Bardzo chciałam zobaczyć pana w roli Nikoli Tesli. Jednak filmu nie będzie. Jest panu smutno?
Mam wyrwę. Pamiętam jeszcze, jak się do tego filmu przygotowywałem, jak ciężko pracowałem, jak latałem do Londynu na próby. Był taki moment, w którym wszystko wyglądało idealnie. To dziwne uczucie, ale do oswojenia.
Pech.
Bardzo dużych rozmiarów. Najpierw mieliśmy zacząć zdjęcia w sierpniu zeszłego roku, ale coś nie wypaliło i przesunięto termin na przełom lutego i marca. Dzięki temu przesunięciu mogłem wziąć udział w "A Perfect Enemy". Zdjęcia kończyliśmy w lutym we Frankfurcie, wróciłem do domu i, tak jak wszyscy, w tym domu zostałem na dłużej. W międzyczasie pojawił się film o Tesli z Ethanem Hawkiem w roli głównej. Teraz usłyszałem, że może zamiast fabuły powstanie serial premium. Było dużo przepraszania, bo informacja o tym, że zagram Teslę, już "poszła oficjalnie". Trudno, na razie nie wyszło.
Mam wszelkie papiery, by narzekać i płakać, i zarazem wszelkie, by być wdzięcznym i szczęśliwym. Wybieram tę drugą opcję.
I słusznie, bo zagrał pan ostatnio w kilku zagranicznych produkcjach. Psychologiczny thriller "A Perfect Enemy" z panem w roli głównej zbiera świetne recenzje.
Byłem na jego premierze na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Ostatnio, na innym festiwalu, dostał trzy nagrody: dla najlepszego filmu, nagrodę publiczności i dla najlepszej aktorki. W Polsce ma pojawić się wiosną przyszłego roku. Fantastyczne doświadczenie.
Czekam jeszcze na film pt. "Warning", gdzie miałem zaszczyt zagrać z Rupertem Everettem. Poznałem go kilka miesięcy wcześniej na europejskich nagrodach w Sewilli, mieliśmy obaj nominację. To opowieść wielowątkowa, a my jako duet stanowiliśmy jeden z wątków. Daty premiery nie ma, bo wszyscy producenci są w takiej samej sytuacji - filmy są skończone, ale nie można ich sprzedać w kinach. Więc czekają na półkach.
Po sukcesie "Zimnej wojny" stał się pan polskim "towarem eksportowym".
"Zimna wojna" okazała się międzynarodowym biletem, ale z określonym terminem ważności. Przyszła pandemia i wszystko się zmieniło. W świecie filmowym na Zachodzie jest nawet bardziej krucho niż na Wschodzie.
Ale rzeczywiście, po "Zimnej wojnie" wpadłem w potok zdarzeń. Wcześniej myśl, żeby próbować sił na Zachodzie, nie przeszła mi nawet przez głowę. Głównie z powodów językowych. Na początku czułem się jak turysta w wielkim świecie. Jednak kiedy odezwał się do mnie reżyser Danny Boyle, który szukał kandydata na czarny charakter w 25. filmie o Jamesie Bondzie, musiałem gwałtownie zweryfikować to poczucie i zabrałem się do roboty. Wysłał mi kluczowe sceny ze "Spectry" i "Skyfall". "Proszę, żeby przygotował pan swoją interpretację scen z Javierem Bardemem i Christopherem Waltzem".
Zestresował się pan?
Na początku długo się śmiałem. Musiałem sobie uświadomić, że to na serio. Zacząłem ostry trening. Pomyślałem, że zrobię to tak, żeby móc spokojnie zasnąć. I się spodobałem.
Przy okazji premiery "Zimnej wojny" w Londynie miałem się spotkać z Dannym Boyle'em. Ale on dzień wcześniej rzucił scenariuszem.
I nie dostał pan roli w Bondzie, choć ponoć był pan faworytem reżysera.
Coś musiało być na rzeczy, bo jak zaczęli o tym pisać w brytyjskiej prasie, to pojawiło się bardzo duże zainteresowanie. Zgłosiła się do mnie amerykańska agencja aktorska. Usłyszałem: "Jest 'Zimna wojna', jest zamieszanie z Bondem, więc twoje nazwisko trafiło do obiegu. Może byśmy nawiązali współpracę?".
Powiedziałem, że się na tym nie znam, ale że oczywiście, tak. I zapytałem, co mam zrobić. Zaproponowali, żebym na dwa, trzy miesiące przyleciał do Los Angeles, żebyśmy mogli się spotykać z różnymi ludźmi. I tak zrobiłem, w styczniu zeszłego roku. To w Los Angeles dostałem m.in. propozycję zagrania w "Warning" i parę innych, o których nie mogę mówić. Po miesiącu przyleciała moja rodzina, mieliśmy fajne wakacje.
Dobrze się pan czuł za granicą?
Różnie, to nie jest łatwe, bo poprzeczka jest wysoko zawieszona.
Zespół The Chemical Brothers zaprosił mnie do współpracy, chodziło o jeden ich utwór i wizualizację koncertową do niego. Wszedłem na halę i nagle ktoś ogłosił: "Proszę państwa, jest z nami Tomasz Kot, aktor z Polski". Cała hala zaczęła bić brawo, a mi od razu podniosło się ciśnienie.
Robiąc "A Perfect Enemy", byłem jedynym Polakiem w tak dużej produkcji. Bardzo ciekawe doświadczenie, musiałem się na nowo zdefiniować. Przez cztery miesiące nie używałem polskiego i zacząłem się zastanawiać: czego mi tu brakuje, a co jest zawsze na polskim planie?
I co to było?
Poczucie humoru na przykład. Moje jest abstrakcyjne i opiera się prawie zawsze na polskich słowach. Fajnie jest sobie to uświadomić, zresztą nie tylko to. Kiedy indziej na planie serialu dla BBC "World on Fire" usłyszeliśmy od reżysera, że jesteśmy najbardziej obeznaną z planem nacją, a grali tam aktorzy z całej Europy. "Jak to się dzieje, że jesteście ze wszystkich najsprawniejsi technicznie?" - dociekał.
Zacząłem się z Zosią Wichłacz, Borysem Szycem i Agatą Kuleszą zastanawiać. I przyszło nam do głowy, że po prostu mamy skromniejsze budżety, pracujemy też dłużej i najprawdopodobniej intensywniej. W bardzo dużym skrócie wygląda to tak, że tam aktorowi ekipa nie może przeszkadzać, a u nas świetnie, że aktor z ekipą współpracuje. Przekłada się to na inne przyzwyczajenia i chyba inny rodzaj skupienia, w ogóle inne zwyczaje.
Poda pan jakiś obrazujący to przykład?
W pewnym momencie Agata zorientowała się, że rekwizytor nie przestawił krzesła w poprzednie miejsce, a zaczynaliśmy kręcić dubla. Zwróciła mu uwagę, facet przestawiał krzesło prawie na zawale. Przestraszyliśmy się, czy ta serdeczność nie spowoduje, że straci pracę. Z naszego punktu widzenia sytuacja jest normalna i świadczy o tym, że pilnujemy się nawzajem, jesteśmy czujni. A z jego być może dramat, bo my musieliśmy o tym pomyśleć.
Ma pan na koncie genialne kreacje Ryszarda Riedla w "Skazanym na bluesa" czy Zbigniewa Religi w "Bogach". Dziś nie przyjąłby pan pewnie roli w "Ciachu" albo "Wyjeździe integracyjnym"?
Oczywiście, że nie jestem dumny z tych filmów i cieszę się, że w pewnym sensie udało mi się zmienić bieg tej mojej rzeki, ciężko na to pracowałem. Z drugiej strony nie chciałbym niczego usuwać z mojej filmografii, ponieważ wnioski, które wyciągałem po kiepskich dla mnie momentach, pomagały i pomagają mi lepiej wybierać na przyszłość. To przecież moje doświadczenie. Na różnych poziomach.
Ale proszę sobie wyobrazić, że scenę finałową w "Ciachu" kręciliśmy po kawałku przez kilka dni bez przerwy. Ja tam uciekam z wielką torbą na plecach. Trzeciego dnia miałem sztywne nogi i do niczego się nie nadawałem. Od tamtej pory przygotowuję się fizycznie do każdego filmu. Zatem paradoksalnie: podczas produkcji filmu, którym nie jestem zachwycony, zrozumiałem coś, co uratowało mi skórę wiele razy wiele lat później.
Jak przeprowadziłem się do Warszawy, propozycje były tylko komediowe, a ja nie wiedziałem, co mam zrobić, żeby dostawać też te dramatyczne.
W "Skazanym na bluesa" zagrałem po tym, jak przez pięć lat nie wychodziłem z teatru. Musiałem w tym czasie wiele rzeczy przemyśleć, uporządkować swój świat. Na pół roku zostawiłem nawet cały ten warszawski zgiełk. Dostałem propozycję grania w teatrze w Kaliszu, wyjechałem tam z żoną i dziećmi. Gdy wróciłem do Warszawy, dokładnie już wiedziałem, czego chcę, a czego nie chcę.
Odrzucałem propozycje udziału w kolejnej części czegoś. Nie chciałem niczego powielać. I wtedy pojawiła się możliwość zagrania w "Bogach". Pomyślałem: to jest rola, na którą czekałem.
Niesamowite, bo udało się panu uniknąć szufladki Riedla czy Religi.
Na premierze "Zimnej wojny" ani razu nie pojawiły się głosy, że Kot przypomina Religę. Udało mi się uniknąć skojarzeń z poprzednimi bohaterami, a minęły raptem trzy, a może cztery lata od premiery "Bogów", na której zresztą usłyszałem: "Rola życia. Teraz trudno ci się będzie odkleić". Cieszę się, że nie było trudno.
Zastanawia się pan czasem dlaczego?
Nie wiem, jak to jest, że parę osób idzie z deskami na plażę, a jedynie nieliczni łapią falę.
Pan złapał.
Robię, co mogę, i za wszystko dziękuję. Jedna rzecz się nie zmienia od samego początku: na każdą nową robotę cieszę się jak dzieciak. I do tej pory granie mi się nie znudziło. Chyba dlatego właśnie zostałem aktorem, choć byłem dość nieśmiałym chłopakiem. Gdy pierwszy raz znalazłem się na scenie, zrozumiałem, że mogę wszystko, a nadal mnie w tym nie ma. Jestem jakąś postacią, mówię jej słowami, mogę płakać, wrzeszczeć, być groźny. Pomyślałem, że scena to moje miejsce, bo daje mi nieograniczone możliwości. Wszystko jest możliwe i wszystko jest tylko na chwilę.
Pierwszą umowę o pracę w zawodowym teatrze podpisał za mnie ojciec, bo ja byłem niepełnoletni. Do szkoły raz chodziłem, raz nie. Granie było najważniejsze.
Więc nie mógł pan wybrać innych studiów niż aktorstwo?
Egzamin do szkoły aktorskiej poszedł mi gładko, ale nie mogłem do niego podejść zaraz po liceum, bo nie zdałem ustnej matury z historii. Musiałem rok poczekać, zdać poprawkę. Nie był to rok stracony - jak tylko oblałem maturę, dyrektor legnickiego teatru zaproponował mi pełny etat. I wtedy, w 1995 roku, byłem chyba najmłodszym etatowym aktorem w kraju. Niosła się za mną fama gościa, który jeszcze nie skończył szkoły, a już gra.
Z kolei potem, gdy dostałem się do krakowskiej PWST, musiałem ukrywać fakt, że pracuję w teatrze. Udawałem, że jestem zielony i nic nie wiem.
Trochę jak policjant przykrywkowiec. Nigdy niczym się pan nie zdradził?
Oczywiście, że w końcu się zdradziłem. Ale nikt niczym nie groził. Studia na wymarzonym kierunku to najpiękniejszy moment edukacji, człowiek się kształci pod okiem zapalonych specjalistów. Przymykali oko na moje granie w Legnicy, bo najważniejsze było zdobywanie doświadczenia.
Przez pierwszy rok regularnie dojeżdżałem z Krakowa do Legnicy na przedstawienia. Grałem dwa czy trzy i wracałem.
Brzmi pan jak człowiek spełniony.
Spełnieni ludzie nie mają chyba problemu z oglądaniem samego siebie, a ja raczej nie lubię oglądać filmów ze swoim udziałem. Znam swoje słabe punkty, wiem, z czego jestem niezadowolony i co mogłem poprawić. Gdy pojawiam się na ekranie, widzę to bardzo wyraźnie.
Niby co?
Na przykład umawiam się sam ze sobą, że czegoś nie zrobię, a potem robię to od razu w pierwszej scenie. Tak było w "Bogach", gdy podbiegam i robię coś dziwnego z ustami. Myślę: o kurczę, znowu mi się wyrwało!
A swój głos pan lubi?
To nie jest tak, że lubię swój głos bądź nie. On po prostu jest.
Nad głosem w szkole teatralnej pracowałem trzy lata. Słyszałem: "Chłopcze, jesteś bardzo wysoki, przydałoby się, żebyś mówił trochę niżej". I przez trzy lata robiłem wszystko, żeby rozszerzyć skalę.
Jako student aktorstwa odkrywałem ten swój bas, to potem czarując nim, kupowałem gazetę. Przez wiele lat uprawiania tego zawodu dopracowałem się bardzo rozpoznawalnego głosu. Nawet jak jestem gdzieś w masce, czapce i okularach - nie chodzi o to, że się ukrywam, tylko po prostu jest zimno - i się odezwę, to ludzie od razu się orientują, że to ja. Nawet jak mam brodę i długie włosy, słyszę: "O, to pan, nie poznałam pana".
Pewnie od razu poznają pana ci, którzy będą słuchać audiobooka "Lesio". Swoją drogą to zaskakujące, że przy takim doświadczeniu to pana debiut w roli lektora.
Też mnie to zaskakuje. Wydawało mi się, że po przeprowadzce do Warszawy dotknąłem już wszystkich materii mojego zawodu, a tu proszę! W moim życiu dopiero teraz pojawił się pierwszy nagrany audiobook.
Nie rozmyśla pan, jak to się stało, że dopiero teraz?
Ja to wiem. Otóż wszyscy myślą, że bez przerwy jestem zajęty i robię trzy filmy naraz. Nawet niedawno usłyszałem od Kuby Barzaka ze Storytela: "Stary, myślałem, że ciebie w ogóle nie ma w Polsce". W pewnym sensie przez pandemię to wszystkich trochę nie było.
Myślałam, że lubi się pan ukrywać albo chociażby lekko dystansować od świata.
Zależy kiedy. Mam taką zasadę, że jeśli nic nie robię i nie mam z czym wyskoczyć do ludzi, to po co angażować ich percepcję? Nie rozumiem postawy, że za wszelką cenę codziennie coś musi o mnie być. Lubię mieć powód, na przykład nowy film. Po "Bogach" czy "Zimnej wojnie" przez trzy miesiące uczestniczyłem w promocji. Proszę wierzyć, że można się mną wtedy najeść co najmniej na pół roku.
Ci, którzy mnie znają, mówią, że jestem ciepłym, otwartym człowiekiem, ale nie bardzo rozumiem, czemu miałbym wywlekać swoje emocje czy historie z przeszłości w wywiadach. W czym miałoby mi to pomóc? To niepotrzebna nachalność. Uprawiam normalne rodzinne życie i nie uważam, że jak urodziło mi się dziecko, to zaraz powinienem napisać książkę o wychowaniu.
Jak pan odpoczywa?
W wolnych chwilach maluję. Malarstwo to moje niespełnione marzenie, w dzieciństwie chciałem zdawać do liceum plastycznego. Po "Bogach", gdy zaczęło się zamieszanie, kupiłem sobie farby olejne i maluję. Na poziomie absolutnie amatorskim, ale sprawia mi to satysfakcję. Odpływam.
Cały czas coś przerabiam, ale pewnie będzie już tych obrazów z kilkadziesiąt. Mam takie ambicje, żeby portretować ludzi, i to ćwiczę. Wciąż się uczę.
Ma pan w swojej kolekcji autoportret?
To dopiero przede mną. Próbowałem go stworzyć, ale byłem niezadowolony z efektów i zamalowałem. Uważam, że wszystko musi mieć odpowiedni poziom.
Wymyśliłem też niedawno oryginalny karmnik dla ptaków. Wiem, jak ma wyglądać, ale nie wiem, jak go zrobić, bo nie znam się na drewnie.
A to, czym żyję zawodowo, to "Zakopiańscy dżentelmeni", reżyserski debiut Macieja Kawalskiego, niesamowicie zdolnego i ciekawego człowieka. Jak wszystko pójdzie dobrze, to w lutym 2021 roku wejdziemy na plan.
Tomasz Kot. Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Zdobywca Orła w kategorii najlepsza główna rola męska za postać Zbigniewa Religi w filmie "Bogowie". Za tę kreację był także nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszego aktora. Grał w serialach, m.in. "Na dobre i na złe", "Kryminalni" i "Niania". Pochodzi z Legnicy.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.