyło. Szkolna pedagog zasugerowała wizytę w poradni pedagogiczno-psychologicznej. 

Jaka była diagnoza? 

Zaburzenia zachowania. 

Bardzo ogólne stwierdzenie. Można pod to podczepić praktycznie wszystko. 

Wie pani, prawda jest taka, że minęły cztery lata, a ja wciąż nie wiem, co tak naprawdę się dzieje z moim dzieckiem. Córka jest jak bomba zegarowa: wszystko niby jest dobrze, ale wystarczy impuls i wybucha. I nie wiem, skąd to się bierze.

Wtedy w poradni zalecono psychoterapię, ale Aurelka spotkała się z psychologiem tylko dwa razy, bo zaraz wydarzyła się pierwsza próba samobójcza. Błaha sytuacja! Nie pozwoliłam jej wyjść z domu w krótkich spodenkach, bo na dworze było chłodno. Poprosiłam, żeby włożyła bluzę i spodnie. Zaczęło się! Płacz, wrzask, awantura tak ogromna, że nie byłam w stanie tego powstrzymać. Była strasznie pobudzona. Krzyczała: "Zabiję się", stojąc na parapecie. Wciągałam ją do środka, ale ona wpadała w szał i rzucała się do otwierania okna. Trwało to ponad godzinę. Totalny szał, którego nie byłam w stanie powstrzymać. Pogotowie zabrało ją do szpitala powiatowego 40 km od domu. 

Córka jest jak bomba zegarowa: wszystko niby jest dobrze, ale wystarczy impuls i wybucha (fot. Shutterstock)

To jest szpital psychiatryczny dla dzieci, tak? 

Tak. Aurelii nie dało się w żaden sposób uspokoić. Pielęgniarze musieli przyjść, by doprowadzić ją do środka. To był koszmar. Cytuję teraz z wypisu: "pobudzona psychoruchowo, płaczliwa, protestująca, zaprzeczała myślom i tendencjom samobójczym". 

A jednak córka została w szpitalu. 

Na ponad miesiąc: od 7 września do 10 października 2017 roku. Przez pierwsze półtora tygodnia nie mogłam jej odwiedzać. To jest zabronione, żeby dziecko się zaadaptowało.

Kiedy przyjechałam pierwszy raz, nie poznałam swojego dziecka. Szła korytarzem, dosłownie ciągnąc za sobą nogi, bo była tak nafaszerowana tabletkami. Nie było z nią kompletnie żadnego kontaktu. Przelewała się przez ręce. Siedziałam i płakałam tak jak teraz. Nie byłam w stanie z nią w ogóle porozmawiać.

Prawdopodobnie zmniejszono jej później dawkę leku, bo przy kolejnej wizycie już mi opowiadała, co się dzieje. Mówiła, że wystarczyło, że dziecko było niegrzeczne, krzyczało – a tam były dzieci w różnym wieku, najmłodszy chłopczyk miał 7 lat – a już było zapinane w pasy i dostawało zastrzyk. I nie było wypuszczane, dopóki się nie uspokoiło. Z tego, co Aurelia mówiła, dzieci były po prostu faszerowane tabletkami. A nie sztuką jest nafaszerować dziecko tabletkami i wypuścić po miesiącu do domu. 

A jaki był rezultat tej pierwszej hospitalizacji? Co lekarze stwierdzili? 

Mieszane zaburzenia zachowania i emocji. W wypisie jest – cytuję – że córka w trakcie pobytu nie przejawiała trudności w nawiązywaniu i utrzymywaniu relacji, zachowywała się na ogół poprawnie, a konflikty z innymi dziećmi miała sporadyczne. Chętnie współpracowała, zadania wykonywała starannie, nie zrażała się trudnościami… 

Brzmi to pozytywnie. I pasuje do bardzo dobrej, piątkowej uczennicy, którą córka była. 

Dokładnie. W wypisie napisano też, że Aurelka potrzebuje "wsparcia emocjonalnego", a także że należy wyznaczyć jej zbiór zasad i reguł oraz kar, z tym że "większy nacisk należy kłaść na nagrody, ponieważ ich skuteczność jest wyższa". Zalecany indywidualny kontakt z psychologiem. I przepisano hydroksyzynę: 50 mg dziennie. To były leki, które ją ogłupiały.

Dużo, nawet jak na dorosłą osobę! Córka brała lek codziennie przed wyjściem do szkoły? 

Tak. Była kompletnie wyciszona. Nic jej się nie chciało. Nic! A kiedy rówieśnicy jej powiedzieli, że się zupełnie inaczej zachowuje, zaczęła się buntować, że ona tych leków brać nie będzie.  

A co z zaleconym kontaktem z psychologiem? 

Była na jednej wizycie w poradni. Na kolejną w żaden sposób nie byłam w stanie jej namówić. Nie i koniec.

Kiedy wyszła ze szpitala, wzięłam w pracy urlop, żeby móc pobyć z nią w domu. Nigdy nie była wylewna, do tej pory tak jest. Jeśli sama chce, to mówi o uczuciach, ale na siłę nie da się z niej niczego wyciągnąć. Wtedy totalnie się zamknęła.

Ona dopiero rok temu tak szczerze ze mną porozmawiała i powiedziała, że nie wie, dlaczego to wszystko robi. Że ta złość gdzieś w niej jest i narasta, i ona próbuje się przed tym bronić, ale jej się to nie udaje. 

Złość, a nie smutek?

Nie wiem. Może pod tą złością jest smutek? Nikt od czterech lat nie jest w stanie postawić diagnozy, tylko w kółko "zaburzenia zachowania" i "zachowania adaptacyjne". EEG i rezonans mózgu nawet wykonałyśmy prywatnie i wciąż nie wiem, co się dzieje z moim dzieckiem. 

Kiedy była następna próba samobójcza?

9 maja 2018 roku. Znów błaha sytuacja: córka odmówiła odrabiania lekcji, znowu mówiła o samobójstwie. Wzięła nóż z szuflady i zamknęła się w pokoju. Udało mi się wyrwać jej ten nóż, ale – jak za pierwszym razem – była furia, były krzyki, wyzwiska. Znowu pogotowie. I ten sam szpital. To podczas tej hospitalizacji zaczęła się ciąć. 

Aurelii nie dało się w żaden sposób uspokoić. Pielęgniarze musieli przyjść, by doprowadzić ją do środka szpitala (fot. Shutterstock)

W szpitalu? 

Tak. Zamkiem od pościeli. Wyrwała zamek z poduszki czy kołdry i pocięła sobie ręce. Mimo to po trzech dniach wypisano ją do domu. Od razu powiedziano, że nie ma miejsc i Aurelka zostaje przyjęta tylko na standardowe trzy dni, ponieważ przywiozło ją pogotowie. 

Ale w tym czasie dziecko pocięło się na oddziale!

W wypisie stwierdzono, że nie przejawia myśli ani tendencji samobójczych, i odesłano nas z kwitkiem. Córka została wypuszczona bez leków. Po tym wszystkim postanowiłam zmienić jej szkołę i środowisko. Przeprowadziliśmy się. Oczywiście nie nagle! To było po wcześniejszych rozmowach. Aurelka była zadowolona. Mówiła, że chce zacząć od nowa w innym miejscu. Po pierwszych dniach wracała ze szkoły zadowolona. Wszystko ładnie, pięknie. Nie minęły dwa tygodnie – telefon. I zaczęło się od początku: wyzwiska i agresja w stosunku do rówieśników oraz nauczycieli. W tamtym czasie córka znalazła sobie starsze towarzystwo i w grę zaczęły wchodzić papierosy i alkohol. 

Ile miała lat? 

Dwanaście. Chwilę później znowu wyniknęła groźna sytuacja w domu. Była 21. Aurelka mówi, że na godzinę czy dwie pójdzie do koleżanki. Oczywiście nie mogłam się o tej porze na to zgodzić, więc zaczęła się awantura. Wtedy się przeraziłam, bo zamknęła się w łazience, a tam wiadomo – i żyletki, i lusterka. Wszystko. Straszyła, że podetnie sobie żyły. Wezwałam policję, było wyważanie drzwi. Aurelka kopała, wyzywała, wrzeszczała. Musieli ją obezwładnić…

Obezwładnić?

Policjant wziął jej ręce tak do tyłu i prosił, żeby się nie wyrywała, żeby jej nie zrobić krzywdy. Znowu przyjechało pogotowie. Zawieziono nas do szpitala dziecięcego na konsultację i stamtąd lekarz zadzwonił do szpitala powiatowego, gdzie córka już dwukrotnie była hospitalizowana. Powiedzieli, że nie ma miejsc i nie są w stanie przyjąć jej na oddział. Wtedy lekarz zadzwonił do szpitala w mieście wojewódzkim. Zgodzili się na konsultację.

Dotarłyśmy na miejsce o wpół do czwartej rano. Konsultacja trwała piętnaście minut. Nie wiem, o czym lekarz z Aurelką rozmawiał, ale stwierdził, że nie ma wskazań do hospitalizacji, i odesłał nas do domu. A przecież ja miałam ze sobą wszystkie dokumenty z poprzednich hospitalizacji! Była we mnie nadzieja, że to jednak lepszy szpital niż ten powiatowy i dziecko otrzyma w końcu konkretną pomoc. A tymczasem my po długich godzinach mordęgi nie otrzymałyśmy kompletnie nic. Wtedy już byłam załamana.

A za momencik córka pocięła się w domu. I trafiła do tego samego powiatowego szpitala. Tym razem na czteromiesięczną hospitalizację.

Gdzie pani znalazła pociętą córkę?

Siedziała u siebie w pokoju. Przypadkiem zauważyłam, że ręce ma pocięte od nadgarstków po łokcie i krew się leje. Wtedy pocięła sobie też nogi. 

Czy temu zachowaniu towarzyszyły silne emocje jak poprzednio? Płacz? Rozpacz? 

Właśnie wtedy nie było w niej żadnych emocji. I to mnie przeraziło! Zupełnie, jakby emocje były… wyłączone, zgaszone kompletnie. Wpadłam do pokoju. "Aurelka! Co ty robisz?!", a ona po prostu wzruszyła ramionami. Była obojętna. Znowu musiałam umieścić ją w szpitalu. Nie było miejsc, więc musiałam pójść do lekarza pierwszego kontaktu i poprosić o skierowanie dla córki na hospitalizację. 

Skierowanie? Po próbie samobójczej? Przecież do psychiatry w ogóle nie potrzeba skierowania. 

No właśnie, ale ja usłyszałam, że muszę mieć skierowanie dla dziecka i wysłać je faksem. W tamtym czasie Aurelka miała już kuratora, bo przecież ja sama wzywałam do domu policję. I razem z panią kurator zastanawiałam się, czy ten szpital to jest najlepsze rozwiązanie. Bo wiedziałam, że tutaj tylko dają leki, a dziecko nie uzyskuje żadnej innej pomocy. No ale nie byłyśmy w stanie znaleźć dla Aurelki lepszego ośrodka. 

Mówi pani, że hospitalizacja trwała cztery miesiące. To bardzo długo. Jak córka to przyjęła?

Dwa razy usiłowała uciec, ale ponieważ nie znała miejscowości, policja ją znajdowała i odprowadzała do szpitala. Po jakimś czasie się w nim zaaklimatyzowała. Tak mi się przynajmniej wydawało. Jak przyjeżdżaliśmy w odwiedziny, była wypuszczana do ogrodu, gdzie spędzała czas z innymi dziećmi na zabawie.

Lekarze stwierdzili, że Aurelka jest bardzo inteligentną osobą i potrafi manipulować ludźmi. Uznali też, że nie ma możliwości, by w tym momencie funkcjonowała między ludźmi. Że nie potrafi. I musi trafić do ośrodka wychowawczego. Byłam przerażona. Pisałam pisma do sądu, by przenieść córkę do innego szpitala, ale się nie udało.

Aurelia dwa razy usiłowała uciec, ale ponieważ nie znała miejscowości, policja ją znajdowała i odprowadzała do szpitala (fot. Shutterstock)

Słysząc "ośrodek wychowawczy", pomyślała sobie pani, że lekarze chcą wysłać pani 12-letnią córkę do więzienia?

Właśnie tak to odbierałam. Dlatego zrobiłam wszystko, co się dało, i ostatecznie Aurelka trafiła nie do ośrodka wychowawczego, lecz socjoterapeutycznego. Miała tam być od poniedziałku do piątku, a na weekendy wracać do domu. Po tygodniu powiedziała mi, że wszystko jest super, że bardzo jej się podoba, poznała tam koleżankę. Ale potem się okazało, że tej koleżance nie bardzo się podobało siedzenie w tym ośrodku, więc uciekały razem. 30 razy w ciągu trzech miesięcy! I to nie do domu, tylko do swoich rówieśników.

Aurelka potrafiła spać na klatkach schodowych, w melinach. A ja ciągle jej szukałam razem z policją. Słyszałam od niej, że jestem tą najgorszą, że jestem zła i niedobra. Miała do mnie straszny żal, że umieściłam ją w ośrodku socjoterapeutycznym. A przecież ja próbowałam ją ratować! Po tych 30 ucieczkach sąd w porozumieniu z dyrektorem szpitala psychiatrycznego uznali, że córka zagraża swojemu życiu, i Aurelka trafiła już do ośrodka wychowawczego. Nie było innego wyjścia. 

Ośrodek wychowawczy to nie poprawczak, ale jednak ośrodek zamknięty. Jest rygor. A córka miała przecież wciąż 12 lat?

Tak. 

Jak to zniosła?

Ciągle miała pretensje, że to wszystko, co się z nią dzieje, to jest wyłącznie moja wina. I do tej pory, szczerze powiem, tak twierdzi. Że te wszystkie ośrodki, to jej wieczne przenoszenie – to jest moja wina. I że alkohol i narkotyki, które w międzyczasie zaczęła brać, to też jest moja wina. 

W ilu ośrodkach wychowawczych była?

Ośmiu. W pierwszym wytrzymała półtora miesiąca i uciekła do domu. Chciała ze mną zostać. "Nie wzywaj policji", prosiła. I powiem pani, że dwa dni zaczekałam, zanim zadzwoniłam. Bo przecież ostatecznie musiałam zadzwonić. Przyjechał konwój. Krzyczała, że jestem złą matką, że jej nie rozumiem. Płakała. Tak jest za każdym razem.

Te miejsca, do których trafia, kompletnie nie zdają egzaminu. Jeśli dziecko nie umie się dostosować do zasad panujących w ośrodku, jest przerzucane z jednej placówki do drugiej. I tak to już trwa dwa lata.

A czy w tych ośrodkach córka otrzymuje pomoc psychiatryczną? Psychologiczną?

W tym rzecz! Z tego, co mówi, to konsultacje – jeśli były – trwały chwilę, kilkanaście minut. A teraz nie ma ich wcale, bo jest pandemia i do psychiatrów dziecięcych są kolejki. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie i powiedziała: "Mamo, przyślij mi jakieś tabletki. Coś na uspokojenie. Ja tu nie daję rady, tu są cały czas wrzaski i krzyki, a oni nie chcą ze mną iść do lekarza, bo nie ma miejsc. Trzeba czekać". 

A czy córka powinna jakieś leki przyjmować?

W grudniu przez jakiś czas była ze mną w domu i wtedy poszłyśmy do psychiatry. Zostały jej przepisane leki stosowane w leczeniu depresji i zaburzeń lękowych. Aurelka mówiła, że czuje się po nich dobrze: nie była ospała, a jednocześnie nie wpadała w złość. Pomagały jej funkcjonować i brała je z chęcią.

Kiedy znów trafiła do ośrodka, pani, która ją przyjmowała, zapytała mnie, czy córka bierze leki. Potwierdziłam, że tak, że powinna je zażywać. A jednak nie mogła zabrać ich ze sobą. Zasada jest taka, że będąc w ośrodku, powinna tam iść do psychiatry i to ten psychiatra powinien zdecydować, czy i jakie leki są córce potrzebne. 

Aurelka potrafiła spać na klatkach schodowych, w melinach (fot. Shutterstock)

A więc jest bez leków już od trzech miesięcy. Konsultacja psychiatryczna miała być na początku marca, ale ze względu na pandemię jeszcze się nie odbyła.

Najgorsze są te ciągłe ucieczki. Aurelka potrafi wracać do domu 450 km, sama, bez żadnych pieniędzy. Autostopem. 

A czy w ośrodkach córka podejmowała próby samobójcze? 

Rok temu wychowawca zadzwonił, że pocięła się na przedramionach, ale rany nie były tak głębokie, by jechać do lekarza i cokolwiek z tym robić.

I widzi pani, właśnie dziś się dowiedziałam, że Aurelka znowu ma zmieniany ośrodek. Nie wiem, dokąd trafi. I już teraz boję się, że znowu ucieknie. Sama. Że coś jej się stanie złego. Nie jestem w stanie pomóc swojemu dziecku i już nie wiem, co mam robić. Ona by tak strasznie chciała być w domu. I w grudniu ubłagałam sąd, by mogła do mnie wrócić. Dostała warunkowe zwolnienie. Zapisałam ją na zdalne lekcje, w których uczestniczyła. Była spokojna. Na czas wracała do domu. Aż nagle wyszła i nie było jej do czwartej nad ranem. Telefon wyłączony. Zero kontaktu. Zadzwoniłam do kuratorki. Nie mogłam inaczej.

Ona czasem potrafi zachowywać się normalnie i dostosowywać, ale po chwili idzie za tym swoim wewnętrznym głosem, mimo że wie, że robi źle. Wtedy idzie na ślepo.

A czy teraz udaje wam się ze sobą rozmawiać?

Nieraz siedziałyśmy razem na kanapie, rozmawiałyśmy i płakałyśmy. Aurelka w końcu zobaczyła, że ja jestem po jej stronie. I że wszystko, co robiłam, robiłam nie jej na złość, tylko dla jej dobra. Teraz mi mówi, że tak bardzo chce, żeby ktoś jej pomógł. Pytam: Jak? W jaki sposób? Co ja mogę zrobić? "Mamo, ja chciałabym być inna, chciałabym się inaczej zachowywać, ale nie umiem". I mówi, że mnie kocha.

Czego się pani boi dzisiaj?

Najbardziej? Tego, że ona ma już 14 lat i zostały mi tylko cztery lata, żeby jej pomóc. Boję się o to jej dorosłe życie. Żeby go sobie nie zmarnowała. Tak ogromnie bym chciała, żeby skończyła szkołę i jeszcze w życiu wyszła na prostą. Tak mi ciężko, kiedy jestem w domu i patrzę na jej zdjęcia, które są wszędzie. Moje piękne, uśmiechnięte dziecko…

Rozmawiam z kuratorką, czy rozwiązaniem nie byłoby znalezienie teraz dobrego szpitala psychiatrycznego i przeniesienie Aurelki tam. Tylko że to nie jest proste. Czytam ciągle w Internecie, że szpitale psychiatryczne dla dzieci są przepełnione i nawet kiedy dziecko samo błaga o pomoc, jest wielki problem, żeby się dla niego znalazło miejsce. Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie bezradności. 

Porusza mnie to, że mówi pani o córce z taką czułością, jakby była maleńka.

Bo to zawsze będzie moja malutka córeczka. Nie przestanę szukać sposobu, żeby jej pomóc. 

*Imię dziewczynki na prośbę jej mamy zostało zmienione. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał Tu nie ma sprawiedliwości o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Potrzebujesz pomocy?

Jeśli w związku z myślami samobójczymi lub próbą samobójczą występuje zagrożenie życia, w celu natychmiastowej interwencji kryzysowej, zadzwoń na policję pod numer 112 lub udaj się na oddział pogotowia do miejscowego szpitala psychiatrycznego. Jeśli potrzebujesz rozmowy z psychologiem, możesz skorzystać z Kryzysowego Telefonu Zaufania pod numerem 116 123. Na stronie liniawsparcia.pl znajdziesz też listę organizacji prowadzących dyżury telefoniczne specjalistów z zakresu zdrowia psychicznego, pomocy dzieciom i młodzieży czy ofiarom przemocy.

Kryzysowy Telefon Zaufania