Rozmowa
Wiele dzieci zgłasza, że nagle znalazły się w bardzo trudnej sytuacji (fot. Shutterstock)
Wiele dzieci zgłasza, że nagle znalazły się w bardzo trudnej sytuacji (fot. Shutterstock)

Spośród 500 nastolatków 27 procent doświadczyło podczas pandemii przemocy w domu. Co dziesiąty nie miał nawet jednej osoby, do której mógłby się zwrócić po pomoc. Wnioski z najnowszego badania* Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę są przytłaczające.

Zauważyłam, że od marca zeszłego roku, czyli od początku pandemii, przemoc domowa wobec dzieci mocno wzrosła. Prowadzimy w Fundacji Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 i właśnie w związku z nim mam bardzo nieprzyjemne wspomnienia z tamtego czasu. Nasz telefon praktycznie nie przestawał dzwonić. I wciąż dzwoni. Wiele dzieci zgłasza, że nagle znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. "Nie mogę już wytrzymać", "Nie wiem, co mam zrobić", "Chciałbym się okaleczyć", "Nie mam na kogo liczyć", "Wstydzę się komuś o tym powiedzieć" – słyszymy.

Przed pandemią nastolatki mogły się wyrwać na spotkanie z rówieśnikami, a przede wszystkim wychodziły do szkoły. W pandemii okazało się, że muszą siedzieć w czterech ścianach ze swoim oprawcą. Historie, o których słyszałam, są bardzo przygnębiające. To było wręcz nie do uniesienia.

A przecież jest pani psychoterapeutką od kilkunastu lat.

Zgłoszeń było tyle, że po pewnym czasie pojawił się pomysł zrobienia raportu. Żebyśmy choć w jakimś stopniu mogli poznać skalę tej pandemii przemocy, jak ją nazwaliśmy.

Ale wie pani, zgłoszenia na telefon zaufania to jedno. Kolejną kwestią były prośby o przyjęcie na terapię czy sygnały od osób, które już na tej terapii u mnie były. Mówiły o świeżych zdarzeniach, których dopiero co były świadkiem. W niektórych rodzinach zachowania przemocowe uruchomiły się po przerwie albo pojawiły się w związku z pandemią. Narastająca frustracja dorosłych znajduje ujście w przemocy wobec dzieci. To jedno. Druga istotna kwestia jest taka, że przez kilkanaście lat pracy nie przyjęłam tylu zgłoszeń związanych z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi u dzieci oraz nastolatków co przez ostatni rok. I one się nasilają.

 

Przez zamknięcie w czterech ścianach? Z raportu wynika, że nastolatkom najbardziej doskwiera przymusowa izolacja – mówi tak ponad 60 procent ankietowanych – oraz konieczność pozostania w domu, na co uskarża się połowa badanych.

Pewnie niepokojących objawów nie byłoby tyle, gdyby nastolatki i dzieci mogły wychodzić z domu. Gdyby miały przestrzeń, w której rodzic ich nie obraża, nie krzyczy. Stan rozchwiania i długo utrzymująca się izolacja nikomu nie służą. Dzieci częściej niż przed pandemią borykają się z zaburzeniami depresyjnymi. Nastolatki mówią mi, że zmienia się ich nastrój, że czują przygnębienie. Mają myśli samobójcze, problemy ze snem, z apetytem. Zastanawiają się: co się ze mną dzieje?

Wtedy najważniejszą rolę odgrywają rodzice. Ich uwaga jest nie do przecenienia. Jeśli więc rodzic ma poczucie, że z jego dzieckiem dzieje się coś złego, a on sam nie jest sobie w stanie z tym poradzić, warto skontaktować się z psychologiem czy – jeżeli to możliwe – z psychiatrą.

Kto i z czym przychodzi do pani gabinetu teraz, w czasie pandemii?

Gdy ofiarą przemocy jest dziecko, na terapię przychodzi do mnie cała rodzina. Bo zwykle okazuje się, że jeden z rodziców sam kiedyś doświadczał przemocy. Oczywiście nie mogę zbyt wiele mówić o moich pacjentach, ale powiem pani, bez wdawania się w szczegóły, że niedawno w moim gabinecie pojawił się kilkuletni chłopiec, nad którym znęcał się ojciec. Okazało się, że mama chłopca doświadczała intensywnej przemocy w swoim rodzinnym domu, od swojego ojca.

I dlatego przyzwalała na bicie syna?

To przykład, że osobom, które same doświadczały przemocy, trudno jest stawiać granice wobec innych. I dużo trudniej jest im chronić własne dzieci. Wreszcie: trudniej jest im nazywać przemoc przemocą. Często stosują mechanizm niezauważania, pomijania czy ignorowania. Reagują dopiero wtedy, gdy w domu dzieje się już naprawdę źle albo gdy do akcji wkracza policja.

Takich przykładów mam z ostatniego czasu naprawdę mnóstwo. Wszystkie przebiegają według podobnego schematu. Czasem relacja z partnerem jest dla kobiety tak ważna, że przyzwala na bicie dziecka. Stosuje przy tym mechanizmy obronne, wypiera i zaprzecza, że dzieje się coś złego. A czasem akceptuje to, bo sama też była ofiarą przemocy. 

Jednocześnie sprawca przemocy stosuje różne techniki manipulacyjne wobec swojej kilkuletniej ofiary. Grozi dziecku i je zastrasza.

Czasem relacja z partnerem jest dla kobiety tak ważna, że przyzwala na bicie dziecka (fot. Shutterstock)

W jakich okolicznościach spotyka się pani z takimi przypadkami?

Trafiają do mnie na przykład osoby, które są już objęte procedurami karnymi. Przemoc – psychiczna, fizyczna – bądź wykorzystywanie seksualne już się w domu wydarzyły, sprawa jest w sądzie, a ja zaczynam terapię całej rodziny. Skupiam się mocno na pracy z niekrzywdzącym rodzicem. Ważne jest, żeby taki rodzic rozumiał mechanizmy, które uruchamiają się u jego dziecka pod wpływem doświadczenia przemocy. Bywa, że najpierw przychodzi do mnie jedno dziecko, potem pojawia się jego siostra czy brat. Oni też potrzebują pomocy, o czym wcześniej nie mówili. 

W tej chwili mam w terapii dziesięć osób. Przychodzą z całymi rodzinami i wspólnie rozmawiamy o tym, co trzeba uporządkować, co zmienić, jak stać się bardziej uważnym na potrzeby dziecka. Bez pracy z całym systemem rodzinnym moja terapia byłaby jałowa.

Jak długo trwa taka terapia?

Pewnie się pani domyśla, że to bardzo indywidualna kwestia. Czasem wystarczy parę miesięcy, a czasem potrzeba lat.

Niedawno, bo jakieś trzy miesiące temu, zgłosiła się do mnie mama 10-letniej dziewczynki, która doświadczała przemocy psychicznej i fizycznej ze strony ojca. Gdy zaczęłyśmy nad tym pracować, mężczyzna już z nimi nie mieszkał. W sądzie, zarówno karnym, jak i rodzinnym, toczyły się przeciwko niemu sprawy właśnie dotyczące przemocy wobec dziecka.

Dziewczynka miała wiele objawów lękowych, w nocy nie mogła zasnąć, bała się, że ojciec wróci. Miała też objawy psychosomatyczne, bolały ją głowa i brzuch. Dzieliła się ze mną traumatycznymi przeżyciami i wyraźnie przynosiło jej to ulgę. Miała bowiem takie poczucie, że przemoc taty to jej wina. Tłumaczyłam jej: "To, czego doświadczyłaś, jest złe. Nikt nie może się tak wobec ciebie zachowywać". Zresztą powtarzam to podczas terapii każdemu krzywdzonemu dziecku, żeby uwolnić je od poczucia winy. I sprawić, żeby doświadczenie przemocy stawało się coraz mniej intensywne.

Z tą dziewczynką będziemy pracować co najmniej jeszcze do wakacji.

Bardzo przygnębił mnie też płynący z raportu wniosek, że 15 procent spośród 500 ankietowanych nastolatków doznało przemocy ze strony rówieśników, a 11 procent – od bliskiej osoby dorosłej. To znaczy, że rodzice są wobec dzieci niemal równie okrutni jak kompletnie obce osoby.

Potwierdzają to też moje doświadczenia z pracy terapeutki. Sprawcami przemocy są najczęściej bliscy. Ale tak było i przed pandemią. Przemoc ze strony rówieśników jest kompletnie inna, ostatnio nasiliła się forma online. Jeśli nie hejt, to najczęściej jest nią wykluczanie czy izolowanie z grup towarzyskich. Zresztą przemoc wirtualna jest dla nastolatków równie trudna do zniesienia jak ta twarzą w twarz. Te dwie formy mocno się ze sobą przeplatają. A długo utrzymująca się przemoc rówieśnicza może mieć dotkliwe konsekwencje, między innymi obniża samoocenę i sprawia, że młodzi ludzie mają trudności z nawiązywaniem relacji, ale też może doprowadzić do zaburzeń lękowych czy depresyjnych.

15 procent spośród 500 ankietowanych nastolatków doznało przemocy ze strony rówieśników, a 11 procent - od bliskiej osoby dorosłej (fot. Shutterstock)

Co dziesiąty badany doświadczył ostatnio wykorzystywania seksualnego. Najczęściej była to słowna przemoc seksualna oraz propozycje seksualne w internecie. Wykorzystywania seksualnego z kontaktem fizycznym doświadczyło natomiast 3 procent  badanych.

Prowadzę terapię dzieci, które doświadczyły molestowania seksualnego, i przyznam, że na podstawie doświadczeń z gabinetu mam takie obserwacje, że problem nie nasilił się podczas pandemii. Właściwie liczba przypadków jest podobna. Na pewno nie obserwuję tu takiej drastycznej zmiany i eskalacji jak z przemocą fizyczną i psychiczną wobec dzieci, co nie znaczy oczywiście, że zjawisko nie istnieje. Nasze badania to przecież tylko jakiś wycinek, poza tym pewnie są dzieci, które nie są w stanie o tym doświadczeniu powiedzieć, wstydzą się o tym mówić, obawiają się, że nikt im nie uwierzy.

W naszym raporcie wyraźnie wyłoniły się grupy nastolatków gorzej oceniających swoje samopoczucie i szczególnie narażonych na pewne formy przemocy, chociażby seksualną. Są to dziewczęta i starsze nastolatki obojga płci, to znaczy takie w wieku 16–17 lat, mieszkające głównie na wsi.

Opowie mi pani o swoim najtrudniejszym przypadku? Takim, który pamięta pani do dziś?

Najbardziej poruszające są dla mnie terapie dzieci z domów dziecka. Dużo trudniej jest wtedy o wsparcie, o emocjonalne zaplecze dla skrzywdzonego dziecka, bo tych bliskich z różnych powodów w ich życiu nie ma. Te dzieci są zwykle nieufne, nie potrafią wchodzić w relacje, nie potrafią uwierzyć, że komuś na nich zależy, że ktoś chce im pomóc. Do tego często ich opiekunowie się zmieniają. Nie ma żadnej stałości.

Terapia pochłania wówczas sporo energii i zaangażowania. Trzeba odbudować bazowe poczucie bezpieczeństwa dziecka, pojawia się bezradność, bezsilność, brak nadziei. Dla mnie są to najtrudniejsze sprawy.   

Kiedyś był u mnie na terapii chłopiec, 13-latek. Rozdzielono go z młodszym bratem, który trafił do innej placówki. Chłopcy byli ofiarami przemocy ze strony nadużywających alkoholu rodziców. To była ciężka terapia. 13-latek bał się, że i ja po paru miesiącach zniknę. Że nie spotka się już ze swoim bratem. Do tego poszedł do nowej szkoły.

 

I jak skończyła się ta historia?

Chłopiec początkowo miał poczucie, że jest u mnie na chwilę. Nie chciał się otworzyć. "Po co to wszystko?" – pytał. Po paru miesiącach mi zaufał, a po paru latach zakończyliśmy terapię. Wszystko skończyło się dobrze.

Wie pani, z traumą wynikającą z przemocy jest jak z raną, na przykład na kolanie. Mamy wybór: albo nic z nią nie robić, udawać, że nic się nie wydarzyło, albo się nią zająć – dokładnie ją obejrzeć, posmarować maścią, zaopatrzyć. W pierwszym przypadku jest tak, że konsekwencje rany mogą być różne. Stan zapalny, brzydka blizna, ból związany z urazem nawet po jakimś czasie.

Ale gdy raną się zaopiekujemy, jest nadzieja, że uporamy się z jej konsekwencjami o wiele szybciej. I uporządkujemy nasze życie.  

*Badanie przeprowadzone we wrześniu 2020 roku. Zapytano 500 dzieci w wieku od 13 do 17 lat. Pytania dotyczyły doświadczeń od połowy marca do końca czerwca, kiedy w szkołach po raz pierwszy wprowadzono naukę zdalną

Agnieszka Nawarenko. Psychoterapeutka w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Pracuje od 14 lat.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

Ważne numery telefonów

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 Telefon dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci 800 100 100