Rozmowa
Dziennikarka Joanna Warecha (fot. Archiwum prywatne)
Dziennikarka Joanna Warecha (fot. Archiwum prywatne)
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Jesteś kobietą instytucją, która nie pozwala społeczeństwu zapomnieć o ludziach z byłych PGR-ów. Podziwiam cię za siłę i zapał.

Moja siła bierze się w dużej mierze z bezsilności. Z ogromnej wściekłości, którą nieustannie odczuwam, kiedy widzę, jak przekłamuje się historie tych ludzi. Kwarantanna polityczna wobec tak ogromnej grupy społecznej trwa już blisko 30 lat. 

Kiedy zostawałaś Superbohaterką "Wysokich Obcasów" , wspominałaś, jak jako młoda dziennikarka pojechałaś nakręcić reportaż do popegeerowskiej wsi i jeden z mężczyzn powiedział ci: "Pani Asiu, niech im pani powie, że my tu żywcem umieramy". Ten obrazek zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To wtedy zrodziło się w tobie poczucie misji?

Bez dwóch zdań. Grużajny to miejsce mojego dzieciństwa, dorastanie. Pojechaliśmy tam z ekipą, żeby nakręcić reportaż do programu "Tydzień", który był emitowany w TVP w każdą niedzielę o godzinie 13 i który oglądało kilka milionów ludzi. Myślałam: "Pokażę całej Polsce, jak tu teraz żyją ludzie, i zmienię bieg historii!". To było dla mnie ogromne przeżycie.  

Naprawdę wierzyłaś, że decydenci nie mają pojęcia, co się stało z ludźmi z byłych PGR-ów, i to ty im otworzysz oczy?

Tak! Że kiedy wyemitujemy ten program, na poważnie zajmą się sprawą. Bo politycy bardzo szybko zapominają, skąd są. Ich optyką staje się Warszawa. Byłam przekonana, że jak zobaczą efekty swoich decyzji politycznych, dojdzie do głosu rozsądek.

W Grużajnach mieszkańcy przyszli tamtego dnia pod sklep i kiedy dźwiękowiec podstawił sitko mikrofonu jednej ze starszych pań, która całe życie stróżowała w tym PGR-ze, to ona się uśmiechnęła i na pytanie, dlaczego tu przyszła, odpowiedziała: "Myśmy przyszli naszą Asię zobaczyć!". Ta pani przychodziła do mnie, kiedy byłam dziewczynką, i stawiała mi bańki. Ja wychowywałam się, dorastałam wśród bardzo mądrych życiowo ludzi i bardzo wrażliwych. A potem padły do kamery słowa: "My tu żywcem umieramy", i to na pewno był punkt zwrotny w moim życiu. Od tamtego momentu moim celem zawodowym, społecznym i życiowym było doprowadzić swoją siłą i determinacją do tego, żeby przekonać całą opinię publiczną, że ta sprawa musi zostać systemowo rozwiązana.

Państwowe Gospodarstwo Rolne w Raciborzu (fot. Waldemar Kompała / Agencja Gazeta)

Dziś jest łatwiej do tego przekonywać społeczeństwo, ponieważ lockdown, epidemia, niepewność jutra i brak zaufania do rządzących powodują, że łatwiej jest się wczuć w to, co przeżywali pracownicy Państwowych Gospodarstw Rolnych, którzy na początku lat '90 zostali z dnia na dzień bez pracy, bez pomocy, bez perspektyw. Zupełnie sami. W gettach. Nie będą obsiewane pola? Nie będzie zwierząt? To było nie do wyobrażenia.

Również twój świat i świat twoich rodziców. Tata przeżył zmianę tak mocno, że omal nie skończyło się tragedią. Miał próbę samobójczą.

Tak było. Przepraszam, zapalę papierosa. Kiedy teraz, w pandemii, ludzie tracą pracę, często można od nich usłyszeć: "Ja sobie nie wyobrażam, co innego mogę robić, bo to był cały mój świat". I ja doskonale ich rozumiem, bo z nami było dokładnie tak samo.

Pamiętam pokolenie powojenne, ludzi, którzy się podpisywali krzyżykami, odbierając pensje. Byli bardzo ufni, a państwo przekonało ich, że nic lepszego poza pracą w PGR-ze ich w życiu nie może spotkać. Że ta praca brygadzisty, kombajnisty, dojarki jest cenna i ważna dla całego społeczeństwa, co dawało im poczucie sensu i spełnienia bez względu na to, czy te zapewnienia były elementem propagandy, czy nie.

Jeśli jadę dziś do popegeerowskiej wsi i 80-letnia kobieta wyjmuje dyplom: "Proszę zobaczyć, ja byłam najlepszą dojarką", mnie to wzrusza, bo każdy chce być w życiu doceniony. Chce się czuć potrzebny, bez względu na to, jaką pracę wykonuje.

Na pewno tak jest i mnie pani z dyplomem również wzrusza. Ile lat temu zaczęłaś te historie opowiadać?

W 1997 roku. To wtedy przyszłam do TVP, do redakcji rolnej, i spełniło się moje wielkie marzenie. Jako sześciolatka nie wiedziałam, gdzie jest ta wielka Warszawa, ale marzyłam, żeby zobaczyć pracę w telewizji od środka. I tak się stało.

Najwięcej mnie nauczyła moja mistrzyni, śp. Joanna Ziółkowska. Cudowna osoba. Zabierała mnie na wszystkie zdjęcia, a po trzech miesiącach w telewizji prowadziłam już swój pierwszy program na żywo. Ta praca i ta redakcja dawały mi poczucie takiej siły, że ja naprawdę byłam przekonana, że będę mogła wesprzeć tę grupę społeczną - ludzi z PGR-ów. Powstał wtedy program "Chcemy pomóc" i faktycznie przez trzy lata jeździliśmy po byłych PGR-ach. Udawało się pomóc, tyle że poszczególnym rodzinom, a nie wszystkim. 

Pani Joanna z Elżbietą Rydzewską z Grużajn. Pani Elżbieta pracowała w oborze i była dojarką przez 25 lat (fot. Archiwum prywatne)

Tak samo do dziś funkcjonują programy interwencyjne. Systemu w ten sposób nie zmienisz, polityków nie nawrócisz.

Jako młoda dziewczyna uważałam, że polityk to jest człowiek wielkiego zaufania publicznego! Pamiętam, jak z rodzicami oglądaliśmy programy telewizyjne i z absolutną powagą i wiarą komentowaliśmy wypowiedzi polityków.

Pracując w telewizji, zwątpiłam w świat polityki. Piorunujące wrażenie zrobiła na mnie sytuacja, kiedy politycy w programie dosłownie się żarli, gdyby mogli, toby sobie tętnice poprzegryzali, a natychmiast po wyłączeniu kamer zaczęli ze sobą żartować, poklepywać się, prowadzić wręcz przyjacielskie rozmowy. Teatr!

To podkopało moje zaufanie do klasy politycznej, ale nie odebrało mi wiary w misję. Liczyłam, że zawstydzanie tych facetów z gębami pełnymi frazesów ma głęboki sens. Pokazywałam więc historie ludzi, dla których nagle okazało się, że las stał się jedyną firmą dającą im czasem zatrudnienie, bo można było zbierać grzyby, jagody i je sprzedać, a czasem też udawało się złowić jakąś rybę.

W latach 90. dzieci w PGR-ach przychodziły na świat w tak koszmarnej biedzie, że zabierano je do domów dziecka. Stygmatyzacja była jednak na tyle potężna, że nikt się tym środowiskiem nie interesował. Uznano, że pracownicy byłych PGR-ów to jest grupa nieudolna i nieciekawa. Łatka, którą im wtedy przyklejono, zaczyna się powoli odklejać dopiero teraz, po 29 latach od likwidacji PGR-ów.

Ta łatka to przede wszystkim "pijak", a do jej przyklejenia przyczynił się słynny film "Arizona", którego ty nie znosisz.

Ja się wściekłam, kiedy ten film się ukazał. Wściekłam się! 

A jak już powiedziałaś, wściekłość cię nakręca.

Bo to jest walka o przywrócenie godności ludziom, a godność jest dla mnie najważniejszą wartością. Ten film był pokazywany po to, aby utrwalać stereotypy, że nie należy się nimi przejmować, bo są nic niewarci:  Pokażemy całej Polsce, że ci ludzie to dno, patologia, której nie warto pomagać, bo wszystko przepiją. W każdej kamienicy znajdziesz osobę uzależnioną od alkoholu. W każdej! A szczególnie w takiej sytuacji, kiedy nagle zawalił się świat i najprostszym sposobem, żeby się znieczulić, jest picie. Dowożono więc osoby uzależnione na plan. Kupowano im alkohol. Wyglądało to tak, jakby było to robione na zamówienie polityczne. 

Film miał zagłuszyć zbiorowy wyrzut sumienia?

Nie wiem, czy w latach 90. ktokolwiek w ogóle miał wyrzuty sumienia. Dziś jest bardzo podobnie. Ania, ja politykom, choćby przez fakt goszczenia ich w programach, mówiłam o wielkiej niesprawiedliwości i krzywdzie, jaką wyrządzono tej grupie społecznej. Pamiętam, jak przed programem podeszłam do pana Janusza Steinhoffa i zapytałam: "Panie premierze, a kiedy pracownicy byłych PGR-ów otrzymają odszkodowania?". A on na to: "Ja zupełnie nie rozumiem pani pytania". "Przecież to też jest wielka grupa społeczna zostawiona sama sobie!" - odpowiadam. A wtedy on: "Rzeczywiście nam to nie wyszło". I tyle. To są momenty wściekłości, że bezkarnie, bez konsekwencji można coś takiego powiedzieć.

Pracownicy Państwowych Gospodarstw Rolnych na początku lat '90 zostali z dnia na dzień bez pracy, bez pomocy, bez perspektyw (fot. Waldemar Kompała / Agencja Gazeta)

A jednak można. Mijają lata, ty walczysz, ale rzeczywistości to nie zmienia. Ile można walić głową w mur?

Można, szczególnie jak dzisiaj widzisz, że z innymi grupami zawodowymi dzieje się dokładnie to samo! Bardzo wiele osób jest dziś zagrożonych totalnym wykluczeniem społecznym - pracownicy kultury, gastronomii, hotelarstwa itd. - a rząd co robi? Udaje, że się nic nie dzieje. "Jakoś sobie dadzą radę" - to jest ciągle to samo podejście. Jak ma sobie dać radę człowiek, który z dnia na dzień traci możliwość wykonywania pracy, na której się zna i którą przez całe życie wykonywał? Co ma zrobić? Co jeść? Obgryzać korę z drzew?!

Zawsze kiedy mi się wydaje, że mam tę głowę już zbyt mocno poobijaną od walenia w mur, to nagle na Messengerze przychodzi wiadomość pod tytułem "Pani Joanno, jestem córką byłej dojarki i dziękuję za to, co pani robi. Jest Pani naszym głosem".

Płaczesz?

No tak. Wzrusza mnie to. Właśnie w takich chwilach mówię sobie: "Kurwa mać! To wszystko ma sens".

Jak byłam mała, uważałam, że telewizor jest wspaniałym wynalazkiem, bo był moim oknem na świat. Dziś jest nim internet. Zobacz, wtedy, w latach 90., o tym, co się stało z ludźmi z PGR-ów, niewiele było słychać, a dziś o tych, którzy nie mogli sprzedać chryzantem, bo zamknięto cmentarze na 1 listopada, od razu zrobiło się głośno. I ludzie ruszyli, żeby im pomóc. Inny świat.

Nie ma dnia, żebym nie dostała maila czy wiadomości na Messengerze, że "ja wyjechałem za granicę, ale rodzice zostali", że "dziękuję za to, co pani robi", że "będziemy razem walczyć".  

No więc walczysz i tak naprawdę jesteś dziś rzeczniczką wszystkich mieszkańców byłych PGR-ów. Czy ta odpowiedzialność cię czasem przytłacza?

Nie, ale to na pewno wymaga bardzo ciężkiej pracy i bardzo wielu prywatnych wyrzeczeń. Zorganizowanie kolejnej akcji społecznej wiąże się z fizycznym i psychicznym wysiłkiem, zapominaniem o sobie, zawalaniem codziennych spraw. To jest praca na okrągło, to są dziesiątki wypalonych papierosów. Córka mi czasem mówi: "Mamo, zanim doprowadzisz do tego, że ktoś usłyszy krzyk tych setek tysięcy ludzi, to wcześniej sama umrzesz. Zarzynasz się". Ale ja też nie potrafię inaczej. Mam ten PGR zakorzeniony w umyśle i sercu.

Dwa lata temu wydałaś książkę i zrobiłaś film "PGR - Obrazy", w którym opowiedziałaś historie 30 popegeerowskich rodzin. Marzyłaś wtedy, by projekcja odbyła się w Pałacu Prezydenckim.

To by było wydarzenie historyczne i bardzo na to liczyłam. Mieliśmy wyznaczonych kilka terminów, odwoływanych jednak z uwagi na zmiany w kalendarzu prezydenta. W końcu urzędnik z Kancelarii zaprosił nas, niemal z dnia na dzień, akurat w momencie, kiedy w kraju odbywały się wielkie protesty przeciwko reformie sądownictwa. Powiedziałam: "Jeśli pan prezydent chce temat sądów zakryć tematem byłych pracowników PGR-ów, to jest to niemoralne". I nigdy więcej już telefonu z Kancelarii Prezydenta nie było.

Niemniej film zrobił swoje. Ludzie go zobaczyli i zaczęli zmieniać optykę. Nagle mówią: "Jak ci ludzie mają ładnie w domu!", "Jak ładnie mówią po polsku". Mieli być skończoną patologią, a tu się okazuje, że są taką samą rodziną, która ma takie same pragnienia jak wszyscy. A ostatnio pomyślałam, że może jeszcze mocniej te historie się przebiją do świadomości, kiedy opowiedzą je znani ludzie? I zrobiłam "Your story, My voice".

 

Zaangażowałaś do tej akcji Maję Ostaszewską, Wojciecha Malajkata, Stanisława Soykę i wielu innych. Robisz projekt z Centrum Pulitzera! Już sama nazwa brzmi jak spełnienie marzeń.

Dziennikarskich na pewno. Centrum Pulitzera ogłosiło nabór projektów, które miałyby zawstydzać polityków, pokazać ich zaniedbania w różnych dziedzinach życia społecznego. W pierwszym odruchu pomyślałam: "Aśka?! Gdzie Pulitzer, a gdzie PGR-y?".

Ale zgłoszenie wysłałaś.

Bo szukam wszystkich możliwości zainteresowania tym tematem. Uznałam, że warto spróbować, może Amerykanie się zainteresują? I udało się. Przeczytać wiadomość "Witaj w gronie najlepszych." wysłaną z Centrum Pulitzera to jest dziennikarsko coś niesamowitego.

Pięknego! Ja ci naprawdę ogromnie gratuluję!

Ucieszyłam się tym bardziej, że odpowiedź ze Stanów przyszła akurat w tym momencie, kiedy zwolniono mnie mailem z pracy. Jak wielu innych, z dnia na dzień. Powód: epidemia. Wtedy zaczęłam się zajmować sprzątaniem mieszkań, domów. To jest nadal moje dodatkowe zajęcie. 

Teraz nie wiem, co powiedzieć. Umawiając się z tobą na rozmowę, miałam przekonanie, że masz teraz okres splendoru i finansowego spokoju. Nie dostałaś grantu ze Stanów?

Dostałam, ale stypendium to nie są zawrotne kwoty, a projekt jest zaplanowany na pół roku. Koszty codzienności są znacznie większe.

To jest bardzo smutne, że dochodzi do sytuacji, kiedy dziennikarka z twoim dorobkiem nie jest w stanie utrzymać się z pracy. Jest mi bardzo przykro.

Słuchaj, sytuacja w branży i w ogóle jest, jaka jest, i nie ma się co obrażać! Życie hartuje. Jeden z dyrektorów w TVP powiedział mi kiedyś: "Z każdego ograniczenia można zrobić walor". Ja się nigdy nie bałam pracy fizycznej i traktuję to sprzątanie jako kolejne doświadczenie. Czy ty wiesz, ile się można dowiedzieć o naszym społeczeństwie? Przecież sprzątanie to rodzaj bardzo intymnej relacji - sprzątasz cudze sypialnie, toalety, kuchnie. Szczególnie jest to ciekawe doświadczenie, kiedy ludzie nie wiedzą, co wcześniej robiłaś, kim i skąd jesteś. Wtedy widać najwięcej. Jest to przygnębiający obraz naszego społeczeństwa. Generalnie uważam, że polski dom jest bardzo smutnym obrazem nas, Polaków.  

To jest zapewne temat na kolejną rozmowę, natomiast ja nie wiem, jak zareagować na to, co ty mi teraz mówisz o swojej sytuacji życiowej.

Nie ma co mówić. Wiadomo, że nikt z nas nie jest siłaczem, każdy miewa gorsze dni. Też czasem siadam i płaczę, ale potem przychodzi kolejny dzień i walczę dalej. Nie masz pojęcia, ilu ja w życiu spotkałam ludzi, którzy mi bezinteresownie pomogli w sytuacjach, kiedy mi się wydawało, że to już jest koniec, że doszłam do ściany. Oddaję to dobro, nagłaśniając historię ludzi z byłych PGR-ów. Ja w ten sposób realizuję przemożną potrzebę dawania siebie innym. Gdybym wygrała kilka milionów w totka, tobym wszystko rozdała. Mówię ci. To jest moje marzenie. (śmiech) 

Nie wiem, czy w latach 90. ktokolwiek w ogóle miał wyrzuty sumienia (fot. Waldemar Kompała / Agencja Gazeta)

Opowiedz, na czym polega ten projekt z Pulitzerem.

Pokażę wszystkie te miejsca i wszystkich tych ludzi, którzy po PGR-ach zostali, i to, jak teraz wygląda ich życie. Państwowych Gospodarstw Rolnych było dokładnie 1666. Współpracuję z sołtysami z miejscowości, w których one się znajdowały, rozesłałam wszędzie ankiety i teraz one muszą być wypełnione, odesłane. 

Ty robisz spis powszechny?!

Można tak powiedzieć. (śmiech) W wielu miejscach będę też oczywiście filmowała. To jest projekt dziennikarsko-socjologiczny, multimedialny. Dużo materiałów już mam i mam nadzieję, że powstanie z tego bardzo ciekawa praca, która naprawdę otworzy wszystkim oczy.

I teraz mówisz dokładnie tak samo jak tamta idealistka, która w '97 jechała do Grużajn! Ty jesteś niesamowita.

Daj spokój. Ja jestem wkurwiona! Ponieważ wobec ludzi z byłych PGR-ów wciąż trwa polityczna bezmyślność. Zaraz kolejne 50 tysięcy ludzi pójdzie na bruk i znowu nikogo to nie obchodzi. 

Ja nic o tym nie wiem. Dlaczego pójdą na bruk?

To są konsekwencje noweli ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa. Przegłosowano ją w nocy za czasów koalicji PO-PSL - niejedna opcja obraduje w ciemnościach. Potem PiS tę ustawę skutecznie umocnił. Do tego weszła ustawa o ustroju rolnym i okazało się, że gospodarstwa, które powstały na bazie byłych PGR-ów i wydzierżawiły majątek Skarbu Państwa - często to były spółki pracownicze - muszą oddać na rzecz rolników indywidualnych 30 procent areału.

Musisz wiedzieć, że już w latach 90. oni oddali 20 procent, a w momencie, kiedy dzierżawili ziemię, Skarb Państwa gwarantował, że jeśli będą płacić daniny w czasie trwania umowy, będą wywiązywali się ze wszystkich zobowiązań, będą mogli prowadzić gospodarstwa. Przecież ci ludzi udowodnili, że potrafią doskonale pracować. To też pokazuje, jaki błąd popełniono w latach 90., nie dając im szansy. Dziś nikt nie wyciąga żadnych wniosków z historii. 

Ale co się stało? Nie oddano tych kolejnych 30 procent?

Ponad 400 bardzo dobrych przedsiębiorstw rolnych, które założyli miedzy innymi byli pracownicy PGR-ów, nie oddało. Weź pod uwagę, że ci ludzie poczynili zobowiązania, wzięli kredyty, inwestowali, dbali o majątek Skarbu Państwa, ale nikt nie bierze tego pod uwagę. Ale, co ciekawe, tym, którzy te 30 procent oddali, również odbierane są gospodarstwa. To jest skandaliczne. To jest świadome działanie polityków na szkodę Skarbu Państwa. 

A czym to działanie jest uzasadnione?

Według PiS "głodem ziemi", tyle że to czysty populizm. Nieprawda! W Polsce kilkaset tysięcy hektarów leży odłogiem. W tym wszystkim nie możemy zapominać o roli Kościoła katolickiego, który nieustająco otrzymuje ziemię. Znam wielu rolników, którzy chcieli od księdza wydzierżawić ziemię, a ten rzucił im horrendalne stawki. Zadzwoniłam do tego księdza i mówię, że jestem zainteresowana dzierżawą. "A pani jest z naszej parafii?". Odpowiadam, że nie, ale mogę spróbować się zameldować. "Nie ma potrzeby, biskup mówi, żeby to robić po cichu. Kogoś się podstawi" - odpowiada mi proboszcz. To jest polska rzeczywistość. 

Powiedz mi na koniec, czy nazwisko Balcerowicz wciąż wywołuje u ciebie żywe emocje?

Nie. Ono nigdy nie wywoływało we mnie żywych emocji. 

Naprawdę?

Pan Balcerowicz nie rządził Polską przez ostatnie 30 lat! Byli kolejni prezydenci, premierzy, kolejni ministrowie rolnictwa i oni w bardzo prosty i szybki sposób mogli życie tych dwóch milionów ludzi odmienić.

Skutki reformy Balcerowicza stały się widoczne w byłych PGR-ach bardzo szybko. Ale prawda jest taka, że wygodniej było udawać, że się ich nie widzi, i całą winę przerzucić na jednego człowieka. Ja się staram być w tym wszystkim obiektywna i sprawiedliwa. Polska polityka jest zbudowana z narracji ciągłego obsobaczania przeciwników. Prawda o PGR-ach jest taka, że żadna z opcji politycznych nie zrobiła nic dla tak ogromnej grupy polskich obywateli. Dlatego tym bardziej powinno przyjść opamiętanie. Potrzebne jest poważne podejście do tematu sierocińca transformacji, który stworzony został przez polskich polityków. Ludzie z PGR-ów nie są winni temu, że właśnie tam się urodzili, żyli i pracowali.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.