"Sex, Communism and Videotapes" to świetny tytuł dla filmu. Oglądałbym.
Taki był zamysł, żeby zwracał uwagę. Zawdzięczam go promotorowi mojej pracy magisterskiej, profesorowi Marcinowi Zarembie. Mam wrażenie, że seks i komunizm mają w ogóle duży potencjał, jeśli chodzi o zainteresowanie szerszej publiczności.
Na razie to tytuł doktoratu, nad którym pracujesz na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Doktorat ma inny profil niż moja oparta na pracy magisterskiej książka. Jest poświęcony zmieniającemu się w PRL stosunkowi do nagości, stąd te kasety wideo, bo interesuje mnie także pornografia, kręgi jej funkcjonowania społecznego. Kiedy w latach 80. pojawiają się w Polsce kasety wideo, pornografia wchodzi do codziennego użytku zwykłych ludzi.
Skąd te zainteresowania?
Trudno powiedzieć. Nie wymyśliłam jeszcze chwytliwej, jednozdaniowej odpowiedzi. A mówiąc poważnie, to był proces. Zaczęło się od tego, że interesowały mnie historie, których nikt nie opowiada, historie, które nie mieszczą się w głównym nurcie badań historycznych w naszym kraju. Interesowała mnie też historia kobiet. Z tego połączenia urodziła się najpierw praca magisterska, a potem książka "Zawodowe dziewczyny".
Rodziła się w bólach?
Oczywiście na większości polskich uniwersytetów, także na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie studiowałam, dominuje dość konserwatywna wizja przeszłości, zdominowanej przez historię polityczną. Więc już samo myślenie o historii społecznej jako o czymś równie ważnym, a nawet bardziej interesującym, było trochę wywrotowe. A jeśli do tego dodać zajęcie się sprawami kobiet, ich ciał, ich seksualności i związanym z tym tabu, robi się jeszcze ciekawiej.
Kiedy zaczynałam badania nad usługami seksualnymi w PRL, początkowo interesowała mnie oczywiście historia kobiet, odkrywanie ich zapomnianych, wyrugowanych narracji. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, jak silnie te jednostkowe doświadczenia są związane z przemianami społeczno-politycznymi Polski. Warto o nich opowiedzieć, uwzględnić w końcu w naszej historiografii, która wiele tematów pomija.
To trudne zadanie?
Bardzo, bo czasami nie ma nawet kogo zacytować. Nie chcę tutaj zabrzmieć jakoś samochwalczo, że jestem jedyną osobą, która się tym zajmuje, bo tak nie jest, ale to cały czas jest nowe pole badawcze.
Początkowo często słyszałam, że przed 1989 rokiem w Polsce w kwestii seksualności nic się nie zmieniło i dopiero rok '89 przyniósł tak zwaną rewolucję seksualną. Ale kiedy zagląda się do dokumentów historycznych, szybko się okazuje, że ten dość powszechny pogląd więcej zaciemnia, niż wyjaśnia, i pozwala nie zauważać zmiany, która w PRL towarzyszyła społeczeństwu polskiemu w zakresie seksualności.
Joanna Ostrowska, inna historyczka pionierka, zajmująca się zapomnianymi ofiarami nazizmu, opowiadała mi, że podczas jej badań nie tylko ją zniechęcano, ale wręcz utrudniano jej pracę. Pisząc "Przemilczane", książkę o seksualnej pracy przymusowej podczas II wojny światowej, nie miała łatwo. Jak było u ciebie?
U mnie było trochę inaczej. Myślę, że opór, z którym spotkała się Joanna, wynikał z tego, że w jej badaniach przecinają się rozmaite tabu - seksualności i zapomnianych ofiar totalitaryzmów. W tym sensie jej praca była przełomowa i bardzo dla mnie inspirująca.
Ja dostałam dużo zachęt ze strony promotora i nie miałam problemów w archiwach, choć zawsze na wszelki wypadek mówiłam, że zajmuję się przemianami obyczajowości, żeby nie używać słowa "seks", przynajmniej nie przy pierwszym kontakcie. Nie chciałam, żeby ktoś się poczuł niekomfortowo. Natomiast problemem było to, że temat usług seksualnych w PRL jest poddany wielkiej stereotypizacji w kulturze i serwowany zwykle pod tytułem "skandale PRL", co powoduje, że mój obszar badawczy nie jest do końca traktowany jako poważna dziedzina badań historycznych, ale jako dziedzina popularyzacji historii. Dodatkowo ci wszyscy popularyzatorzy podają ludziom ten temat w sposób voyeurystyczny, co nie pozwala raczej na jego krytyczne zgłębienie, na wyjście poza zwykle podglądactwo. Naukowa opowieść o seksualności w powojennej Polsce wymaga przebicia się przez banalizację tego tematu, przez rozmaite klisze.
Kolejną trudnością jest, jak rozumiem, bezpośredni dostęp do zainteresowanych. Udało ci się porozmawiać chociaż z jedną kobietą, która świadczyła usługi seksualne w PRL?
Nie. I to jest mój duży wyrzut sumienia. Im częściej udzielam wywiadów o książce, tym bardziej mam poczucie, że jest niekompletna bez takiej rozmowy. Ale to była świadoma decyzja, wynikająca z tego, że to byłby wówczas inny projekt badawczy i pewnie nadal by trwał. Ale mam nadzieję, że powstanie druga część "Zawodowych dziewczyn", gdzie one własnym głosem opowiedzą o swoim doświadczeniu.
Może któraś się odezwie, gdy się dowie o twojej książce?
Bardzo liczę na taką reakcję, choć nie wiem, czy będzie, bo nie da się ukryć, że problemem jest silna stygmatyzacja społeczna pracownic seksualnych. Dzisiaj osoby pracujące seksualnie mają narzędzia do opowiadania o swoim doświadczeniu, sieci społeczne, takie jak Sex Work Polska, jest nowy język i widać, że to wszystko pomogło, że dużo się zmieniło. Tymczasem kobiety, które miały takie doświadczenia w PRL, nawet nie wiedzą, komu, po co i jak opowiadać o swojej pracy. Tym bardziej że badacze zajmujący się tematem usług seksualnych na ogół patologizowali to zjawisko i pracownice seksualne traktowali jako przedmioty, a nie podmioty.
Ty potraktowałaś je podmiotowo i kilku wyszperanym w archiwach kobietom oddałaś głos.
Kiedy zaczynałam pisać, wydawało mi się, że ich opowieści nigdzie nie znajdę, ale kiedy zaczęłam przyglądać się źródłom, okazało się, że te opowieści tam są, tylko opakowane w cały opresyjny aparat instytucjonalno-ideologiczny. Trzeba je było z niego wyłuskać, co często nie jest proste, bo historycy mają tendencję do mniejszego krytycyzmu w stosunku do źródeł instytucjonalnych, szczególnie takich, które pasują do utartych poglądów. A mnie to strasznie denerwuje. Chciałam odwrócić tę hierarchię i zaproponować, żebyśmy uwierzyli pracownicom seksualnym, a nie milicjantom.
"Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL" - to pełny tytuł twojej książki. Jaka jest różnica między prostytucją a pracą seksualną? Większość osób może jej chyba nie zauważyć.
Myślę, że większość osób może nawet nie wiedzieć, że istnieje takie pojęcie jak "praca seksualna". Albo nie potrafić go używać, bo ono nadal nie jest zakorzenione w polskim dyskursie publicznym. A różnica tkwi w stygmatyzacji. Słowo "prostytutka" jest mocno zrośnięte z dyskursem władzy, który staram się w książce krytykować. To dyskurs pokazujący kobiety pracujące seksualnie jako dewiantki, jako patologię, jako przestępczynie, jako roznosicielki chorób wenerycznych i jako obiekty kontroli medycznej oraz politycznej. Natomiast określenie "pracownica seksualna" stara się zerwać z tą stygmatyzacją, stara się powiedzieć, że praca seksualna jest sposobem zarabiania na życie. Takim jak każdy inny.
Zwróć uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jeśli ktoś chce powiedzieć - co świetnie widać przy okazji Strajku Kobiet - że jakieś kobiety nie mają prawa się wypowiadać w sferze publicznej albo że zachowują się "nieodpowiednio", mówi, że one są kur*ami, kure*kami, prostytutkami. Nazywa się tymi słowami kobiety, które mają odwagę mówić o sobie jak o podmiocie i żądać kontroli nad własnymi ciałami.
Po raz kolejny okazuje się, że język ma znaczenie.
Kiedy pracowałam nad koncepcją moich badań, często słyszałam od historyków, że przecież "prostytutka" jest określeniem ze źródeł, przezroczystym. To po prostu kobieta, która świadczy usługi seksualne. Tymczasem wcale tak nie jest. Słowo "prostytutka" znaczy mnóstwo innych rzeczy. Mówią to zresztą same osoby pracujące seksualnie. Mówią, że "prostytutka" to słowo służące powielaniu struktur opresji. Dlatego w latach 70. pojawia się "praca seksualna", będąca postulatem środowisk ludzi pracujących seksualnie.
W latach 70., w których w Polsce też zachodzą w tej kwestii ciekawe zmiany.
Zachodzi zmiana świadomości, choć oczywiście nie na taką skalę jak na Zachodzie. W 1975 roku w Lyonie kobiety pracujące seksualnie okupują jeden z kościołów w ramach protestu wobec przemocy i stygmatyzacji. A dwa lata wcześniej w Warszawie mamy głośny proces portierów i kelnerów z Hotelu Europejskiego, których pozwały kobiety pracujące seksualnie. Nie podobało im się to, że próbują je wykorzystywać, czerpać nieuzasadnione korzyści z ich pracy.
Jednak pracownicami seksualnymi się nie nazywały?
Nie, ale mam też wątpliwości, czy którakolwiek z nich nazwałaby się prostytutką, bo kobiety się tak same nie nazywały. Mówiły raczej: "pracuję na tyłku" czy "poszłam na ulicę". Słowo "prostytutka" jest nadane z zewnątrz. W latach 70. pojawia się w PRL nowy język. Pracownice seksualne mówią o "biznesie", "dziewczynach biznesu", "usługach". Zaczynają, krótko mówiąc, używać języka rynkowego - to jest ich próba znalezienia nowego języka. Zależało mi na tym, żeby to pokazać.
Bo?
Bo to uwidacznia niezwykle ważną zmianę, próbę przejścia z patologizującego języka lat 50. i 60. do biznesowego języka lat 70. i 80. To jest język dostrzegający podmiotowość osób świadczących usługi seksualne. Osób, które wykształcają swoje strategie biznesowe, wybierają formę działalności, wybierają klientów. W tym sensie widać tu podobieństwo między Zachodem i Wschodem.
W Polsce powstaje specyficzne słownictwo określające pracownice seksualne, jak "gruzinki", "lokalówki", "dewizówki", "mewki", "tirówki", "Arabeski". Jak je oceniasz?
Mam duży problem z tymi określeniami i nie lubię o nich pisać, bo uważam, że są głęboko voyeurystyczne, są przejawem męskiego podglądactwa tych kobiet. Myślę, że więcej się dowiadujemy o osobach mówiących i piszących te słowa niż o samych kobietach. Oczywiście część tego słownictwa funkcjonowała w środowisku pracownic seksualnych, ale wydaje się, że stworzono je raczej w ramach prób opisów i klasyfikacji stopnia tak zwanej patologii społecznej. "Gruzinki", świadczące usługi w tużpowojennych gruzach, to - według organów państwowych - najgorsza patologia. "Lokalówki" były jeszcze jakoś do uratowania. A "dewizówki" to już dla nich strata czasu - zbyt wyzwolone i wyemancypowane ekonomicznie.
Nie udało się komunistom zapanować nad zjawiskiem pracy seksualnej, której przecież w socjalistycznej Polsce miało nie być.
To prawda, nie udało się, co podważa przeświadczenie wielu o tym, że w Polsce komunizm był kompletnym projektem, kontrolującym wszystkie sfery życia. Tymczasem podejście do seksualności nieustannie się zmieniało, było wypadkową rozmaitych tarć. Ścierało się w tej sprawie starsze pokolenie z młodszym, państwo z Kościołem, instytucje ze sobą. W poszczególnych dekadach PRL różne były nawet definicje tego, czym jest prostytucja czy jak duża powinna być ingerencja państwa w seksualne życie obywateli.
Co z podejścia do pracy seksualnej w PRL przeszło do III Rzeczpospolitej?
Na pewno mocno trzyma się ukształtowany w PRL dyskurs patologizujący usługi seksualne. Wynika on ze specyficznej sytuacji prawnej - świadczenie usług seksualnych nie jest w Polsce nielegalne, karalna jest za to eksploatacja innych osób. W związku z tym praca seksualna należy do szarej strefy - jeszcze nie nielegalna, ale już społecznie stygmatyzowana i patologizowana. To wpływa na debatę publiczną, w której zainteresowanie "prostytucją" wybucha okazjonalnie i zawsze jest podszyte nutką voyeuryzmu i sensacji. Mało jest za to zainteresowania osobami świadczącymi usługi seksualne, ich głosami i doświadczeniami.
W Niemczech i kilku innych krajach pracę seksualną zalegalizowano, opodatkowano, uzwiązkowiono.
Ale już w Szwecji korzystanie z usług seksualnych jest kryminalizowane, co wtórnie kryminalizuje także osoby te usługi świadczące. Te dwa przykłady zachodnich, postępowych państw pokazują, że nie ma tu jednego oczywistego rozwiązania, że trudno o konsensus i że warto o tym podyskutować, także w Polsce. To byłoby znacznie lepsze niż udawanie, że problemu nie ma.
Anna Dobrowolska. Ur. 1993. Historyczka, absolwentka Kolegium Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie na Wydziale Historii Uniwersytetu Oksfordzkiego pracuje nad doktoratem poświęconym rewolucji seksualnej w PRL na przykładzie zmieniającego się stosunku do nagości. Laureatka Diamentowego Grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na badania nad przemianami obyczajowości w powojennej Polsce. Członkini redakcji "Magazynu Kontakt".
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl.