Rozmowa
Ludzie odreagowują silny stres z pewnym opóźnieniem (fot. Shutterstock)
Ludzie odreagowują silny stres z pewnym opóźnieniem (fot. Shutterstock)

Rozmawiałam ze znajomą farmaceutką. Powiedziała, że leki uspokajające znikają z aptek równie szybko jak środki na odporność. Czy odkąd wybuchła pandemia, ma pan więcej pacjentów?

Jest ich rzeczywiście zauważalnie więcej niż przed pandemią.

Kto się zgłasza?

To się zmienia. Gdy wybuchł COVID, pojawiło się sporo nowych osób z obniżonym nastrojem, zaburzeniami snu, lękami. W ich opowieściach często przewijał się ten sam wątek - mówili, że mają wrażenie, że wszyscy sobie świetnie radzą, tylko nie oni. Obserwowali znajomych na Facebooku, celebrytów w telewizji, którzy radośnie dzielili się tym, jak wykorzystują czas lockdownu na jogę, odpoczynek, wyciszenie się, czytanie książek, pieczenie chleba, robienie remontów i nie wiadomo co jeszcze, i zachodzili w głowę, jak to możliwe, że im ta radość się nie udziela. Wręcz przeciwnie, byli zaniepokojeni, przygaszeni, pełni obaw. Mówili, że wbrew temu, co pokazują celebryci, oni nie są w stanie za nic się zabrać, brak im motywacji, mają poczucie, że wszystko robią wolniej. Powtarzali: dzień się skończył, a ja nic konkretnego nie zrobiłem. A także, że czas mija, a oni nie przyzwyczaili się do nowej sytuacji. Czasem człowiekowi pomaga - mam wrażenie - już to, że usłyszy, że nie tylko on sobie nie radzi.

Co ciekawe, osoby, które już przed wybuchem pandemii leczyły się u mnie z powodu zaburzeń lękowych, w tym pierwszym okresie radziły sobie naprawdę nieźle.

Według danych firmy badawczej Iqvia w tym roku apteki kupiły o 1,1 miliona więcej leków antydepresyjnych dostępnych na receptę niż w ubiegłym roku (fot: Mikołaj Kuras/ Agencja Gazeta)

Naprawdę?

Też mnie to zdziwiło. Mam taką teorię, że już wcześniej oswoiły się one ze swoim lękiem, wiedziały, czym jest, jak się objawia, wypracowały metody radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Większość pacjentów przyjmuje też leki, które stabilizują nastrój i mają działanie przeciwlękowe.

Pierwsza fala pandemii już dawno za nami, a sytuacja epidemiczna nie ulega poprawie. Wręcz przeciwnie. I jakoś mniej w social mediach relacji z cudownego okresu zamknięcia w czterech ścianach.

Właśnie, więc można powiedzieć, że prawda na temat samopoczucia w izolacji wyszła na jaw. Że wtedy był to rodzaj mechanizmu obronnego, próba pokazania, że może nie jest tak źle - trochę tak jak niektórzy żartem próbują obniżyć napięcie związane z przykrym doświadczeniem. Ale teraz to już nie działa, nikt już nie uwierzy, że okres izolacji jest ekstra. Uruchomiliśmy tryb awaryjny. Niestety, w takim trybie nie można przeżyć całego życia, w pewnym momencie sytuacja musi wrócić do normy.

Obserwuję, że niektórzy moi "starzy" pacjenci już nie mają się tak dobrze jak na wiosnę. Ich stan się pogarsza, pojawia się napięcie, niepokój.

Czego jest to efekt?

Obaw związanych z zamknięciem kilku sektorów gospodarki. Coraz więcej ludzi jest bez pracy lub boi się jej utraty. Przychodzi artysta albo pracownik klubu nocnego i mówią, że nie mają już z czego żyć, bo nie zarabiają, a oszczędności już się kończą.

Pojawiła się nowa grupa pacjentów: osoby mające w bliskim otoczeniu kogoś, kto zmarł na COVID. Ofiary koronawirusa to nie są już tylko cyferki, o których dowiadujemy się z mediów i następnego dnia już o nich nie pamiętamy. To ludzie z krwi i kości - sąsiadka albo krewny znajomego. Sytuacja się pogarsza, gdy okazuje się, że ten człowiek był młodszy od nas. COVID stał się realnym zagrożeniem dla każdego. Wiosną tego nie było.

Jeśli znaliśmy człowieka, który zmarł na koronawirusa, to jest to silny stresor. Nie musi być osobą bliską, wystarczy, że się go znało. Doświadczenie śmierci generuje u wielu ludzi ogromne pokłady niepokoju i lęku.

Utrata pracy, coraz więcej ofiar śmiertelnych. Coś jeszcze jest obecnie silnym stresorem?

Samotność. Choćby dziś rozmawiam z pacjentką i pytam, jak się czuje. Ona na to: a jak mam się czuć? Idę rano do pracy, gdzie się stresuję, wracam do domu i nic się nie dzieje, nie mam jak rozładować napięcia, nie mogę z nikim się spotkać, zrelaksować się. Dla niej kontakt z ludźmi jest bardzo ważny, właściwie niezbędny, żeby zachować higienę umysłu, dobrze się czuć. To zostało jej odebrane. Ona nie wie, jak mogłaby inaczej ładować swoje akumulatory.

Takich pacjentów, stosunkowo młodych, 30-, 40-letnich, mieszkających w pojedynkę, którzy przed pandemią bardzo dobrze funkcjonowali, bo prowadzili bujne życie towarzyskie, byli aktywni, mam teraz sporo. Dla nich obecny czas jest wyjątkowo trudny, przymus niespotykania się z ludźmi - trudny do zaakceptowania. Zostali oni bowiem pozbawieni narzędzi, które stosowali, by kompensować samotne życie, niektórzy z nich w ogóle nie odczuwali potrzeby bycia z kimś, a teraz bardzo trudno radzą sobie sami. To zupełnie inny rodzaj samotności niż samotność starszego człowieka.

Moja przyjaciółka, osoba bardzo towarzyska, mająca szerokie grono znajomych, powiedziała ostatnio coś bardzo znaczącego: jak ja się cieszę, że mam w domu dwoje dzieci, przynajmniej coś się dzieje. Jak łatwo się domyślić, przed pandemią raczej narzekała na ich obecność, dziękowała za każdą minutę spędzoną w samotności.

Tak, pandemia sprawiła, że bardzo zmieniliśmy postrzeganie wielu spraw w naszym życiu.

Jak pan pomaga tym samotnym osobom? One nie mogą za bardzo zmienić swojej sytuacji.

Nie mogą, działają w trybie awaryjnym. Muszą ten trudny okres przeczekać. Ja mogę im ulżyć. Możemy wspólnie przeanalizować ich potrzeby i emocje z nimi związane, zastanowić się, co w ich stanie jest przejawem zdrowia - na przykład tęsknota za spotkaniami z ludźmi, zniecierpliwienie, a co świadczy o tym, że tracą kontrolę - są cały czas w złym nastroju, są rozdrażnieni, nie mogą spać. Zawsze też motywuję pacjentów do aktywności - spacer z kimś bliskim nie stanowi zagrożenia epidemicznego, a może bardzo pomóc.

Psychiatra: Zawsze motywuję pacjentów do aktywności - spacer z kimś bliskim nie stanowi zagrożenia epidemicznego, a może bardzo pomóc (fot: Krzysztof Ćwik/ Agencja Gazeta)

Są jeszcze leki.

One nie zmienią sytuacji, ale czasami są niezbędne. Jeżeli przychodzi do mnie ktoś, kto stracił 10 kilogramów w ciągu miesiąca, ma zaburzenia snu, koncentracji, napady paniki, to włączenie leków jest konieczne.

Zdarza się teraz, że trzeba szybko interweniować, bo objawy są tak nasilone, że człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować.

Tak było w przypadku nauczycieli. Miałem kilku pacjentów, którzy zgłosili się do mnie we wrześniu, jeszcze zanim wprowadzono zdalne nauczanie. Ich poziom lęku związany z tym, że mogą się zakazić koronawirusem, był w niektórych przypadkach tak silny, że przybierał już formę zaburzenia nerwicowego objawiającego się problemami ze snem, bólem brzucha. Wiele osób prosiło mnie o wystawienie zwolnienia.

Było to zasadne?

Oczywiście. Z podobnych powodów zgłaszają się do mnie pracownicy sklepów.

Dla części nauczycieli ogromnym stresorem jest też nauczanie zdalne. I nie chodzi nawet o problemy techniczne, po prostu jest to dla nich proces absolutnie nienaturalny. Opowiadają, że często nie widzą nawet swoich uczniów, bo ci nie włączają kamerki. Niektórzy tak rzadko się odzywają, że nauczyciel nie wie, z iloma uczniami właściwie pracuje.

Kolejna grupa, która jest narażona na ogromny stres, to lekarze i pielęgniarki.

Ze służbą zdrowia problem jest taki, że leczy się ona sama. Lekarze i pielęgniarki rzadko trafiają do gabinetów psychiatrycznych. Jeżeli mają jakieś trudności, sami sobie wypisują receptę albo proszą o to kolegę.

Przeczytałam w jednym z wywiadów, że pandemia to świetny czas dla osób cierpiących na nerwicę natręctw, która objawia się na przykład częstym myciem rąk. Nareszcie mogą powiedzieć, że ich obsesja na punkcie czystości jest zasadna.

To ja powiem coś odwrotnego - niektórym moim pacjentom, którzy cierpią na nerwicę natręctw, właśnie z tego samego powodu się pogorszyło.

Jak to?

Jeśli ktoś nie rusza się nigdzie bez środka dezynfekującego i spryskuje nim dłonie co kilka minut, to znak, że jego zaburzenie się pogłębiło.

W jaki sposób w trakcie pandemii, kiedy wszyscy wokół trąbią, żeby jak najczęściej myć ręce i je dezynfekować, przekonać osobę cierpiącą na nerwicę natręctw, żeby robiła to rzadziej, że świat nie jest tak zagrażający, jak jej się wydaje? A na tym polega leczenie tego zaburzenia. Jest bardzo trudne, a obecnie tak naprawdę niemożliwe.

Podobnie sytuacja wygląda z uzależnieniem od smartfona i Internetu. Tuż przed pandemią trafił do mnie 16-letni chłopak, u którego uzależnienie od smartfona i komputera było już bardzo nasilone - praktycznie nie wychodził z domu, całe noce spędzał na graniu w gry, gdy rodzice kazali mu iść spać i zabierali telefon, wpadał w furię. Kiedy wprowadzono zdalne nauczanie oraz lockdown, pacjent przestał do mnie przychodzić. Nic dziwnego.

W tej chwili prawidłowe zdiagnozowanie uzależnienia od Internetu i sprzętu elektronicznego to nie lada wyzwanie. Trzeba być bardzo ostrożnym, stawiając jakiekolwiek diagnozy. Podobnie sytuacja wygląda z leczeniem. Dzieci spędzają całe dnie przed komputerami, bo nie mają innego wyjścia, skoro nauka jest zdalna, a większość zajęć dodatkowych przeniosła się do sieci. Co ma powiedzieć dziecku rodzic, który chce, żeby jego pociecha przestała ciągle siedzieć przed ekranem komputera? Nie powie mu przecież: wyjdź na dwór, umów się z kolegami. Jest duże prawdopodobieństwo, że część dzieci wejdzie w uzależnienie od Internetu i smartfona w trakcie pandemii.

Nie straciłam pracy, nie mam dzieci, jeszcze jestem zdrowa. Teoretycznie wszystko jest w porządku. A mimo to bywam bardzo zmęczona, zdemotywowana, czasem moje wybuchy gniewu są zdecydowanie na wyrost. Czy mogę w ten sposób reagować na obecną sytuację?

Oczywiście. Życie każdego z nas diametralnie się zmieniło, wszyscy ponosimy koszty psychiczne pandemii, jej skutki będziemy pewnie odczuwać przez kolejne lata.

Nawet jeśli ktoś ma pracę, to nie znaczy, że nie obawia się jej utraty. Podobnie jest ze zdrowiem. Musieliśmy zrezygnować z naszych przyzwyczajeń, wychodzenia do restauracji, do kina, na siłownię, na zajęcia sportowe, ze znajomymi. Każda interakcja z drugim człowiekiem budzi lęk i stanowi zagrożenie. Fakt, że nie możemy podać komuś ręki, że stresujące jest przebywanie z obcą osobą w windzie czy autobusie, silnie wpływa na naszą psychikę. Liczba stresorów nagle się zwiększyła, a i tak każdy z nas oprócz pandemii ma jeszcze inne problemy i troski, choroby, na które się leczy, zabiegi, którym musi się poddać. Na szczęście rząd już nie wpada na pomysły, żeby zamykać parki czy lasy. Przy leczeniu zaburzeń lękowych bardzo ważne jest bycie aktywnym, przebywanie na świeżym powietrzu, chodzenie na spacery. Niestety, zauważyłem, że odkąd zaczęto wprowadzać obostrzenia, zamknięto siłownie, wielu ludzi przygasło, przestało uprawiać sport.

Znajomi, którzy mieszkają w Norwegii, opowiadają mi, że tam prowadzi się kampanie na temat zdrowia psychicznego, mówi się, jak o nie zadbać w tym trudnym czasie, że trzeba wychodzić na zewnątrz, uprawiać sport. Można zamknąć się w domu na dwa tygodnie, ale nie można się zamknąć na rok.

Niestety, w narracji naszego rządu nie pojawia się nic na temat kosztów psychicznych, jakie ponosimy w związku z obecną sytuacją, z ograniczeniami, które są nam narzucone. Mówi się ewentualnie o kosztach finansowych, głównie o tym, że trzeba nosić maseczki i się dystansować. Reszta to propaganda sukcesu, jak to świetnie sobie radzimy, prawdopodobnie najlepiej ze wszystkich państw na świecie.

Pierwszy raz w mojej 20-letniej karierze spotykam się z tym, że pacjenci w gabinecie mówią o sytuacji politycznej. I to dotyczy wszystkich! A jeszcze bardziej się nasiliło w momencie, w którym zaczęły się protesty.

Co mówią?

Że są sfrustrowani tym, co się dzieje, czytają informacje i puszczają im nerwy. Mówią: cały się trząsłem, jak oglądałem wiadomości.

Psychiatra: Znam przypadek mężczyzny, który targnął się na życie, ponieważ pogotowie odmówiło wysłania karetki (fot: Krzysztof Ćwik/ Agencja Gazeta)

Co powinno być dla nas sygnałem, że nadszedł moment, żeby skonsultować się z psychiatrą?

Gdy od dłuższego czasu obserwujemy u siebie obniżenie nastroju. I nie jest to reakcja na konkretne wydarzenie, ale ten stan się utrzymuje mimo pojawiania się pozytywnych wzmocnień. Gdy czujemy, że nic już nas nie cieszy albo gdy jesteśmy cały czas napięci, nie potrafimy się wprowadzić w stan relaksacji. Także wtedy, gdy zaczynamy mieć problemy ze snem, tracimy apetyt, o myślach samobójczych nie wspominając.

Dużo osób zgłasza się z myślami samobójczymi?

Na razie nie zauważyłem znaczącego wzrostu liczby pacjentów zgłaszających myśli samobójcze. Ale już znam jeden przypadek - mężczyzny, który targnął się na życie, ponieważ pogotowie odmówiło wysłania karetki.

Jak to?

Po karetkę zadzwoniła nawet pomoc społeczna, bo pacjent już od jakiegoś czasu zgłaszał myśli samobójcze. Nikt się nie zjawił, pacjent się powiesił. W mojej ocenie to ofiara COVID-u.

System ochrony zdrowia jest niewydolny. W tej chwili podejście jest takie, że pomoc psychiatryczna może poczekać, najważniejsze jest, żeby podłączyć respirator komuś, kto się dusi. Musimy jednak pamiętać, że zaburzenia psychiczne też są śmiertelne.

W Japonii rządowe statystyki wskazują, że w ostatnich miesiącach liczba samobójstw z powodu pandemii dramatycznie wzrosła. Eksperci ostrzegają, że nie tylko w Japonii, ale i na całym świecie pandemia powoduje kryzys w dziedzinie zdrowia psychicznego.

Obawiam się, że liczba samobójstw wzrośnie i u nas. Ludzie odreagowują silny stres z pewnym opóźnieniem. Część pacjentów, których kieruję na oddział dzienny szpitala psychiatrycznego, odmawia zgłoszenia się już teraz. Wolą poczekać, aż sytuacja pandemiczna trochę się uspokoi, bo się boją. To nie są pacjenci, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy, ale oni nie znikną, ich stan nagle się nie polepszy, większe jest prawdopodobieństwo, że się pogorszy.

Psychiatra: Niektóre oddziały psychiatryczne wstrzymały terapie. Skierowań do szpitali psychiatrycznych wypisuje się obecnie zdecydowanie mniej (fot: Cezary Aszkiełowicz/ Agencja Gazeta)

Inna sprawa, że niektóre oddziały psychiatryczne wstrzymały terapie. Skierowań do szpitali psychiatrycznych wypisuje się obecnie zdecydowanie mniej.

Jak długo pociągniemy jeszcze w tym trybie awaryjnym?

Nie odważyłbym się wyrokować.

Do wiosny?

Do wiosny pociągniemy na pewno. Bez wątpienia człowiek ma możliwości adaptacyjne, u jednych są one większe, u innych mniejsze. Ale u wszystkich w pewnym momencie się one wyczerpią. Tym, co trzyma nas we względnie dobrym nastroju, jest nadzieja, że niedługo się to skończy. Bardzo pozytywnymi wzmocnieniami są informacje na temat wynalezienia szczepionki przeciwko koronawirusowi. Ale proszę sobie wyobrazić, że nagle na początku przyszłego roku okazuje się, że szczepionka jednak nie spełnia wymogów i znów musimy czekać nie wiadomo ile, aż otrzymamy bardziej skuteczne remedium na pandemię niż dystans społeczny i mycie rąk.

Co wtedy?

Nie wiem. Na pewno najsilniejszym stresorem ze wszystkich byłaby informacja, że końca pandemii nie będzie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.