Rozmowa
W powiedzeniu, że od miłości do nienawiści krótka ścieżka, jest wiele prawdy (fot. Shutterstock)
W powiedzeniu, że od miłości do nienawiści krótka ścieżka, jest wiele prawdy (fot. Shutterstock)

Tekst został opublikowany w 2021 roku. To jeden z najchętniej przez Was czytanych artykułów Weekendu

Proszę mi wybaczyć na początek pytanie, które brzmi absurdalnie, ale co jakiś czas przez media przewija się informacja, że zakochanie zostało sklasyfikowane jako choroba psychiczna nr F63.9. O co chodzi?

Zakochanie to jest piękny i przyjemny stan fizjologiczny, który ludzie przeżywają nawet więcej niż raz w życiu. Wtedy oczywiście mogą się pojawić obsesyjne myśli czy stany bezsenności związane z fantazjowaniem o drugiej osobie lub pobudzenie – od euforii po smutek, kiedy ona czy on do nas nie pisze, nie dzwoni itd. Problem zaczyna się wówczas, kiedy przybiera to formy nieadekwatne, nadwymiarowe, patologiczne i zaburza życie. Leczymy te stany, które sprawiają człowiekowi cierpienie. 

F63.9 to jest kategoria diagnostyczna Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10, która oznacza nieokreślone zaburzenie nawyków i popędów.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Nieodwzajemniona miłość powoduje na pewno cierpienie! Bliscy komentują, że on czy ona "oszaleli z miłości", "kochają do szaleństwa"…

"Chorują z miłości"… 

Bo tak bardzo ta jednostronna miłość boli. Ale chorobą przecież nie jest.

Nie jest. Kobiety zakochują się bez wzajemności dwukrotnie częściej niż mężczyźni: statystyki mówią, że taka miłość dotyczy około 14 proc. kobiet i 7 proc. mężczyzn. Jeśli to jest stan krótkotrwały, można go uznać za charakterystyczny rozwojowo. Jeżeli nastolatka się zakochuje jednego miesiąca w Bradzie Pitcie, a następnego w wuefiście, to nie ma powodów do niepokoju. Ale jeśli jest to uczucie niezmienne i trwa latami – ona zaczyna wiek dorosły i wciąż kocha Brada Pitta, nie wchodzi w realny związek – to wtedy już mówimy o patologii.

Patologią i chorobą psychiczną na pewno będzie tak zwana erotomania, czyli syndrom de Clérambaulta. Jest to stan psychozy, w którym występują urojenia zakochania. Osoba z syndromem Clérambaulta jest przekonana, że ktoś, zwykle o wyższym statusie społecznym, jest w niej zakochany.

Na przykład prezydent?

Prezydent, aktor lub inna znana osoba. Ale też na przykład jej lekarz. Ten człowiek uważa, że obiekt miłości z różnych przyczyn nie może z nim być, ale daje tę miłość do zrozumienia, na przykład prezenterka w telewizji mruga do niego lub wykonuje jakieś sekretne gesty. Mamy zatem do czynienia z urojeniami.

Choroba ma charakter przewlekły. Erotoman śledzi, nagabuje, jego działania mogą przybierać charakter stalkingu. Człowiek, który nigdy nie był moim pacjentem, ale kilka razy widział mnie w szpitalu, od 13 lat wysyła mi miłosne i erotyczne maile oraz listy. Do listów dołącza na przykład swoje włosy łonowe. Wydzwania, wystaje pod moim domem i najprawdopodobniej to będzie trwało do końca życia jednego z nas.

To jest przerażające! A przecież racjonalna rozmowa tu nic nie pomoże?! 

Nie, ponieważ mamy do czynienia z psychozą. Jeśli pacjentowi włącza się leki, wtedy częstotliwość takich zachowań się zmniejsza lub ustępują one zupełnie wraz z wystąpieniem remisji choroby.  

Jeżeli nastolatka się zakochuje jednego miesiąca w Bradzie Pitcie, a następnego w wuefiście, to nie ma powodów do niepokoju. Ale jeśli jest to uczucie niezmienne i trwa latami, to wtedy już mówimy o patologii (fot. Shutterstock)

Na początku lat 90. cała Polska żyła historią Miss Polonii Agnieszki Kotlarskiej, którą zamordował psychofan.  

Ja sama nie tak dawno opiniowałam mężczyznę zakochanego patologicznie w prezenterce telewizyjnej. Ten młodzieniec postanowił wyeliminować partnera życiowego tej kobiety, uznając go za stojącego na drodze ich szczęściu. Było o krok od tragedii.

Niebezpieczny w skutkach może być też zespół Otella. Słyszała pani o nim na pewno.

To jest patologiczna zazdrość? 

Chodzi o patologicznie zazdrosnych mężczyzn, bo najczęściej – choć nie wyłącznie – są to mężczyźni, u których również występują urojenia niewierności małżeńskiej. Miałam pacjentów, którzy w środku nocy wracali 500 km z delegacji, żeby sprawdzić, czy żona nie spotkała się z kochankiem. W domu nikogo prócz żony nie zastali, ale na przykład na podłodze w łazience leżał mokry ręcznik i on stawał się dowodem na to, że kochanek uciekał w pośpiechu.

Pacjenci z zespołem Otella potrafią zabić deskami okna, żeby kobieta nie wymykała się nocami na schadzki. Teraz technika poszła do przodu, więc chętnie stosują GPS-y, szpiegujące klawiatury, kamerki, które ukrywają w najróżniejszych miejscach w domu. Żeby sprawdzić, czy na bieliźnie żony nie ma śladów nasienia, używają lampy ultrafioletowej.  

To są historie opisane w publikacjach naukowych czy działania, które podejmowali pani pacjenci?

Działania pacjentów. Czasami za tym idzie podejrzenie, że dzieci nie są ich, czasami nękanie: kobieta piętnastą noc z rzędu jest wybudzana w środku nocy na przesłuchanie: "Wiem, że miałaś romans! Przyznaj się!".

Niedawno mieliśmy pacjenta, który był przekonany, że podczas gdy on przebywa w szpitalu, jego żona jest z kochankiem w "jego własnym łóżku", "jego własnej pościeli". Mówił wprost o tym, że chciałby ich zabić. Dopiero po zastosowaniu sporej ilości leków doszedł do takiego stanu, kiedy mogliśmy go wypisać. Zespół Otella dość trudno się leczy.

Życie z osobą chorą musi być ogromnym cierpieniem, a domyślam się, że nieświadome powagi sytuacji otoczenie może doznania kobiety deprecjonować, podkreślając, że zazdrość jest dowodem miłości?

Oczywiście! "Co ty się go czepiasz?" – to jest norma. Osobom z zewnątrz trudno zweryfikować, co jest prawdą, i bywa, że ci mężowie indukują w swój system urojeniowy rodzinę, sąsiadów i kolegów, rozpowiadając, co ta potworna, zdradzająca żona wyprawia. A koledzy na to: "Musisz ją bardziej trzymać za pysk!". I oferują, że będą mieli na nią oko. 

Osobom z zewnątrz trudno zweryfikować, co jest prawdą (fot. Shutterstock)

Czy pacjenci, którzy trafiają do szpitala, wciąż mają żony? Czy one się z tych patologicznych relacji potrafią wyrwać? 

To nie jest takie proste, dlatego że tam się często pojawia przemoc psychiczna i fizyczna oraz zachowania stalkingowe, więc trzeba mieć mnóstwo siły, żeby się uwolnić z takiej relacji.

A w ogóle, kiedy mówimy o zakochaniu, które ma charakter urojeniowy – co dotyczy również erotomanii – to jeśli osoba nie jest leczona, nawet wyjazd na drugi koniec kraju nic nie zmieni. Ona wciąż patologicznie kocha i różne rzeczy przeżywa, a więc wysyła listy, prosi, grozi, przyjeżdża, nachodzi, wyrąbuje drzwi siekierą. Zarówno kiedy zdiagnozowany jest zespół Otella, jak i erotomania, bezwzględnie potrzebne jest leczenie.

Zostańmy na chwilę przy erotomanii: ona się dość powszechnie wcale nie kojarzy z chorobą psychiczną, ale z tym, że człowiek się seksem fascynuje, a może i na nim fokusuje. 

Potocznie mówimy o erotomanie gawędziarzu jako o osobie, która jest zafascynowana tematyką seksualności, i w tym zazwyczaj niczego chorobowego nie ma. Natomiast kiedy to fokusowanie się oznacza przymus podejmowania aktywności seksualnych, to wówczas mamy do czynienia z seksoholizmem, który obiegowo jest zaliczany do uzależnień behawioralnych, natomiast w klasyfikacji ICD 10 i DSM 5 się nie mieści. To jest zaburzenie nawyków i popędów. Seksoholik nie jest osobą, która po prostu uwielbia seks. Bywa wręcz odwrotnie: on zazwyczaj nie cieszy się seksem w naturalny sposób i nie traktuje go jako relacji intymnej, tylko sposób rozładowania napięcia. Pojawia się myślenie obsesyjne, stosunki z prostytutkami czy przypadkowymi osobami, ekshibicjonizm, podglądactwo, sadomasochizm itd. Czyli szeroka gama zachowań patologicznych związanych z seksem, ale niekoniecznie ze współżyciem. Seksoholik może się tylko masturbować. Miałam pacjentkę, która robiła to kilkadziesiąt razy dziennie! 

Co przy tym odczuwała? 

Ogromne poczucie winy i nienawiść do samej siebie. To była kompulsja, która nie miała już od dawna nic wspólnego z przyjemnością. Pacjentka miała poranione miejsca intymne.

Seksoholizm może doprowadzić do poważnych psychicznych zaburzeń, a jednocześnie osoby uzależnione od seksu wstydzą się zwracać o pomoc. Do psychiatry trafią najczęściej z powodu innych problemów, na przykład depresji. W naszym kraju – i nie tylko – jest mała przestrzeń, by o takich tematach mówić.

A czy można się uzależnić od miłości? Amerykańscy psychiatrzy dr M. Sanches z University of North Dakota School of Medicine i dr V.P. John z University of Texas Health Science Center w Houston twierdzą, że takie uzależnienie dotyczy około 3 proc. społeczeństwa. Zgadza się pani z nimi? 

Ja się zgadzam z tym, że istnieje patologiczna miłość oraz że zdarzają się osoby uzależnione od przeżywania uczucia zakochania. One nie są w stanie utrzymać relacji i nigdy nie budują trwałego związku. To są tak zwani poszukiwacze miłości.

Uzależnieni od tego niepowtarzalnego haju, który się odczuwa, wyłącznie będąc zakochanym: motyli w brzuchu, fruwania ze szczęścia i rozkoszy? 

Część ludzi lubi ten haj i nie chce, żeby związek przekształcił się w cokolwiek innego.

Miałam pacjentkę, która była uciekającą panną młodą. Leczyłam ją 11 lat i w tym czasie ona miała 13 narzeczonych. Nie chłopaków, tylko narzeczonych: za każdym razem był pierścionek zaręczynowy, wynajęta sala, termin w urzędzie i suknia ślubna, ale też zawsze coś takiego się działo, że kiedy już do tego zobowiązania miało dojść, ona zrywała relację. Po czym błyskawicznie, w ciągu kilku dni, miała już kolejnego partnera.

Istnieje patologiczna miłość oraz że zdarzają się osoby uzależnione od przeżywania uczucia zakochania (fot. Shutterstock)

Dlaczego to robiła? Z obawy przed prawdziwą bliskością? 

Problem jest głębszy i wynika z zaburzeń osobowości, czyli utrwalonych nieprawidłowych wzorców zachowań, które są permanentnie powtarzane, a obejmują również relacje intymne. Niektóre osoby nie potrafią przejść dalej ze stanu zakochania. Wiążą się intensywnie, ale ich związki są bardzo niestabilne. To jest charakterystyczne na przykład dla zaburzeń borderline, w których ludzie błyskawicznie się zakochują i mają potrzebę wręcz scalenia się z drugą osobą. 

I to na pierwszy rzut oka pewnie wydaje się bardzo romantyczne? Rozumiem, że takie osoby mogą wykonywać teatralne gesty: nosić kobietę na rękach publicznie, wysyłać po 500 miłosnych SMS-ów dziennie i zasypywać całe mieszkanie kwiatami?

Absolutnie tak. A potem nagle, w jednej chwili, wszystko się rozpada. W tym jest ogromna biało-czarność. Jest albo fantastycznie, albo fatalnie.

Rozstanie również przebiega burzliwie? Nowy partner jest nękany wiadomościami i telefonami, a samochód byłej partnerki porysowany? 

Może tak się zdarzyć. W powiedzeniu, że od miłości do nienawiści krótka ścieżka, jest wiele prawdy. Odrzucenie przy patologicznym zakochaniu powoduje, że osoba przeżywa tak wielką złość i zazdrość, że czasem próbuje zniszczyć obiekt swojego uczucia.

Dr Sanches i dr John twierdzą, że patologicznej miłości może doświadczać nawet co czwarty młody człowiek.

Generalnie to właśnie u młodych ludzi najczęściej obserwujemy nieprawidłowo rozwijające się osobowości. Zapewne ma to związek z tym, że 100 czy 200 lat temu struktura społeczna była sztywna, jasno określona i każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce, a dziś mamy wolność i to jest wspaniałe, ale też sporo jest we współczesności niejasności, niepewności i chaosu, które powodują, że szczególnie młodzież i młodzi dorośli mają problem z określeniem swoich dążeń i potrzeb. Nie do końca wiedzą, kim są. A jeszcze jak w tym wszystkim są zaburzenia więzi w rodzinie, to tragedia gotowa. 

Wątek miłości rodzicielskiej musiał się w tej rozmowie pojawić. Nie ma mowy, żeby w terapii nie padło pytanie: Jak wyglądały relacje z mamą i tatą?

Ponieważ jeśli w okresie dzieciństwa i wczesnej adolescencji wiecznie musieliśmy zasługiwać na miłość i to się nigdy nie udawało do końca, i w tym wszystkim brakowało nam poczucia bezpieczeństwa, wtedy wytwarzają się mechanizmy lęku przed bliskością i pojawiają się zaburzenia więzi. Również kiedy mama czy tata kochali za mocno! Wtedy mamy syndrom księżniczek i książąt, którzy do 18. roku życia samodzielnie nie przełączyli nawet pilotem kanału w telewizji, a jak tylko pomyśleli, że chce im się pić, to już stała przed nimi herbata. Mamy takich pacjentów całe mnóstwo.

To musi być fatalna sprawa mieć później takiego partnera w życiu.

To prawda, ale przede wszystkim to jest koszmar dla nich samych. Nadmierna miłość rodziców powoduje, że taka osoba ma w dorosłym życiu nieadekwatne oczekiwania wobec całego świata. A w pracy przecież nie wszyscy zechcą jej usuwać pyłek spod nóg, tak jak to robiła mamusia. Te oczekiwania są również w stosunku do partnera, który miałby nieustannie ją wielbić, bo przecież całe życie była wielbiona.

W konfrontacji z rzeczywistością księżniczki i książęta nie zawsze mają zasoby, by sobie poradzić z codziennymi problemami i wymaganiami. Z kolei jeśli w rodzinnym domu nie okazywano uczuć…  

Bo był zimny chów…

Zimny chów, nadmierny krytycyzm, miłość warunkowa, mówienie: "A dlaczego to jest tylko czerwony pasek, a nie nagroda premiera?", to takie dzieci potem wyrastają na dorosłych, którzy uważają, że nie zasługują na miłość.

Najczęściej obserwujemy nieprawidłowo rozwijające się osobowości u młodych ludzi (fot. Shutterstock)

W relacjach ustawiają się w roli podnóżka, nie stawiają granic, dają się wykorzystywać?

Dokładnie tak. 

A może w ogóle w nie nie wchodzą i zadowalają się nieodwzajemnioną miłością, o której rozmawiałyśmy? Wtedy on co prawda nie będzie kochał, ale też nie skrytykuje, nie zrani?

Może też tak być, bo jeśli wchodzimy w normalną relację, to nieuchronnie pojawiają się życiowe problemy i sytuacje, w których druga osoba zobaczy nas takimi, jakimi jesteśmy. W sposób prawdziwy. I wtedy może nas odrzucić. Osoba wychowana w domu, gdzie była miłość warunkowa, z jednej strony bardzo pragnie być w relacji, ale z drugiej strony ogromnie się tego boi, dlatego jak ktoś podchodzi za blisko, prowokuje sytuacje, które kończą relacje. 

Jak u uciekającej panny młodej. 

Tak. A jeśli mówimy o reaktywnych zaburzeniach więzi, to trzeba też powiedzieć o miłości kazirodczej. Miałam 40-letnią pacjentkę, która spała z tatą w łóżku, a jej matka obok, na materacu. Jak taka osoba miałaby potem wejść w dorosłe życie w sposób prawidłowy?

40-letnia kobieta śpiąca z ojcem w łóżku?!

A 30-, 40-letni mężczyźni śpią z matkami! Wielu mamy takich pacjentów. Tego typu historie chcielibyśmy kojarzyć ze społeczną patologią, tymczasem bardzo często postępują tak ludzie niezwykle wykształceni, którzy piastują wysokie stanowiska, a swoim dzieciom pragną zapewnić wszystko, co najlepsze. 

Co sobie myśli taki ojciec, który śpi z 40-letnią córką?!

Że ona tego potrzebuje, a on jej okazuje miłość. Dzieci uwikłane w takie relacje i zachowania mają później zaburzenia osobowości. Są najczęściej lękowe, z niską samooceną, bardzo skupione na sobie, słabo odporne psychicznie i mocno zależne od drugiej osoby. Często wchodzą w relacje z osobami, które nie reagują na ich potrzeby i emocje, bo "wiedzą lepiej". A czasem reagują dopiero wtedy, kiedy partnerka się potnie.

Skala cierpienia, o którym pani opowiada, jest przerażająca. 

U naszych pacjentów bagaż doświadczeń bywa skrajnie ciężki.

A czy do szpitala trafiają również pacjenci, o których mówiła pani, że to oni sami kochają "nadmiarowo", "nieadekwatnie"? Jak pomóc "oszalałemu z miłości"? 

Przewlekła patologiczna miłość, która nie potrafi się skończyć i przynosi dużo cierpienia, przypomina depresję melancholijną. Kiedy człowiek skupił się na miłości tak intensywnie, że wyłączył się ze wszelkich innych aspektów życia – zawodowego, towarzyskiego, osobistego – i nie jest w stanie na przykład skończyć studiów czy utrzymać pracy, może trafić nawet do szpitala. W takiej sytuacji czasem podaje się leki przeciwdepresyjne, przeciwlękowe, również przeciwpsychotyczne – jeśli w grę wchodzą urojenia – jednak sama farmakoterapia zazwyczaj nie rozwiąże przyczyny zaburzeń, dlatego sięgamy po psychoterapię i inne metody redukujące stres i napięcie, jak trening mindfulness czy terapię biofeedback. Kluczowe jest to, żeby terapia była dostosowana do konkretnego pacjenta. 

Wielka Brytania jako pierwszy kraj na świecie ustanowiła ministerstwo do spraw samotności. Mims Davies, która nim kieruje, nazwała samotność "największym cywilizacyjnym wyzwaniem", które wpływa na stan zdrowia i ogólne samopoczucie tak samo źle jak papierosy czy nadwaga . Rozumiem, że pani podziela przekonanie, że człowiekowi w życiu miłość jest potrzebna nie tyle nawet do szczęścia, ile dla psychicznego zdrowia?

Miłość jest dla człowieka niezwykle ważna. Ludzie mają bardzo różne charaktery, ale bez miłości wszyscy, bez wyjątku, odczuwają bezsens istnienia. Czy to jest miłość rodzicielska, czy przyjacielska albo romantyczna – na wielu różnych obszarach życia można ją odczuwać –ale bez jakiejkolwiek miłości życie jest puste. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Anna Mosiołek. Dr hab. nauk medycznych, psychiatra, psychoterapeutka i biegła sądowa, adiunkt w klinice psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Od kilkudziesięciu lat leczy pacjentów w Mazowieckim Specjalistycznym Centrum Zdrowia im. prof. Jana Mazurkiewicza w Pruszkowie, znanym jako Tworki.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Rozmowy Anny Kality

Ta rozmowa jest kolejną z serii wywiadów Anny Kality o miłości.

Więcej rozmów Anny Kality