Rozmowa
53 lata temu skazano na śmierć 'wampira z Krakowa' (Fot. archiwum Przemysława Semczuka)
53 lata temu skazano na śmierć 'wampira z Krakowa' (Fot. archiwum Przemysława Semczuka)

17 marca 1968 roku skazano na karę śmierci Karola Kota. Dwa miesiące później został powieszony.

Miał wtedy niespełna 21 lat.

Zainspirował cię na tyle, że napisałeś o nim książkę.

Czytałem ówczesne gazety, które opisywały kolejne ataki, i wertowałem akta sprawy. Słuchałem relacji o rodzącej się w mieście psychozie strachu. Dostrzegłem, że to historia, w której jest wiele nieodkrytych wątków.

Z jakiej rodziny on pochodził?

Po zatrzymaniu prasa pisała o błędach wychowawczych, które mieli popełnić rodzice Karola. Pisano o patologii panującej w tej rodzinie. Moim zdaniem to nieprawda.

Kotowie byli typową mieszczańską rodziną. Inteligencją – jak to wtedy określano. Mieszkali na krakowskim Kazimierzu. Owszem, ojciec był wymagający, ale nigdzie nie znalazłem informacji, żeby syna bił czy źle traktował.

Karol był zamknięty w sobie, nieco wycofany. Odstawał od rówieśników, ale niespecjalnie zwracano na to uwagę, bo na lekcjach zachowywał się normalnie. Gdy poszedł do Technikum Energetycznego przy ul. Loretańskiej w Krakowie, te objawy zaczęły się nasilać.

Co masz na myśli?

Wciąż udawał, że strzela do kogoś z karabinu, że rzuca granat. Albo popełnia harakiri. Kolekcjonował noże. Zawsze miał jeden przy sobie. Na przerwach proponował koleżankom pieniądze za seks. Klepał je po tyłkach, łapał za piersi. Był przy tym wulgarny, agresywny, potrafił uderzyć. Dzisiaj pewnie wzbudziłoby to reakcję nauczycieli, ale w latach 60. oburzało tylko nagabywane dziewczęta. Dlatego mówiono o nim „idiota”.

W tamtym czasie Karol zainteresował się bronią palną. Zapisał się do sekcji strzeleckiej przy klubie sportowym Cracovia. Został pupilem trenera Bronisława Heyduka, który na tyle mu ufał, że powierzał mu klucze do magazynku z bronią i amunicją. Kot chodził z kolegami na tyły klubu, w centrum Krakowa, i strzelali do ptaków. Heyduk wydał nawet zaświadczenie, by Kot otrzymał pozwolenie na broń i zakup własnego karabinka.

Kotowie byli typową mieszczańską rodziną. Inteligencją - jak to wtedy określano. Mieszkali na krakowskim Kazimierzu (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Kiedy zaczął napadać kobiety?

We wrześniu 1964 roku wszedł do kościoła sercanek przy ul. Garncarskiej 24 w Krakowie. Dźgnął bagnetem modlącą się tam starszą kobietę i uciekł. Ofiara zemdlała, ale nie poczuła, że została zraniona. Zorientowała się dopiero w domu. Przeżyła.

Drugą ofiarą była 77-letnia Maria Plichta. Zaatakował ją w podobny sposób. Zmarła po przewiezieniu do szpitala. Po trzecim ataku w Krakowie wybuchła panika. Kobiety chodziły po mieście z pokrywkami od garnków na plecach.

I Kot się na chwilę uspokoił?

Zmienił sposób działania. Wsypywał truciznę do oranżady lub do octu w krakowskich barach. Zostawiał w bramach kamienic butelki z zatrutym piwem. Liczył, że ktoś to wypije i umrze. Podpalał strychy i piwnice, licząc, że w pożarze ktoś straci życie. Na szczęście ani jeden z tych ataków się nie powiódł.

W lutym 1966 roku pod Kopcem Kościuszki spotkał 11-letniego Leszka Całkę, który poszedł pozjeżdżać na sankach. Zabił chłopca ciosami bagnetu. Wtedy w milicji powołano specjalną grupę operacyjną pod kryptonimem „Siedemnastka”. 17 najlepszych oficerów kryminalnych, w tym jedna kobieta, miało schwytać wampira. Niestety, determinacja nie miała znaczenia. Ofiary i mordercy nic nie łączyło.

W maju 1966 roku Kot zaatakował ponownie. Tym razem 7-letnią Małgosię. Tego dnia włóczył się po mieście. Zatrzymał się w bramie naprzeciwko liceum przy ul. Sobieskiego i czekał. Nagle za jego plecami pojawiła się mała dziewczynka. Zeszła po listy do skrzynki. Gdy stanęła tyłem do niego, chwycił ją za szyję i zaczął dźgać nożem.

'Wampir z Krakowa' zaatakował Małgosię w bramie. Po drugiej stronie ulicy młody żołnierz palił papierosa (Fot. materiały prasowe wydawnictwa) , Godzinami opowiadał o odcinaniu piersi, kaleczeniu ciał i brutalnych gwałtach. Dla sądu to były tylko poszlaki, musiał się przyznać (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Miała szczęście?

Ogromne. Nóż nie uszkodził organów wewnętrznych. W ogóle to zbieg okoliczności, bo Małgosia miała siedem lat, a Kot zadał jej siedem ciosów. Leszek miał lat 11 – Kot zranił go 11 razy. Jak potem stwierdzili biegli, każdy z ciosów zadanych Leszkowi był śmiertelny.

Małgosia, płacząc, wróciła do domu i powiedziała rodzicom, że jakiś pan ją pobił. Była w szoku. Wezwany lekarz zobaczył, że to rany kłute, chwycił dziecko na ręce, pobiegł do karetki i na sygnale pojechali do szpitala. Dopiero któryś z gapiów zawiadomił milicję.

Kiedy nastąpił prawdziwy przełom w śledztwie?

W lutym 1966 roku koleżanka Karola, Danusia, zaprowadziła go do psychiatry, dr Wandy Półtawskiej, znanej też potem jako bliska przyjaciółka Jana Pawła II. Ta stwierdziła, że nastolatek jest zdrowy. Orzekła, że jest tylko przemęczony, poza tym to nałogowy onanista. Zapisała mu witaminę B Complex. Tydzień później Kot zamordował Leszka Całkę.

Milicja podejrzewała, że sprawca napadów może być chory psychicznie i prosiła o pomoc psychiatrów. Półtawska wspomniała o Kocie. Jednocześnie rozpytywano w krakowskich szkołach. Co ciekawe, w szkole Kota nikt nie wspomniał o jego dziwnym zachowaniu. Informacja dotarła z Nowej Huty. Tamtejszy nauczyciel był w drużynie strzeleckiej Cracovii. Opowiedział o agresji Karola, zaczepianiu koleżanek, o zamiłowaniu do noży, z którymi chłopak się nie rozstawał.

W lutym 1966 roku koleżanka Karola Kota, Danusia, zaprowadziła go do psychiatry, dr Wandy Półtawskiej, znanej też potem jako bliska przyjaciółka Jana Pawła II. Ta stwierdziła, że nastolatek jest zdrowy. Orzekła, że jest tylko przemęczony, poza tym to nałogowy onanista. Zapisała mu witaminę B Complex. Tydzień później Kot zamordował Leszka Całkę (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Po tej rozmowie milicjanci byli już pewni, że to Kot?

Mieli to samo nazwisko z dwóch różnych źródeł. Objęli Kota ścisłą obserwacją, założyli mu podsłuch w telefonie. „Ogon” ciągnęła też za sobą Danusia, bo milicjanci wiedzieli, że się przyjaźnią. W końcu nie wytrzymała. Zgłosiła się na milicję – podejrzewała, że to Karol zaatakował Małgosię. Wtedy śledczy mieli już pewność. Wiedzieli jednak, że w sądzie będą musieli udowodnić, że Karol jest poczytalny. Dowodem miało być zdanie przez niego matury.

Dlatego pozwolili mu nadal chodzić do szkoły, ale pilnowali, by nikomu nic nie zrobił – obserwatorzy mieli pozwolenie na użycie broni.

Zatrzymanie zaplanowano bardzo starannie. Milicja obstawiła wszystkie sąsiednie ulice. Śledczy wiedzieli, że Kot ma w domu karabinek. Była obawa, że może kogoś postrzelić albo popełnić samobójstwo.

Jak to wyglądało?

Był 1 czerwca 1966 roku, Dzień Dziecka. Mama Kota spodziewała się zatrzymania syna, bo z różnych stron docierały niepokojące sygnały. Rodzice wiedzieli o kolekcji noży i dlatego uznali, że milicja chce wrobić Karola w te zbrodnie. Z tego powodu już raz przeprowadzano u nich rewizję i zabrano noże. Później je zwrócono, aby uśpić czujność.

Z protokołów znamy dokładny przebieg wydarzeń. Nikt nie otwierał, więc sprowadzono z pracy ojca. Karol był jeszcze w piżamie i udawał zaspanego. Oboje z matką twierdzili, że nie słyszeli walenia do drzwi. Po zatrzymaniu Karol przekonywał, że to pomyłka. W tym czasie milicja zaczęła przesłuchiwać jego koleżanki i kolegów. Najbardziej szokujące były zeznania Maćka i Roberta. Myśleli, że to zgrywy, kiedy Karol namawiał ich do orgii, na których mieli gwałcić i mordować dziewczęta. Chciał otworzyć spółdzielnię, w której będzie sprzedawał mięso ofiar. Fantazjował, że głowę zamordowanej koleżanki wyśle do jej rodziców w paczce. A potem będzie patrzył, jak lamentują. Godzinami opowiadał o odcinaniu piersi, kaleczeniu ciał i brutalnych gwałtach.

Zatem mocny materiał.

Niestety, dla sądu tylko poszlaki. Twardych dowodów brakowało. Nie było śladów na miejscu zbrodni, nie było krwi na znalezionych u niego nożach. Potrzebowano czegoś więcej. Przyznania do winy.

Kot pękł podczas okazania jednej z ofiar. Nie wytrzymał psychicznie. „To jest chyba ten” – mówi nagle starsza kobieta, trzecia w kolejności ofiara, która przez chwilę widziała napastnika. Wtedy Kot wybucha: „Dobrą masz pamięć, pani Lewanowska. Przyjdź do mnie jeszcze raz, to ci farby utoczę”. Kobieta jest przerażona. „Skąd on wie, jak ja się nazywam?” – pyta roztrzęsiona. On po prostu czytał gazety, w których wymieniano nazwiska ofiar. Przyznał nawet, że gazetą ze zdjęciem Leszka Całki chciał wytapetować pokój.

Milicjanci nie zmuszali go, żeby się przyznał?

Nie, atmosfera podczas przesłuchań była bardzo miła. Kot powiedział, że lubi truskawki, to mu przynieśli. Wspomniał, że lubi ciastka, dostał ciastka. „Przyznam się do wszystkiego, ale piwa bym się napił” – obiecał po tamtym okazaniu. „Jak się przyznasz, to dostaniesz” – usłyszał. I czytam na końcu protokołu zapisek: „Przesłuchany otrzymał butelkę piwa, którą spożył na miejscu”.

Milicjanci bali się przewieźć Kota do więzienia na Montelupich. Przypuszczali, że więźniowie go zatłuką (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Mówił bardzo dużo, ale mam wrażenie, że mieszał rzeczywistość z wyobraźnią. Opowiadał, że pozwalano mu zabijać kury, o tym, jak mordował ptaki i żaby. Podczas wakacji w Pcimiu w miejscowej rzeźni pozwolono mu zabić cielaka i pił jego ciepłą krew. Rzeźnicy potwierdzili, że przychodził, ale go przeganiali. Raz udało mu się wbiec do rzeźni i zaczerpnąć z miski świeżej krwi, którą wypił na ich oczach. A wiejskie dzieci powiedziały, że bał się nawet podejść do kury.

Jak zareagowali rodzice Kota?

Długo nie wierzyli. Zatrudnili adwokata, pisali listy do Prokuratury Generalnej. Walczyli o syna i bronili go, nawet kiedy do wszystkiego się przyznał. Za Karolem wstawił się też trener Heyduk, który pisał pełne oburzenia listy do ministra sprawiedliwości. „Chcą zniszczyć mu karierę” – grzmiał. Milicjanci puścili mu nagranie, na którym Kot opowiada, jak morduje dziecko. W osłupieniu słuchał, jak Karol opowiada, że zamierzał zabić także jego i jego syna. Zresztą lista osób do zamordowania była bardzo długa. Heyduk napisał do Kota list, w którym patetycznie oświadczył: „nie masz prawa nosić odznaki sportowca”.

Powiedz, jak wyglądał proces Kota?

Od początku wywoływał ogromne emocje. Oskarżony opisywał popełnione zbrodnie. Powiedział, że wierzy w Boga, ale to, co zrobił, nie było grzechem. Zabijał dla przyjemności, a przyjemność to nie grzech. Sędzia zapytał, co by czuł, gdyby ktoś zabił jego matkę. „Byłoby mi smutno, ale gdyby to zrobił dla przyjemności, to nie miałbym pretensji” – odpowiedział. Zdarzyło się, że dostał ataku, krzyczał: „krew, brzytwa, dajcie mi spokój!”. Innym razem uderzył fotoreportera.

Cały Kraków żył procesem wampira. Ludzie tłoczyli się przed sądem. Wysyłali listy, między innymi do komitetu partii. Żądali powieszenia mordercy. Milicjanci bali się, że tłum zaatakuje. Że dojdzie do samosądu. Bali się przewieźć Kota do więzienia na Montelupich. Przypuszczali, że więźniowie go zatłuką, za przyzwoleniem klawiszy. Dlatego przez cały czas był trzymany w areszcie podręcznym, w komendzie przy Siemiradzkiego.

Jaki był twoim zdaniem ten młody mężczyzna?

Był skrajnym sadystą. Ofiary wybierał przypadkowo. Nie miał motywu. Zadawanie bólu innym sprawiało mu przyjemność. Po zabiciu Leszka oblizywał bagnet, ale krwi na nim nie było, co go bardzo złościło.

Zdaniem lekarzy mógł mieć ograniczoną poczytalność. Pierwsza obserwacja psychiatryczna trwała trzy dni. Potem wysłano go na dłuższe badania do Grodziska Mazowieckiego, na więzienny oddział psychiatryczny. Ale tam stwierdzono, że miał pełną zdolność rozpoznawania czynów. Ja nie jestem psychiatrą, ale kiedy się czyta protokoły przesłuchań, widać, że Karol Kot był zaburzony, i to dość mocno.

Niemniej skazano go na karę śmierci.

Karol Kot został oskarżony o zamordowanie dwóch osób, kilka usiłowań zabójstwa przez ataki nożem, próby otrucia i podpalenia. Wyrok, w którym sąd uznaje go za winnego i skazuje na karę śmierci, ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Jednak w wyniku apelacji 22 listopada 1967 roku Sąd Najwyższy, jako sąd II instancji, zamienił karę śmierci na dożywocie. Wtedy Prokurator Generalny wniósł rewizję nadzwyczajną i 17 marca 1968 roku Sąd Najwyższy w szerszym składzie przywrócił karę śmierci. Co się takiego stało, dlaczego wyrok zmieniono? Tego nie udało mi się ustalić.

Karol Kot kolekcjonował noże. Zawsze miał jeden przy sobie (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Dotarłeś za to do osób, które Kota znały.

Pisząc książkę, odnalazłem Basię, siostrę Karola. O straceniu brata dowiedziała się z notki w gazecie. Była akurat na obozie harcerskim. Nikt z nią o tym nie porozmawiał, nikt się nią nie zajął. Poszła sama do namiotu i myślała o bracie. Gdy wróciła do domu, rodzice o Karolu w ogóle już nie rozmawiali. Cisza. Jakby go nigdy nie było.

Jednocześnie z pomocą adwokata przez dwa lata próbowali ustalić, gdzie pochowano ich syna. Wreszcie odnaleźli bezimienny grób na cmentarzu w Katowicach. Jeździli tam, póki mieli siły.

Niektóre źródła podają, że podczas sekcji zwłok Kota stwierdzono rozległy guz mózgu.

To mit. W archiwum aresztu śledczego w Katowicach, gdzie 16 maja 1968 roku wykonano wyrok śmierci, odnalazłem protokół z powieszenia Kota. Egzekucja odbyła się o 19, a dwie godziny później ciało pochowano. W więzieniu nie wykonywano sekcji, a w ciągu dwóch godzin nie dało się go przewieźć do katowickiej Akademii Medycznej. Zresztą nie było takiej potrzeby. Przyczyna zgonu była znana.

Próbowałem ustalić, jak zrodziła się ta legenda. O guzie mózgu już po roku od wykonania wyroku zaczęli opowiadać sami milicjanci. Zachodziłem w głowę po co? Zupełnie, jakby szukali usprawiedliwienia, że mordował, bo był chory czy niepoczytalny.

Ale zdradzę ci coś.

Poproszę.

Krótko po tym, jak ukazała się moja książka, odezwał się do mnie student ostatniego roku medycyny, specjalizacja psychiatria. Przesłałem mu kopie opinii biegłych i wyniki badań. Jego zdaniem Kot cierpiał na padaczkę skroniową manifestującą się epizodami psychotycznymi. Genetyczny defekt, dziecko rodzi się z bruzdą w płacie skroniowym, która zarasta i jest niewidoczna w badaniach radiologicznych, ale generuje patologiczną aktywność. Z czasem objawy mogą doprowadzić do zaburzeń świadomości, halucynacji, urojeń, zmian osobowości i zaniku uczuć wyższych. Znaczenie mógł mieć także przebyty w dzieciństwie dyfteryt, który uaktywnił defekt mózgu. Student zamierza przeanalizować dostępne w archiwum zdjęcia RTG czaszki i zapis badania EEG. To może być klucz do rozwiązania zagadki.

Niektóre źródła podają, że podczas sekcji zwłok 'wampira z Krakowa' stwierdzono rozległy guz mózgu. 'To mit' (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Dziś pisze się o błędach milicji, chociażby o tym, że nie wykorzystała rysopisu, jaki podał taksówkarz, świadek ataku na Małgosię.

Kot zaatakował Małgosię w bramie. Po drugiej stronie ulicy młody żołnierz palił papierosa. Przez kilka minut widział Kota stojącego za szybą w drzwiach. Chwilę przed atakiem przez kilka sekund widział go kierowca przejeżdżającej taksówki. Wyobraź sobie, że jesteś śledczą i masz dwa portrety pamięciowe: jeden „opowiedział” żołnierz, drugi taksówkarz. Który jest twoim zdaniem bardziej wiarygodny?

Żołnierza, bo przecież przyglądał się mordercy przez kilka minut.

A okazało się, że to taksówkarz lepiej zapamiętał twarz Kota. Błąd, ale nie wynikał z zaniechania milicji.

Inną sprawą jest, że milicja za szybko wprowadzała kolejne portrety pamięciowe sprawcy. A dzięki relacjom świadków było ich kilka. Gdy śledczy się orientowali, że to mylne tropy, wycofywali je. Po kilku takich akcjach milicjanci z patroli wszędzie widzieli podejrzanych mężczyzn.

Ciekawy jest też pewien drobiazg… Otóż Karol zapisał się do ORMO.

Sprytnie!

Brał udział w odprawach w komendzie. Widział rozdawane portrety pamięciowe, bo sam chodził czasami w patrolu z milicjantem. Przestał, gdy jego mama poprosiła komendanta, by nie przydzielał Karolowi służb, bo musi się uczyć do matury. Przez to stracił dostęp do informacji o własnych poszukiwaniach.

Przemysław Semczuk, autor książki 'M jak morderca. Karol Kot - wampir z Krakowa' (Fot. materiały prasowe wydawnictwa) , Przemysław Semczuk, 'M jak morderca. Karol Kot - wampir z Krakowa' (Fot. materiały prasowe wydawnictwa)

Aż trudno uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Jakbym napisał inspirowaną historią Kota powieść kryminalną, pewnie bym usłyszał: „No nie, Semczuk, teraz to przesadziłeś!”.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Przemysław Semczuk. Dziennikarz, publicysta, autor książek z gatunku literatura faktu. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Specjalizuje się w tematyce kryminalnej i historii Polski okresu PRL. Jego teksty można przeczytać w tygodnikach „Newsweek”, „Wprost”, „Gość Niedzielny” oraz miesięcznikach „Focus Historia”, „Wysokie Obcasy Extra” czy „Playboyu”. Pasjonat historii najnowszej, muzyki filmowej i gór.