Rozmowa
'Mija rok od rozpoczęcia się pandemii w Polsce i zauważam, że ludzie powoli tracą siły. Bo ile można spinać tyłek?' (Shutterstock.com)
'Mija rok od rozpoczęcia się pandemii w Polsce i zauważam, że ludzie powoli tracą siły. Bo ile można spinać tyłek?' (Shutterstock.com)

Rok temu, 4 marca, odnotowano w Polsce pierwszy przypadek koronawirusa. Od tego czasu nasze życie się zmieniło. Jak? Na to pytanie odpowiedzą specjaliści, między innymi psychologowie, socjologowie oraz bohaterowie tekstów, które będziemy publikować w tym tygodniu na Gazeta.pl.

Nie mogliśmy się doczekać końca 2020 roku, myśląc, że 2021 będzie lepszy. Obawiam się jednak coraz bardziej, że ten rok może być nawet trudniejszy niż poprzedni.

Ewa Jarczewska-Gerc, psycholożka: Trochę mnie bawiło, jak ludzie z radością witali nowy rok, licząc na to, że wszystko, co najgorsze, już za nimi. Bo przecież wejście w nowy rok nie sprawi, że wirus nagle zniknie. Człowiek jednak bardzo potrzebuje takich momentów przejścia, które w sposób magiczny zamykają jakiś rozdział i otwierają nowy. Coś się kończy, coś zaczyna. Takie podejście może jest nieco naiwne, ale z drugiej strony świadczy o czymś dobrym.

O czym?

Że może nie jesteśmy jeszcze w tak złym stanie psychicznym. Człowiek zdrowy, dobrze funkcjonujący przejawia pozytywny stosunek do rzeczywistości, widzi świat nawet lepszym, niż on jest, żyje iluzją na temat przyszłości. Martwiłabym się, gdyby ludzi w ten sposób myślących było niewielu, bo to by oznaczało, że większość już popadła w depresję.

Pojawienie się szczepionki było silnym pozytywnym wzmocnieniem. Szybko okazało się, że proces wyszczepiania społeczeństwa może potrwać bardzo długo (Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)

Czyli mi już bliżej do depresji.

Niekoniecznie. Z jednego bieguna łatwo przeskoczyć na drugi i zacząć przejawiać tak zwany nierealistyczny optymizm, który sprawia, że zaczynamy zaprzeczać istnieniu wirusa, podejmujemy różnego rodzaju ryzykowne zachowania. Optymizm jest ważny, bo nas napędza, jednocześnie jeśli w infantylny sposób wierzymy, że wszystko będzie świetnie, możemy się bardzo rozczarować.

Co miało sprawić, że ten 2021 rok będzie lepszy?

Pojawienie się szczepionki pod koniec grudnia?

Pojawienie się szczepionki rzeczywiście było silnym pozytywnym wzmocnieniem. Jednocześnie jednak szybko okazało się, że proces wyszczepiania społeczeństwa może potrwać bardzo długo. W połowie lutego jeszcze nie wszyscy lekarze byli zaszczepieni. To po prostu wstyd. Więc ten nasz optymizm jest na każdym kroku tłumiony. Jest szczepionka, ale co z tego, skoro wielu z nas skorzysta z niej w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Na wszelki wypadek lepiej nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań, bo frustracja wynikająca z rozczarowania może być bardzo duża.

Przyznam, że mi samej przeszło przez myśl, kiedy pojawiły się szczepionki, że może do końca pandemii bliżej niż dalej, że może rzeczywiście tych powodów do stresu w 2021 roku będzie mniej. Może zdążę się zaszczepić, zanim zachoruję, wyjadę na wakacje, w końcu pójdę na zajęcia z tańca bez strachu, że się zarażę. Tymczasem mam wrażenie, że jest gorzej. Na szczepionkę pewnie w tym roku nie mam co liczyć, lista objawów koronawirusa wciąż się wydłuża, do tego dochodzą nowe informacje na temat powikłań. Końca pandemii nie widać.

I ta lista pewnie będzie się jeszcze wydłużać. Mija rok od rozpoczęcia się pandemii w Polsce i zauważam, że ludzie powoli tracą siły. Na co dzień w pracy zajmuję się zagadnieniami związanymi z samokontrolą, sprawowaniem władzy nad swoimi emocjami, radzę, co robić, żeby pielęgnować w sobie siłę i wytrwałość. Jestem specjalistką od spinania tyłka. Tylko ile można spinać tyłek? W pewnym momencie człowiek po prostu robi się tym spinaniem zmęczony, dochodzi do wyczerpania zasobów ego, które tożsame jest z wypaleniem. Skutkiem wypalenia są poważne problemy afektywne.

W tej chwili mnóstwo ludzi jest na środkach antydepresyjnych (Shutterstock.com) , Skutkiem wypalenia są poważne problemy afektywne (Shutterstock.com)

Na przykład?

Obniżony nastrój, depresja, zaburzenia snu, brak koncentracji. W tej chwili mnóstwo ludzi jest na środkach antydepresyjnych, nasze – psychologów – wewnętrzne rozmowy na temat tego, co się dzieje, pozwalają szacować, że co druga osoba zażywa leki. Energia, którą człowiek wkłada w ochronę siebie, czyli regularne ćwiczenia, zdrowe odżywianie, dbanie o swój dobrostan psychiczny, w pewnym momencie się wyczerpuje. Zasoby ego się kończą i pojawia się zmęczenie, zrezygnowanie, brak motywacji do pracy, nauki, utrata radości z tego, co się robi.

Bardzo martwi mnie stan psychiczny młodzieży. Co chwila ktoś do mnie dzwoni z prośbą o polecenie terapeuty, a to dla 13-latka z depresją, a to dla 12-latki z anoreksją.

Dla wielu osób to bardzo trudne, żeby mimo niekorzystnej sytuacji, w której się znaleźliśmy, utrzymywać jakieś zasoby energii i je na bieżąco regenerować. Nie zostaliśmy tego nauczeni. Ze świata, w którym rządziły hedonizm i rozpasanie, w którym wszystko właściwie było wolno, nagle zostaliśmy wrzuceni do świata, w którym musimy się na każdym kroku kontrolować, doskonale sobą zarządzać, tak żeby czuć się świetnie i nie popadać w marazm. Wkurza mnie, gdy mówi się, że nie potrafimy się spiąć. My umiemy się spiąć, ale mamy swoje granice, nie jesteśmy robotami, które bezrefleksyjnie mogą wykonywać polecenia, ponosimy ogromne koszty wszystkich nakazów i zakazów.

Co szczególnie ludzi męczy?

Czynnikiem, który często się przewija w rozmowach, jest praca zdalna, ale przede wszystkim wśród osób, które mają dzieci. Znam singli zachwyconych tym, że nie muszą jeździć codziennie do biura. To dla nich czas życia. Z drugiej strony wielu singli narzeka na samotność. Nie jest tak, że przed pandemią wszyscy sobie kogoś znaleźli i mają wsparcie partnera. Jest mnóstwo osób poszukujących, które musiały zawiesić te poszukiwania. Bo nie każdy od razu jest w stanie umówić się u kogoś w mieszkaniu. Są też tacy, którzy nie potrafią randkować w sieci – po prostu emocjonalnie nie czują, że jest to dla nich odpowiednia forma nawiązywania znajomości.

Wiele osób mówi, że po prostu brakuje im atrakcji. Na szczęście otworzyli już kina, teatry, muzea, galerie, jest gdzie się ruszyć. Część ludzi z tego skorzysta – koleżanka opowiadała mi, że jak otworzyli galerie sztuki, to kolejka pod Zachętą ciągnęła się aż do małych uliczek. Niestety, część popadnie w wyuczoną bezradność i zostanie w domach, bo już przyzwyczaili się do tego, że się w tym domu siedzi.

No ale przecież mieliśmy się chronić, unikać stykania się z obcymi ludźmi. Hasztag: zostań w domu.

Ależ tak, w tej chwili możemy sobie przepięknie zracjonalizować naszą bierność i brak aktywności. Tylko niestety takie podejście nie jest dobre, bo sprzyja depresji. Przecież pierwsze, na co zwraca uwagę psychiatra czy psycholog, gdy przyjmuje pacjenta, to jego wygląd. Jeśli ktoś przychodzi do gabinetu rozczochrany, w wymiętej koszuli albo wyciągniętym swetrze, do tego nieprzyjemnie pachnie, to jest duże prawdopodobieństwo, że przechodzi kryzys psychiczny.

Jest mi wygodnie w tej piżamie, nie muszę nigdzie wychodzić, na dworze zimno, jeszcze się przeziębię – tak sobie możemy powtarzać.

No i rzeczywiście, kto dziś myśli o tym, żeby do pracy zdalnej zakładać szpilki? A jednak okazuje się, że może to wpłynąć bardzo korzystnie na nasze samopoczucie. Mam wśród studentek dziewczyny, które zaczęły rano wkładać rzeczy wyjściowe, niektóre nawet siedzą w tych szpilkach, mimo że na Zoomie ich nie widać. Wystarczy im, że one o tym wiedzą. Ale dla niektórych to za mało.

Zakładam ładną sukienkę dla siebie, ale też dla wszystkich tych, którzy mnie w niej zobaczą. To mnie nakręca, dodaje energii (Shutterstock.com) , (Shutterstock.com)

Zapomnieliśmy o tym, że wychodząc codziennie do pracy, otrzymywaliśmy mnóstwo niewielkich wzmocnień, małych gratyfikacji, które nas napędzały, poprawiały nam nastrój, motywowały do działania. Bo mieliśmy publiczność. Zakładam ładną sukienkę dla siebie, ale też dla wszystkich tych, którzy mnie w niej zobaczą. To mnie nakręca, dodaje energii. Gdy jesteśmy tego pozbawieni, staje nam się obojętne, czy siedzimy w dresie, czy w sukience, i popadamy w marazm. Po co się stroić, skoro nie ma dla kogo?

A ja się ostatnio tak cieszyłam, że już przyzwyczaiłam się do siedzenia w domu, że na otwarcie kin i teatrów zareagowałam bez entuzjazmu.

To dobrze, że się oswoiliśmy z pracą zdalną, że zaprzyjaźniliśmy się z naszymi mieszkaniami, wiele osób zaczęło dużo bardziej o nie dbać – ludzie robią remonty, nawet budują domy. Przestali je traktować jak sypialnię, a zaczęli jak miejsce do życia. Jednocześnie jednak musimy pamiętać o tym, żeby nie zgnuśnieć, niechęci do dbania o siebie nie tłumaczyć tym, że "lubię naturalność".

Czyli co pani radzi: zmusić się do wyjścia?

Tak! Korzystać z tego, z czego już korzystać możemy. Musimy odświeżyć te szlaki neuronalne, które uległy wygaszeniu, nasz mózg już zapomniał, jak to jest wychodzić. Stąd ta niemoc i niechęć do działania. To trochę tak, jakbyśmy po latach niejeżdżenia samochodem nagle usiedli za kółko. Wszystkiego na pewno nie zapomnieliśmy, ale potrzeba nam trochę czasu, żeby znów różne czynności zacząć wykonywać swobodnie, automatycznie, bez wysiłku. Musimy przełamywać schematy.

Co ważne, człowiek się rozwija, gdy doświadcza nowych rzeczy, przebywa w nowym otoczeniu. Bratu mojej bliskiej koleżanki osiem miesięcy temu urodził się synek, przyjechali do niej w jeden z ostatnich weekendów. Mały nigdy wcześniej u niej nie był, zresztą od początku swojego życia przebywał głównie w domu, przede wszystkim z rodzicami. I to właśnie podczas tego pobytu po raz pierwszy, opierając się o stolik kawowy, stanął. Po raz pierwszy powiedział też "papa". Rodzice byli w szoku. To pokazuje, że człowiek, żeby się rozwijać, potrzebuje nowych wyzwań, nowego rodzaju stymulacji. Jeżeli wystawianie się na działanie nowych bodźców jest utrudnione, trzeba takie możliwości znajdować i trochę się do tego przymusić.

Iść na wystawę, która nam się nie podoba, albo na spektakl, który nie jest w naszym stylu?

Ale ta wystawa czy ten spektakl nie muszą nam się podobać, nie w tym rzecz. Chodzi o eksponowanie się na coś nowego, innego. A nuż skłoni nas to do przemyśleń albo stanie się przyczynkiem do dyskusji. Podejdźmy do tego jak do doświadczenia, które może być rozwijające.

Człowiek, żeby się rozwijać, potrzebuje nowych wyzwań, nowego rodzaju stymulacji (Kuba Atys/ Agencja Gazeta)

A jednak przy każdej decyzji o zrobieniu czegoś "jak dawniej" długo muszę się zastanawiać, czy to na pewno bezpieczne. Ostatnio przesunęłam granicę i spotkałam się z koleżanką w jej mieszkaniu. Potem zdzwaniałam się na Zoomie ze znajomymi, którzy jak usłyszeli, że byłam u kogoś, zrobili wielkie oczy. Poczułam się głupio i pomyślałam: może to rzeczywiście nieodpowiedzialne? Jak określić swoje granice? Koleżanka ostatnio zdecydowała się wykupić wycieczkę zagraniczną.

I bardzo dobrze zrobiła! Nie ma zakazu przemieszczania się, więc dlaczego nie skorzystać? Nie dowiemy się od nikogo, co jest słuszne, a co na pewno nie jest. Każdy z nas indywidualnie określa swoje granice. Ważne, żeby kierować się zdrowym rozsądkiem i pamiętać o dezynfekcji i myciu rąk, noszeniu maseczki, utrzymywaniu dystansu społecznego, o tym, żeby się wysypiać, zdrowo odżywiać, nie zanieczyszczać organizmu śmieciowym jedzeniem, ćwiczyć. I nie podejmować ryzykownych zachowań.

Jakiś czas temu rozmawiałam z pewnym starszym panem, po siedemdziesiątce. On w ogóle nie wychodził z domu w czasie pandemii. Spotykał się tylko z synem, który przynosił mu zakupy, czasem go odwiedzał. Nagle pan się gorzej poczuł. Zrobili mu test i co? COVID. Więc możemy się chronić do granic możliwości, a i tak się nie uchronimy. Nie można popadać w paranoję, to tak, jakbyśmy chcieli popełnić samobójstwo ze strachu przed śmiercią. Pamiętajmy, że jakość życia jest bardzo ważna. Niestety, rząd w ogóle o tym nie wspomina.

W ostatniej rozmowie podjęłyśmy temat tej narracji rządu, który tylko zakazuje, ale nie wspiera. Francuski psychiatra dr Patrice Huerre mówi, że rządy niektórych państw nie wykazują żadnego zrozumienia dla cierpienia, jakie powodują te wszystkie ograniczenia.

Tym bardziej że coś, co miało być przejściowe, okazało się bardziej trwałe. Przypadkowość niektórych obostrzeń zadziwia i denerwuje. Podobnie jak ich nieprzewidywalność. Nie ma żadnej stałości, co sprawia, że jest w nas wysoki poziom lęku. Kościołów nie pozamykano, ale dzieci do szkół chodzić nie mogą, pootwierali galerie handlowe, kina, teatry, ale restauracji nie.

Wspomniany przeze mnie psychiatra twierdzi, że ogromne mogą być nawet konsekwencje noszenia maseczek.

To ciekawe, że na to zwraca uwagę. W Polsce nikt nie ma odwagi cywilnej, żeby powiedzieć o tym na głos. Człowiek ma potrzebę patrzenia na ludzkie twarze. Na szczęście po oczach też jesteśmy w stanie rozpoznać, czy ktoś jest przyjaźnie nastawiony, czy wrogo. Ta komunikacja jest obecnie bardzo utrudniona, trudno jednak ocenić, jakie będą długotrwałe skutki tego, że się nie widzimy, nie zawsze rozumiemy, nie rozpoznajemy. Pewnie w którymś momencie będziemy już mogli maseczki ściągnąć, chociaż bardzo prawdopodobne, że będziemy musieli je mieć na podorędziu i zakładać przed wejściem do sklepu czy na uczelnię. W Azji to normalne.

Ta komunikacja jest obecnie bardzo utrudniona, trudno jednak ocenić, jakie będą długotrwałe skutki tego, że się nie widzimy (Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)

Rozmawiałam niedawno z dziennikarką mieszkającą w Szwecji, która podkreślała, że tam pandemii nie przeżywa się jak apokalipsy, bo rząd szanuje obywateli, nie zaskakuje ich obostrzeniami, zaleca, a nie zakazuje. I to sprawia, że czuje spokój.

I ta strategia jakoś nie powoduje, że zakażeń jest tam więcej. Nic niestety jednak nie wskazuje na to, że cokolwiek w strategii polskiego rządu się zmieni. Możemy mieć nadzieję, że wiosna, która niebawem nadejdzie, tchnie w nas więcej optymizmu, miną sezonowe depresje, będzie więcej słońca, więcej możliwości spędzania aktywnie czasu na powietrzu.

Z drugiej strony wiele wskazuje, że nie unikniemy trzeciej fali. Przesilenie wiosenne to okres infekcji, bardzo prawdopodobne, że zakażenia znów wystrzelą. Jeśli tak się stanie, to nastroje będą już bardzo nieciekawe, ludzie w tej chwili są wykończeni. Liczę jednak, że podobnie jak w zeszłym roku pandemia odpuści latem, jesienią z kolei może znów dać nam do wiwatu, jak w ubiegłym roku, jeżeli tempo wyszczepiania społeczeństwa nie wzrośnie.

Czy sądzi pani, że pandemia kiedyś się skończy? Dr Huerre twierdzi, że kiedy przeważająca większość ludzi będzie zaszczepiona i znów będzie można się spotykać w restauracjach i przyjmować przyjaciół, nastąpi krótka chwila euforii, wyżycia się, po czym przyjdzie zapomnienie. I tak jak poprzednie pandemie, ta również stanie się dla ludzi zamkniętą przeszłością.

Oby tak było! Jest jednak we mnie ziarno niepokoju, że nawet jeśli opanujemy tę pandemię, to czy za chwilę nie pojawi się jakiś nowy wirus? A może SARS-CoV-2 zacznie tak mutować, że będzie konieczność wymyślania nowych szczepionek?

Nie jest tak, że wszyscy mają wsparcie partnera. Jest mnóstwo osób poszukujących, które musiały zawiesić poszukiwania (Shuterstock.com)

Raczej skłaniam się ku temu, że nadejdzie tak zwana nowa normalność, że nie wszyscy wrócimy do pracy stacjonarnej, będziemy unikać spotkań z ludźmi, jeśli będziemy mieli symptomy infekcji, będziemy stosować środki ostrożności, jak noszenie maseczek czy dezynfekcja. Nawet jeśli otworzą się takie branże, jak gastronomiczna czy rozrywkowa, to jestem przekonana, że jeszcze długo będą funkcjonować w jakimś reżimie sanitarnym. Pandemia na pewno nie odejdzie w zapomnienie również z tego powodu, jak wiele osób straciło i straci bliskich wskutek COVID-19. Choć bardzo chciałabym, żebyśmy wrócili do normalności…

Ale raczej nie nastąpi to w tym roku.

Obawiam się, że nie. Dlatego trzeba korzystać z życia, póki możemy. Oczywiście zachowując środki ostrożności.

Ewa Jarczewska-Gerc. Psycholog społeczny, trener biznesu. Zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. Interesuje się związkami między różnymi formami myślenia i wyobrażania sobie a efektywnością i wytrwałością w działaniu, a także stresem i jego korelatami.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.