Rozmowa
Poszukiwani wracają do rodziny na święta (fot. Shutterstock)
Poszukiwani wracają do rodziny na święta (fot. Shutterstock)

Powrót osoby zaginionej do domu na święta to jest częsty scenariusz?

Jak wynika z naszych wyliczeń, z rodzinami kontaktuje się w tym czasie około pięciu procent poszukiwanych. Z jednej strony Boże Narodzenie to szczególnie trudny czas dla rodzin osób zaginionych, podobnie jak urodziny czy rocznica zniknięcia bliskiego. Wracają wtedy wspomnienia, nasilają się emocje: lęki, smutki, żale. Tym, którzy czekają, wszystko w domu przypomina, że tej osoby brakuje. W pokoju leżą nieprzeczytane książki, w szafie wisi sweter czy marynarka "Jak sobie poradzimy z tęsknotą?" - zastanawiają się bliscy.

Ale Boże Narodzenie to także okres, w którym wiele osób wraca do domu albo chociaż daje znać, że żyje. Kiedy po świętach przychodzimy do pracy, mamy kilkanaście maili i telefonów z takimi wiadomościami od rodzin.

W jaki sposób o tym mówią?

Opowiadają, że mąż czy córka zdążyli wrócić na Wigilię i jaką to wywołało w domu niesamowitą radość. Z tych relacji przebija ogromny entuzjazm. Bardzo dziękują za wsparcie, dołączają życzenia noworoczne.

W święta odnajdują się zarówno osoby, które zniknęły kilka tygodni wcześniej, jak i takie, z którymi nie było kontaktu od miesięcy czy lat. Zawsze jest to dla mnie równie poruszające. Ale równocześnie jest mi przykro, bo w tym czasie dzwoni sporo rodzin, które wciąż czekają na bliskich. Pytają, czy nie mamy dla nich nowych informacji, albo zwyczajnie chcą porozmawiać, a ich znajomi nie chcą już słuchać ich zwierzeń. Są zmęczeni.

Który z przedświątecznych powrotów szczególnie utkwił pani w pamięci?

Pamiętam historię młodego mężczyzny, który wyjechał do pracy za granicę. Po dwóch latach przestał się odzywać i trudno było nam znaleźć jakikolwiek trop. Próbowaliśmy przez miejscową Polonię, ale też bez skutku. Owszem, trafiały do nas sygnały, że ktoś widział gdzieś kogoś podobnego, jednak brak było pewności, że to właśnie ten mężczyzna. Rok temu, 23 grudnia, poszukiwany wysłał wiadomość swojej mamie. "Wiem, że mnie szukacie, jestem cały i zdrowy. Potrzebuję jednak czasu, żeby odważyć się zadzwonić i porozmawiać. Zrobię to, jak będę gotowy" - napisał. Rodzina miała bardzo spokojne i optymistyczne święta. Czy się skontaktował, czy wrócił? Tego już nie wiemy.

Albo inny, którego rodzina szukała z policją przez rok. Wyjechał do Hiszpanii. Tuż przed świętami bliscy zwrócili się do nas o wsparcie psychologiczne. Bali się, że nie poradzą sobie w Boże Narodzenie. Chcieliśmy pomóc. Rozesłaliśmy komunikaty do hiszpańskich konsulatów i do grup, które zajmują się poszukiwaniami. Po paru dniach odezwał się mężczyzna, który zobaczył zdjęcie poszukiwanego w hiszpańskiej gazecie dla Polaków i rozpoznał w nim kolegę z pracy. Okazało się, że jego sytuacja za granicą jest bardzo zła. Mało zarabiał, a do tego miał problem z uzależnieniem od alkoholu. Było mu wstyd przyznać się, jak teraz żyje. Myślał o kontakcie z bliskimi, ale nawet nie miał telefonu. Zadzwoniliśmy do jego mamy w Polsce. Radość była ogromna. Krótko potem tego mężczyznę, z finansową pomocą rodziny, udało się ściągnąć do kraju. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

Niektórzy wysyłają bliskim wiadomość tuż przed Bożym Narodzeniem (fot. Shutterstock)

Ostatnio często powtarza się sytuacja, że osoby, które wyjeżdżają do pracy za granicę, po jakimś czasie nagle zrywają kontakt z bliskimi w Polsce. Dzieje się tak najczęściej dlatego, że wstydzą się przyznać, że im się nie udało. Przed świętami coś w nich pęka i odnawiają kontakt. Czasem też wracają do kraju.

I do swoich bliskich.

Mieliśmy sprawę kobiety, która odezwała się do nas przed świętami, dziesięć lat po tym, jak zaginęła. Prawdopodobnie problemy rodzinne skłoniły ją do tego, że wyszła z domu i nie wróciła. Uparcie szukała jej siostra, ale bez efektów. Tuż przed Bożym Narodzeniem zaginiona przysłała nam pocztą list. "Wiem, że mnie szukacie, więc daję znać, że żyję. Proszę, byście pomogli mi w kontakcie z rodziną, bo sama nie mam odwagi" - pisała.

Zadzwoniliśmy do siostry tej kobiety i przekazaliśmy jej tę wiadomość. Była szczęśliwa, ale i kompletnie zaskoczona, wręcz zszokowana. Nic dziwnego. Im więcej lat mija od zaginięcia, tym rzadziej pojawiają się takie wiadomości. Ale się pojawiają, dlatego trzeba o nich mówić. Wspólnie z Playerem rozpoczęliśmy kampanię "Nieobecni", w ramach której aktorzy, m.in. Anna Dymna i Piotr Głowacki, Justyna Wasilewska czytają listy od rodzin zaginionych do ich bliskich. To są słowa bardzo poruszające, przepełnione tęsknotą i miłością.

Na przykład takie: "W święta zawsze cię wspominam i wtedy łzy zalewają moją twarz. Dlaczego ciebie tu z nami nie ma?! Gdzie jesteś, kochanie? Co się stało?! Tak bardzo brakuje mi naszych wspólnie spędzonych chwil, rozmów z tobą, ale mocno wierzę, że jeszcze pójdziesz ze mną na spacer".

Jak jeszcze można pomóc rodzinom i zaginionym, którzy szukają kontaktu, a jednocześnie się go boją?

Rodziny mają wsparcie naszego psychologa czy prawnika. Zawsze też powtarzamy, że przez lata ludzie przecież się zmieniają, zapominają o konfliktach, rany się zabliźniają. Jeśli ktoś, kto wraca do domu, potrzebuje naszej pomocy w rozmowach z rodziną, chętnie pomagamy. To się zdarza. Nigdy nikogo nie oceniamy, bo przecież nie mamy pojęcia, co i dlaczego się w tej rodzinie wydarzyło. Mamy też taką zasadę, że jedna osoba z ITAKI rozmawia z bliskimi, a inna z zaginionym, który się odnalazł. Dzięki temu łatwiej nam jest nie stawać po żadnej stronie ewentualnego konfliktu.

Anna Dymna w kampanii ITAKI i Playera (fot. mat. prasowe)

Co wtedy, gdy zaginiona osoba prosi jedynie, aby przekazać rodzinie przed świętami, że żyje, ale nie chce mieć z nią żadnego kontaktu?

"Żyję, ale nie szukajcie mnie. Nie wrócę" - dostajemy takie wiadomości, połączone z prośbą o dyskrecję. Nie dociekamy, dlaczego ta osoba tak zdecydowała. Może porozmawiać z nami czy z naszym prawnikiem. Bywa jednak, że ktoś taki nigdy więcej już się nie odzywa.

Rodzinie przekazujemy tylko to, na co zaginiony wyraził zgodę. Że żyje, ale nie chce żadnego kontaktu.

A jak reagują bliscy, którzy słyszą za waszym pośrednictwem: "Nie chcę was znać"?

Czasem się domyślają, bo zaginięcie wydarzyło się po jakiejś poważniejszej kłótni. Ale często nie dowierzają, proszą nas o numer telefonu, maila, o jakikolwiek trop. Nie możemy jednak tego im przekazać. Tłumaczymy bliskim, że zrobili wszystko, co w ich mocy, ale muszą uszanować decyzję krewnego. Nadal mogą liczyć na nasze wsparcie, ale zamykamy sprawę. To bardzo trudne sytuacje.

Bywa, że człowiek znika i w innym kraju zaczyna nowe życie. Zetknęłam się niedawno z historią lekarza, który w tajemnicy przed żoną wyjechał do Kanady i tam związał się z kochanką, która również zostawiła rodzinę. Bliscy poznali prawdę dopiero kilkanaście lat później.

I to się zdarza. Co jakiś czas dostajemy z zagranicy sygnały o poszukiwanych od wielu lat. Kiedyś mieliśmy przypadek mężczyzny, który wyjechał z Polski z całą rodziną. Potem nagle zniknął. Okazało się, że żyje sobie spokojnie w innym kraju, ma nową partnerkę. W ogóle się nie ukrywał, bo nie miał pojęcia, że ktoś rozpozna go na zdjęciu na naszej stronie internetowej.

Kiedy przyjechała do niego policja, podpisał oświadczenie, że nie zgadza się na podanie swojego miejsca pobytu. Zaznaczył, że nie chce kontaktu z rodziną. Policja przekazała więc jego bliskim jedynie informację, że ma się dobrze. Byli w szoku, bo uznali go za zmarłego. Zostawił żonę i małe dzieci.

Po dziesięciu latach można zacząć starania o sądowne uznanie osoby zaginionej za zmarłą. Niektóre rodziny, choć czują wyrzuty sumienia, bardzo tego potrzebują. Taka decyzja sądu wiele spraw ułatwia - można rozstrzygnąć postępowanie spadkowe czy umorzenie długów. Rodziny jednak dalej szukają zaginionego.

Iwona Wieczorek z psem Kiką (fot. arch. prywatne)

Często zdarza się, że ktoś uznany za zmarłego nagle wraca do domu?

Znam dwa takie przypadki. Jeden z nich pamiętam doskonale i chętnie pani opowiem. Pewnej kobiety nie było od kilkunastu lat. Rodzina uznała ją za zmarłą, ale chciała, żeby jej zdjęcie pozostało na naszej stronie. Kiedyś zadzwoniła pani, która oznajmiła, że tę poszukiwaną zna. Że mieszka za granicą, ale kompletnie sobie nie radzi, że nie ma co jeść. Decyzję o uznaniu ją za zmarłą cofnięto, a ją samą dosłownie udało się przywrócić do żywych.

Bliscy, którzy stracili już nadzieję, przyznają pewnie, i to nie tylko przed świętami, że chcieliby poznać prawdę o zaginięciu, chociażby najgorszą. Mama Iwony Wieczorek mówiła mi , że to ciągłe czekanie jest dla niej wyczerpujące.

Im więcej czasu upłynęło od zaginięcia, tym częściej słyszę takie słowa. Im dłużej rodziny żyją w tej męczarni, tym bardziej chcą, żeby się ona skończyła. Nadzieja, że zaginiona osoba żyje, jest coraz słabsza. Coraz silniejsza jest za to potrzeba poznania prawdy i zakończenia poszukiwań. Bliscy chcieliby się już pożegnać, a potem chodzić na cmentarz, czyścić grób, wspominać. Przejść żałobę. Huśtawka emocji jest najgorsza.      

Zauważyłam, że każda rodzina radzi sobie z tą trudną sytuacją po swojemu. Niektóre, gdy upłynie kilka lat, przestają o zaginięciu rozmawiać. Starają się odciąć. Inne nie potrafią. Ile rodzin, tyle sposobów radzenia sobie z sytuacją zawieszenia.  

Potrzeba wiele wyczucia i empatii.

Ja zawsze mam ogromny dylemat, czy dzwonić do rodzin krótko przed świętami. Doskonale zdaję sobie sprawę, że gdy na telefonie wyświetla się mój numer, to niepotrzebnie wywołuje on nadzieję, że bliski się odnalazł, a czasem może strach. Za każdym razem się zastanawiam, czy dzwonić. Czy burzyć spokój? A może dzwoniąc z błahostką, popsuję komuś święta?

Każdego roku ginie około 18 tysięcy osób - takie dane podaje Fundacja ITAKA. To tak, jakby zniknęło miasto wielkości Kozienic albo Wadowic. Dlaczego ludzie znikają?

Czasem zaginiony prosi policję, by nie informowała rodziny o tym, że się odnalazł (fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta)

Zwykle przyczyn jest kilka i wzajemnie się przenikają. Problemy finansowe, uzależnienia, konflikty rodzinne. Często są to choroby psychiczne - stany lękowe, depresja, schizofrenia czy choroba afektywna dwubiegunowa. U osób starszych dochodzi demencja, u nastolatków są to ucieczki.

Policjant, który zajmuje się poszukiwaniami, powiedział mi , że każda rodzina ma swoje tajemnice. I to one są najczęściej przyczyną zaginięć.

Rodziny dopuszczają nas do swoich sekretów tylko na tyle, na ile same chcą. Wszystkiego nigdy się nie dowiemy. I nigdy do końca nie poznamy powodów, dla których ktoś zaginął. Nie jest to naszym celem. Pomagamy w odnalezieniu bliskiego, dajemy przestrzeń na rozmowę, nie prowadzimy "dochodzenia". Zresztą gdy wysyłam maila do osoby poszukiwanej przez bliskich, nie piszę "rodzina bardzo się o pana martwi, proszę wrócić do domu". Podaję fakty, nie emocje. Staram się nie dotykać żadnej czułej struny. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby ustalić, czy zaginiony jest cały i zdrowy, czy nie potrzebuje pomocy.

Zdaję sobie sprawę, że czasem brak kontaktu z bliskimi jest dla niego najlepszy. 

Zobacz wideo Czy wiesz, co zrobić, gdy zaginie ktoś bliski?

Pamięta pani przypadek, gdy ktoś odnalazł się po naprawdę wielu latach?

Jesienią zeszłego roku pojawił się trop w sprawie mężczyzny, który zaginął w latach 70. Rodzina zgłosiła się do nas kilka lat temu, umieściliśmy na stronie zdjęcie poszukiwanego. I zadzwonił do nas anonimowy informator, który powiedział, że ten człowiek nie żyje. Zmarł rok wcześniej w domu pomocy społecznej - potwierdziliśmy to w konkretnym mieście, którego nazwę podał dzwoniący mężczyzna. Rodzina dowiedziała się, jak wyglądały ostatnie chwile krewnego, i wreszcie poczuła ulgę. 

Bywa, że zaginiony pisze list do najbliższych (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Agata Nowacka. Pracuje w Zespole Poszukiwań i Identyfikacji Fundacji ITAKA. Zaczynała jako wolontariuszka. Poszukiwaniami zaginionych zajmuje się ponad dziesięć lat.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.