Rozmowa
Pałac Kultury i Nauki, 1995 r. (fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta)
Pałac Kultury i Nauki, 1995 r. (fot. Wojciech Druszcz / Agencja Gazeta)

 Czy to zasługa Jerzego Urbana?

Jeżeli spojrzeć na grotę największych grzeszników XX wieku, która znajduje się w Licheniu, to tak. Pokraczna figura Urbana stoi tam obok Hitlera i Stalina, w jaskini nienarodzonego dziecka.

Nie pytam bez powodu, ponieważ w jednym z pierwszych numerów tygodnika "Nie" były rzecznik rządu PRL opublikował zdjęcie nagiej kobiety. Co ciekawe, nie chciał wywołać dyskusji o goliźnie, tylko o aborcji. Dlaczego?

Od początku wolnej Polski umacniała się pozycja Kościoła katolickiego, który chciał – wbrew poparciu społeczeństwa – walczyć z aborcją. "Nie" jako główne antysolidarnościowe medium…

Medium opozycyjne!

…z ogromnym nakładem, sięgającym 400 tys. egzemplarzy, postanowiło zawalczyć o prawa kobiet. Urban w typowy dla siebie, prowokacyjny sposób pokazał zdjęcie gołej, rozkraczonej kobiety, umieszczając pod spodem krótki podpis: 18 lat alimentów albo dwa lata więzienia. Sugerował, że współczesna kultura pozwala na rozprzestrzenianie się pornografii, swobodny dostęp do niej, a jednocześnie chce karać kobiety za niereprodukcyjny seks. Chciał pokazać paradoks, w jakim się znaleźliśmy jako wolne, demokratyczne społeczeństwo, a tymczasem, jako najbardziej znienawidzona osoba w III RP, przyciągnął prokuraturę, która szukała paragrafu na pornografów. Precedensowy wyrok miał ułatwić w przyszłości odróżnienie pornografii od erotyki i umożliwić łatwiejsze karanie za prezentowanie golizny w przestrzeni publicznej.

Urban, jak to on, doskonale się wybronił, udowadniając, że opublikowane przez niego zdjęcie nie miało intencji podniecenia czytelnika, tylko stanowiło komentarz polityczny. Został uniewinniony, a całe środowisko pornograficzne odetchnęło z ulgą: skoro Urban mógł na ostatniej stronie opublikować zdjęcie nagiej kobiety z widocznymi genitaliami, to gazety dla dorosłych mogły praktycznie wszystko. I zaczęły z tego korzystać. 

Urban w typowy dla siebie, prowokacyjny sposób pokazał zdjęcie gołej, rozkraczonej kobiety, umieszczając pod spodem krótki podpis: 18 lat alimentów albo dwa lata więzienia (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Pornografia była legalna?

Nie, ponieważ nadal obowiązywał kodeks karny PRL-u z 1969 roku, który jej zakazywał. Za rozpowszechnianie groziła kara pozbawienia wolności lub grzywny. Zwróć jednak uwagę na to, że do końca nie było wiadomo, co jest pornografią. Czy "Playboya”" można uznać za pismo porno? Dobry prawnik był wtedy w stanie wybronić nawet najbardziej dosadne treści, zasłaniając się kryterium rozrywki przeznaczonej dla dorosłych. Dodajmy do tego wątek cenzury: po 1989 roku obawiano się ograniczania wolności wypowiedzi, mając w pamięci poprzedni system.

Jednak szybko okazało się, że eksponowanie pornograficznych gazet w kioskach nie podoba się katolikom.

Doskonale pamiętam, że jedna ściana kiosku była zawsze wytapetowana gołymi babami. Moi wujowie nie wstydzili się trzymać "Playboya”" i mocniejszych tytułów, takich jak "Wamp", na stoliku w salonie. Kasety pornograficzne, w co trudno uwierzyć, były atrybutem świadczącym o prestiżu. Można je było dostać od ręki w wypożyczalniach. Osobom o poglądach konserwatywnych faktycznie mogło się to nie podobać, ponieważ pornografia była wszędzie, bez rozróżnień klasowych i społecznych wszyscy przez jakiś czas korzystali z niej dosyć otwarcie. Wyobraź sobie, że pokazy filmów pornograficznych były również organizowane w szkołach i domach kultury!

Dla dzieci?!

Nie, dla nauczycieli i dorosłych.

Wystarczy spojrzeć na nakłady czasopism, które początkowo sięgały 350 tys., a ich średnia wynosiła ok. 100 tys. Naliczyłam prawie 80 tytułów z erotyką i pornografią, które wychodziły w Polsce w latach 90. A Ruch był monopolistą na rynku dystrybucji prasy, więc miał obowiązek sprzedaży każdego czasopisma zarejestrowanego przez sąd. Nie trzeba było chodzić do sex shopu, wystarczyło zajrzeć do pobliskiego kiosku. 

Dochodziło jednak do sytuacji zastraszania pracowników kiosków. Co chciały osiągnąć sąsiedzkie bojówki, które polowały na goliznę?

Zwrócić uwagę na łamanie prawa i demoralizowanie dzieci. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wśród zatroskanych rodziców i dziadków dominowali przede wszystkim ludzie, którzy czuli utratę patriarchalnej władzy. Na początku lat 90. mieliśmy do czynienia z nieznaną wcześniej wolnością i swobodą, również obyczajową. Grupy przyzwyczajone do porządku szukały głośnych tematów, dzięki którym mogły zaistnieć w przestrzeni publicznej. A seks zawsze był najlepszym sposobem dyscyplinowania społeczeństw.

Tomasz Raczek, redaktor naczelny polskiej edycji 'Playboya' (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ale co konkretnie obrońcy moralności robili pod kioskami?

Domagali się wycofania pornograficznych gazet. Najgłośniejsze akcje były w Białymstoku, później rozlały się na cały kraj. Organizacje takie jak Młodzież Wszechpolska informowały kioskarzy, że łamią prawo. Potem dochodziło do gróźb podpaleń, wybijania szyb, pikiet. Po czasie w kampanię włączyli się księża. A w 1997 roku do władzy doszedł AWS, który spróbował zdelegalizować wszelką pornografię, co ostatecznie zakończyło się wetem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Brzmi jak pierwsza wojna kulturowa III RP.

Trochę tak, wojna kioskowa. O sporze na bieżąco informowały media ogólnopolskie. To z tamtego czasu pochodzi określenie "pornogrubasy". Tak Stefan Niesiołowski mówił o Ryszardzie Kaliszu i Aleksandrze Kwaśniewskim.

Czy ta wojna przełożyła się na nakłady czasopism?

Oczywiście poszybowały w górę. Kioskarze mówili wręcz o tym, że ich klienci kupowali gazety na zapas. To ciekawe, ponieważ pod koniec lat 90. prasa pornograficzna nie cieszyła się już tak dużą popularnością, ale spór wokół niej odwrócił ten trend.

Wielu badaczy i historyków zwraca uwagę, że polska transformacja rozpoczęła się nie po Okrągłym Stole, ale wcześniej, po reformach ministra Wilczka. Liberalizacja gospodarki i swobód obywatelskich zaczęła się po 1986 roku. Z porno było podobnie, o czym dowiadujemy się z Twojej książki. Dlaczego pojawiło się tak późno?

Było dostępne wcześniej, w latach 70. słynny dyrektor Telewizji Polskiej Maciej Szczepański zaopatrzył Komitet Centralny PZPR w magnetowidy z kasetami, m.in. filmami pornograficznymi. W latach 80. to właśnie dzięki tej technologii najłatwiej przemycano nielegalne obrazy przez granicę. Na niektórych przejściach postawiono telewizory i magnetowidy, by kontrolować przewożone przez rodaków kasety VHS. Celnicy sobie jednak nie radzili – kaset było za dużo; w samym Szczecinie aż 60 procent VHS-ów zatrzymywano za treści nieobyczajne.

A czy można postawić tezę, że władza chciała odwrócić uwagę Polaków od problemów gospodarczych i politycznych? Mieliśmy zająć się oglądaniem filmów, a nie działalnością opozycyjną i rozpamiętywaniem czasów stanu wojennego?

Od lat 70. można prześledzić gesty liberalizujące sferę publiczną, począwszy od działalności kabaretów, przez scenę muzyczną, aż po zgodę na wydawanie pisma erotycznego "Pan". W kinie pozwalano na nieobyczajną goliznę – w zasadzie trudno znaleźć film z tego okresu, w którym główna bohaterka nie odsłoniłaby przynajmniej piersi. Z kolei na przełomie 1987 i 1988 roku rząd pozwolił na funkcjonowanie Pośrednictw Wymiany Kaset, tzw. wymienialni. Trudno uwierzyć, że na bazarach były oficjalne miejsca, w których mogłeś wymienić się nawet nielegalną kasetą wideo, którą właściciel punktu dodatkowo przegrywał dla siebie.

Targi Play Box - pierwsze ogólnokrajowe targi kaset video, audio, płyt CD, gier komputerowych i telewizyjnych (fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta)

Czym był "Pan"?

Czasopismem poradniczo-hobbystycznym (śmiech). Podobnie jak ukazujący się wtedy "Playboy" był zachodni w formie, ale polski w treści. W praktyce był kalką amerykańskiego "Playboya". Obok adiosów i um, polskich wersji Adidasów i Pum, na naszym rynku pojawiły się podróbki różnych zachodnich marek, a "Pan" i "Playtboy" wypełniały brak w swojej niszy.

A kiedy pojawiły się pisma z hardkorową pornografią?

Pink Service, czyli najdłużej działająca w Polsce firma pornograficzna, już w 1991 roku ruszył z "Wampem" i "MEN-em", czyli z jednej strony z czasopismem skierowanym do heteroseksualnej klienteli, a z drugiej – do gejów. O ile w pierwszych numerach pojawiały się same akty, o tyle w kolejnych były już pokazywane sceny seksu genitalnego, oralnego czy analnego.

Kiedy było najwięcej tych pism?

W 1992 roku. Rynek się wtedy nasycił.

Za pornografię nie odpowiadali wyłącznie mężczyźni. W latach 80. pojawiła się Teresa Orlowski.

Była kobietą sukcesu, która do dziś wzbudza wiele skrajnych emocji. Wyjechała z Polski w 1979 roku, niedługo potem wraz z nowym mężem Hansem Moserem założyła w Niemczech zachodnich największą w Europie firmę produkującą pornografię, z najbardziej zaawansowanym technologicznie sprzętem, ogromną liczbą wypuszczanych filmów i spektakularnym sukcesem komercyjnym i finansowym. Opływała w bogactwa, jeździła luksusowymi samochodami. Była więc Polką, która odniosła sukces w RFN, uosobieniem największych fantazji o Zachodzie, ale materia, którą się zajmowała, kojarzyła się z czymś niegodnym. Bo Orlowski grała też w swoich filmach, była ich prawdziwą gwiazdą.

Tutaj pojawia się temat uprzedmiotowienia kobiet. Czy znasz przypadki, kiedy odgrywały inne role niż przedmiotu męskiego pożądania?

Były takie wyjątki. Wydawczynią "Playboya" była Beata Milewska, w "Twoim Weekendzie" i "Wampie" zdarzały się kobiety na stanowiskach naczelnych. One się nie rozbierały, pisały wstępniaki. W magazynach takich jak "Peep Show" przedstawiano w podobnej estetyce kobiety i mężczyzn. Ta śląska gazeta nie prezentowała amerykańskich gwiazd porno, tylko 60-latków ze Śląska, którzy przesyłali swoje zdjęcia zrobione domowym aparatem. Męskie i kobiece ciało było tam przedstawione na równi. Był magazyn "Markiz", który prezentował seks sadomasochistyczny, i w nim postać dominy raczej nie kojarzyła się z uległością czy uprzedmiotowieniem. Natomiast to, że kobiety są przedstawione w konkretny sposób, niekoniecznie świadczy o tym, że są wykorzystywane lub zmuszane do pracy. Warto rozróżnić fantazję seksualną i rzeczywistość, a także seks i seksizm.

Ewa Stusińska, autorka książki 'Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity' (fot. Katarzyna Onisk)

Dlaczego tak dużą popularnością cieszyły się pisma z anonsami?

Bo nie było Tindera i Zbiornika ani innych portali, które dziś służą do poznawania ludzi spoza najbliższego kręgu towarzyskiego. W tamtych czasach ludzie poznawali się na prywatkach i w zakładach pracy, na uczelniach, wśród znajomych. Liczba osób, z którymi mieli do czynienia, była mocno ograniczona. W momencie, kiedy prasa ogólnopolska zgodziła się na zamieszczanie ogłoszeń otwarcie erotycznych, z miejsca zyskała popularność, ponieważ uruchomiało to możliwość poznawania partnerów na szeroką skalę. Pismo "Seksrety" wychodziło w nakładzie 100 tys. egzemplarzy! Można tam było zamieścić darmowy anons, na który mógł odpowiedzieć każdy.

Pan B., naczelny "Seksretów", opowiadał, że wszystko zaczęło się od skromnego anonsu pani z Gdyni, która szukała partnera do związku. Potem pojawiły się typowe ogłoszenia erotyczne, tyle że ze ściśle wyrażonymi potrzebami seksualnymi, typami partnerów i poszukiwanych przyjemności.

W purytańskiej Polsce, wiernej Kościołowi, porno było i jest popularne. O co tu chodzi?

Jakub Majmurek w tekście "Pornodrogi ‘wolności’" pisał, że produkty z Zachodu, nawet najbardziej śmieciowe, jak katalogi sprzedaży wysyłkowej, puszki po coli czy magazyny pornograficzne, były otoczone aurą wyjątkowości. Dzięki etykiecie zachodniości i nowości były odbierane w innym porządku niż teraz. W latach 90. rozmyły się granice, niejasne stało się to, co jest dobre, a co złe, bo w zasadzie przez cały okres komunizmu wmawiano Polakom, że pornografia, jak i cały Zachód, jest zgniła. Z tej przekory, jaka nas cechuje, na początku transformacji ustrojowej trendy się odwróciły.

A teraz?

Mam wrażenie, że to efekt działania podwójnych standardów. W wiktoriańskiej Anglii cenzura i obowiązujące kary paradoksalnie zwiększyły liczbę domów publicznych, pracownic seksualnych, a także produktów pornograficznych. Zakazy, jak to bywa w historii, wywołują reakcje odwrotne. W Polsce dzieje się to samo. Pornografia jest legalna, ale obyczajowość jej nie aprobuje. Nikt się w zasadzie nie przyznaje do oglądania pornografii, nikt nie opowiada o masturbacji. Żyjemy jak w wiktoriańskiej Anglii: mówimy, że porno jest złe, ale zaspokajamy swoje potrzeby po kryjomu.

Pornografia odgrywała ważną rolę nie tylko w życiu codziennym, ale też w polityce i kulturze wizualnej, która nas otacza. Co Twoja książka i ta opowieść mogą powiedzieć nowego o transformacji i latach 90.?

Pornografia jest pomijana w tych dyskusjach. Szkoda, bo pozwala poprowadzić historię polskiej transformacji pomiędzy białym mitem sukcesu (dogonienie Zachodu, demokracja, wolność) a czarnym mitem porażki (powszechna pauperyzacja, sprzedaż państwowego mienia, bezrobocie). Pornografia pokazuje różne odcienie szarości, które wtedy istniały: kulturę "pirackiej modernizacji", treści, które przenikały z ekonomii braku do ekonomii obfitości, zwykłe konsumenckie wybory, zachowania i gusta. To historia o podróbkach, nieudolnych wytworach tego, co istniało na Zachodzie, ale też opowieść o przedsiębiorczości i kreatywności Polaków. To również forma oporu przed ideologią "Sukcesu", w której sugerowano, że każdy może być milionerem, albo przed kulturą wysoką, ambitnym kinem i dyktatem elit. Ludziom podobała się kultura masowa i podobało się porno. To przejaw prawdziwej wolności, czy tego chcemy, czy nie.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Ewa Stusińska. Ur. 1984. Doktor nauk humanistycznych. Studiowała filologię polską i psychologię. Publikowała m.in. w „Dwutygodniku”, „Twórczości”, „Kulturze Liberalnej”, „Res Publice Nowej”. W 2018 roku ukazał się jej doktorat „Dzieje grzechu. Dyskurs pornograficzny w polskiej prozie XX wieku”. Jest współzałożycielką magazynu „Nowa Orgia Myśli”. Prowadzi stronę i fanpage porno-grafia.pl. 10 lutego nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jej książka „Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity”, a 14 lutego w serwisie Audioteka ma premierę serial audio pod tym samym tytułem.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.