Rozmowa
W czasie pandemii stan psychiczny wielu ludzi uległ dramatycznemu pogorszeniu (fot. Shutterstock)
W czasie pandemii stan psychiczny wielu ludzi uległ dramatycznemu pogorszeniu (fot. Shutterstock)

Fakt, że rozmawiamy dzisiaj online, wiele mówi o tym, w jakim kierunku zmierzają relacje międzyludzkie w dobie koronawirusa. Miejmy nadzieję, że w momencie, w którym nasza książka się ukaże, pandemia będzie już wyhamowywać, ale podejrzewam, że digitalizacja kontaktów, która teraz następuje, jest nieodwracalna. Jak to wpłynie na sferę seksualną, na naszą intymność?*

Rzadko kieruje mną przekonanie, że wszystko będzie dobrze, tym razem nie będzie inaczej.

Tak myślałam. Chociaż są fani miłości online, sekstingu i innych form, które nie wymagają kontaktu twarzą w twarz…

Te formy istnieją, mogą dawać ludziom przyjemność, ale jeśli myślimy o seksualnym spotkaniu, tak jak przyzwyczaiłyśmy się w slow seksie myśleć, czyli jako o czymś budującym pogłębiony kontakt ze sobą i z drugim człowiekiem, to nie mamy spełnionych podstawowych warunków.

 

Kontakty online są bardzo dysocjujące, widzimy najwyżej fragment ciała partnera, dźwięk często dociera do nas z opóźnieniem, nie mamy styczności z całą niewerbalną częścią komunikacji, nie możemy kogoś dotknąć, doświadczyć jego zapachu, ciepła jego ciała. Wprawdzie możemy poczuć działanie gadżetu erotycznego, jednak jest to doświadczenie fragmentaryczne. Dopóki nie będziemy mieli kombinezonów, do których można wejść i oszukać ciało i mózg, najpełniejszą formą kontaktu będzie nadal seks w realu.

Przyznasz jednak, że są zalety tej sytuacji, bo po pierwsze, bez kontaktu w realu nie ma niebezpieczeństw związanych z rozmaitymi infekcjami przenoszonymi drogą płciową, a po drugie, osoby, które są nieśmiałe, pozamykane, dzięki pośrednictwu ekranu być może będą w stanie odważyć się zrobić coś, czego normalnie by nie zrobiły.

Może tak być, chociaż mnie od razu zapala się czerwona lampka, kiedy to słyszę. Bo skoro te osoby na co dzień nie chcą czegoś robić, to czemu w wirtualnym świecie miałyby nagle zmieniać zdanie? To może być odwaga na granicy brawury. Trzeba by się upewnić, że towarzyszy jej respektowanie własnych potrzeb i granic, także granic drugiej osoby. Bo gdybym była z żywym człowiekiem, tobym się wstydziła coś robić, ale skoro jestem online, to mniej czuję, że to ja? Niepokojące.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że duża część aktywności międzyludzkich będzie się w przyszłości odbywać online. Nawet jeżeli pandemia rozluźni uścisk, to nasze nawyki nie wrócą do stanu sprzed pojawienia się COVID-19. Technologia w tym czasie bardzo przyśpieszyła i zmierza właśnie w kierunku digitalizacji wszystkiego – pracy, kontaktów towarzyskich.

Seks się od tego nie uchroni. Nie mówiąc już o tym, że ludzie przebywają w różnych rejonach świata i wirtualny seks bywa jedynym, jaki mogą uprawiać ze swoimi partnerami lub partnerkami.

Skoro te osoby na co dzień nie chcą czegoś robić, to czemu w wirtualnym świecie miałyby nagle zmieniać zdanie? (fot. Shutterstock)

A jaki jest twój stosunek do tego? Doceniasz możliwości, które te narzędzia dają, ale opowiadasz się za tym, żeby były one uzupełnieniem pierwotnego i fizycznego kontaktu?

Staram się zachowywać otwartą postawę. Przyjmuję do wiadomości ten kierunek zmian. Jednocześnie zawsze pytam o to samo: czy to nam służy? Czasem ludzie spotykają się przez Tindera albo online i szukają dróg do widzenia się na żywo.

Albo są parą, ale w danej chwili mają do dyspozycji tylko wirtualny kontakt, bo jedno jest w Anglii, a drugie w Azji. Nie ma co drzeć szat nad zmianami cywilizacyjnymi, trzeba raczej myśleć, jak się w tym odnaleźć.

Mam jedno miejsce, w którym zaczynam rzucać piorunami. Chodzi o kompulsywne korzystanie z porno jako metody na życie intymne, regulatora nastroju i kompensacji problemów życiowych. Jak we „Wstydzie” Steve’a McQueena, którego bohater to istota pusta wewnętrznie. Niestety takie tendencje się nasiliły od czasu, gdy po raz pierwszy rozmawiałyśmy.

W większości dotyczą mężczyzn, ale kobiet również nie omijają, a skutki są dewastujące. Warto pamiętać, że pieszczoty przez Skype’a nie zrobią nam tyle, co te na żywo, bo kontakt z drugim człowiekiem, ten human touch, nie ma sobie równych.

W pierwszym wydaniu naszej książki mówiłaś dużo o tym, że to między innymi pornografia odpowiedzialna jest za to, że źle oddychamy w seksie. Niesie też często nierealistyczne wzorce ciała i możliwości seksualnych, przez co zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają kompleksy związane z niską wydajnością seksualną, brakiem atrakcyjności. No i wreszcie – pornografia staje się barierą, która oddziela nas od uczuć.

Tak, te wszystkie abstrakcyjne wzorce związane z pornografią mocno nam się osadzają w rzeczywistości. Coraz częściej z rozmów z młodymi kobietami dowiaduję się, że one w swoich fantazjach i aktywnościach seksualnych bazują na sekwencjach działań zaczerpniętych z porno. Mężczyźni, nie tylko młodzi, wyznają z kolei w gabinetach, że nie mogą się podniecić bez oglądania porno, że przebywanie w łóżku z drugim człowiekiem to dla nich za mało. Dlaczego? Zostali uwarunkowani przez silny bodziec wzrokowy.

Mężczyźni, nie tylko młodzi, wyznają z kolei w gabinetach, że nie mogą się podniecić bez oglądania porno (fot. Shutterstock)

To modeluje postrzeganie relacji seksualnych à la porno. Czyli: wchodzę i biorę – dla mężczyzn. Wchodzi i bierze – dla kobiet. Wierzymy, że ludzie tak wyglądają, że nikt nie potrzebuje przytulenia, nie męczy się, zawsze ma erekcję i generalnie zawsze chce. Najbardziej niepokojące jest to, że coraz więcej osób identyfikuje się z koncepcją seksualności, która jest oparta tylko na mechanicznie powtarzanych działaniach. To nie jest seksualność, tylko ruchanie.

I co zazwyczaj radzisz komuś, kto ma wdrukowane podobne obrazy i wzorce zachowań?

Odpowiem cytatem z reżyserki filmów porno. Erika Lust powiedziała kiedyś, że za ludzkie niepowodzenia w seksie należy obwiniać filmy Disneya i złe porno. Pierwsze, bo budują nierealistyczny obraz relacji, drugie, bo budują nierealistyczny obraz seksu. Więc gdy trafia do mnie osoba, która ma problem z kompulsywnym korzystaniem z pornografii i jego albo jej życie seksualne z tego względu obumiera, to zaczynam właśnie od tego – porno to jest bajka. Trzeba wymyślić swoją rzeczywistość seksualną na nowo, bez wiary w bajki. To coś w rodzaju restrukturyzacji poznawczej, oduczanie się tego, co się wie. Łatwe to to nie jest.

A ciałopozytywne porno? Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Istnieje, tylko za bardzo przypomina rzeczywistość, żeby budzić ten poziom ekscytacji! Pomyśl, co cię bardziej wciągnie w kinie – kosmiczne kino akcji z wybuchami i ratowaniem świata przed zagładą czy kameralny film poruszający subtelne aspekty relacji międzyludzkich?

W sumie najlepiej by było, gdyby ludzie po prostu zaczęli oglądać wyłącznie dobre porno i traktowali to jako przyprawę, a nie obiadokolację, bo te treści zmieniają także podejście do własnego ciała. Coraz więcej kobiet decyduje się na labioplastykę. Ostrzykiwanie punktu G jest w karcie każdego centrum piękna intymnego, których pojawiły się w Polsce setki. Nie tylko naśladujemy ruchy z porno, chcemy wyglądać jak w porno.

Ludzie wdrażali przeróżne strategie radzenia sobie z pandemicznym lękiem przy pomocy seksu (fot. Shutterstock)

No ale co powinniśmy zrobić w sytuacji, w której zostaliśmy uwięzieni w pandemii w domu, nie mamy partnera czy partnerki, boimy się poznawać nowe osoby, bo grasuje wirus, więc chodzenie na randki z apek odpada? Pornografia może nas wtedy uratować.

Po pierwsze, pandemia nie trwa wiecznie i prędzej się umrze z powodu nieudzielenia pomocy na SOR-ze niż z braku seksu. Ludzie wdrażali przeróżne strategie radzenia sobie z pandemicznym lękiem przy pomocy seksu, bo jak w przypadku każdej wielkiej klęski zagrożenie ze strony Thanatosa chcemy przegnać Erosem. Były osoby, które się bały spotkań, zamykały się w domach, a były i takie, które po dwóch randkach decydowały się na zamieszkanie razem na czas lockdownu. W sytuacji powszechnego zagrożenia dużo poważniejsza niż brak seksu jest deprywacja dotyku, której ludzie często nie dostrzegają. Wtedy niepokój i napięcie próbują rozładować na przykład masturbacją do porno.

Bardzo wiele osób nie rozpoznaje własnych stanów emocjonalnych i ostatni rok pokazał, jakie są tego długofalowe skutki. To były osoby, którym było najciężej w pandemii. Czuły napięcie, niepokój, który mógł być lękiem, złością, smutkiem, i od razu sięgały po coś, co wprawia w dobry nastrój.

Repertuar poprawiaczy nastroju jest stały: alkohol, narkotyki  i seks. Ta święta trójca działa bezpośrednio na nasz mechanizm nagrody. A, jeszcze jest cukier. Powtórzmy takie działanie kilkaset razy, a utrwali nam się określony styl reakcji na dyskomfort psychiczny. Nie będzie to sprawdzenie, co się ze mną dzieje, tylko poszukiwanie biologicznej gratyfikacji, która daje złudzenie braku problemów. Tak powstaje kompulsja. Jednocześnie powody złego samopoczucia nie mijają, a nawet mogą się pogłębić.

Marta Niedźwiedzka i Hanna Rydlewska, autorki książki 'Slow sex' (fot. Weronika Ławniczak)

W czasie pandemii stan psychiczny wielu ludzi uległ dramatycznemu pogorszeniu. Gdy rozmawiamy, w Polsce dostępne są tylko wstępne opracowania omawiające to, co się z nami stało. Nie ma jeszcze przekrojowych badań, bo weryfikacja tego, co się wydarzyło, jest złożona. Ale psychologowie i psychoterapeuci na całym świecie mówią to samo – zbiorowo weszliśmy w głęboki kryzys, który dotknął wszystkich. Mówi się o ASD (acute stress dissorder, silnej reakcji postresowej), o PTSD (post-traumatic stress disorder, złożonym zaburzeniu wynikającym z silnego stresu). Przewidywania są takie, że najbliższe lata to będzie fala zaburzeń afektu, lękowych, i że ludzkość psychicznie dostała potężny łomot.

To, jak stres pandemiczny podziałał na każdego z nas, zależy od złożonych czynników, właśnie dlatego ciężko się to bada.

Im lepszy był nasz stan wyjściowy, kondycja naszych związków rodzinnych i przyjacielskich, tym łagodniej przejdziemy przez ten czyściec. Jeśli jednak weszliśmy w lockdown z jakimiś niezałatwionymi trudnościami psychicznymi, to opuścimy go w gorszym stanie. Co ważne, czynniki materialne nie grają tutaj tak dużej roli, jak nasza kondycja psychiczna i możliwość uzyskania wsparcia. Właśnie dlatego odpowiedzią na ataki lęku, wybuchy złości, bezsenność, zaburzenia koncentracji, poczucie przytłoczenia nie jest wypicie kielicha i włączenie pornoska, tylko bieg sprinterski do najbliższego terapeuty. I to jest jedyny przykład tego, że relacja online może być w stu procentach karmiąca, bo większość terapeutów w pandemii przeszła na wirtualne sesje.

*Fragmenty ostatniego wydania książki "Slow sex", poszerzonego o nowe rozdziały, Marty Niedźwieckiej i Hanny Rydlewskiej

KSIĄŻKA DO KUPIENIA TUTAJ >>>

Hanna Rydlewska. Dziennikarka i redaktorka. Obecnie dyrektorka wydawnicza i szefowa digitalu „Vogue Polska”. Wcześniej była m.in. szefową newsroomu i zastępczynią dyrektora serwisów informacyjnych Gazeta.pl, wicenaczelną „Przekroju” i NaTemat.pl, przez kilka lat kierowała magazynem „Exklusiv”. W radiu Chilli Zet prowadziła audycję „Hani Bal”, dziś odpowiada m.in. za podcast „Ciało ma głos” w Vogue.pl. Jest autorką książki „Po prostu przyjaźń”, współautorką „Slow Sex. Uwolnij miłość” i prezesem wydawnictwa OsnoVa. Książki to, obok rozmów z ludźmi, jej największa pasja.  

Marta Niedźwiecka. Pierwsza polska certyfikowana sex coach, psycholożka kliniczna. Autorka podkastu psycho-seksuologicznego "O Zmierzchu", współautorka książki "Slow Sex. Uwolnij miłość". Od ponad dekady pracuje z parami i solistami w obszarze seksualności, relacji i wyzwań emocjonalnych zarówno w ramach terapii, jak i na warsztatach rozwojowych. Wierzy, że świadoma seksualność zmienia życie na lepsze.