Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock.com)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock.com)

Czy jesteś cyborgiem?

Jestem cyborgiem ostrożnym.

Czyli kim?

Kimś, kto jest skłonny włożyć inteligentną odzież, czyli ubrania naszpikowane elektroniką monitorującą funkcje ciała i wspomagającą jego procesy. Albo inteligentną biżuterię, która zapewnia połączenie z Internetem, odczytuje dane biometryczne i oszacowuje emocje. Lub inne sprzężone z użytkownikiem gadżety.

Nie mam nic przeciwko tożsamości weryfikowalnej - innymi słowy, dałabym się oczipować, by samochód zamiast kluczykiem otwierać ręką. Pierwsza się wytatuuję, jeśli powstanie smartfon w postaci umiejscowionego na przedramieniu tatuażu. Nad takim projektem naprawdę pracuje już więcej niż jeden z cyborgicznych start-upów w Dolinie Krzemowej.

Jednocześnie chciałabym móc w dowolnym momencie porzucić kostium cyborga. Owszem, kibicuję ludziom maszynom, ale mam świadomość, że każda technologia się zestarzeje i w końcu trzeba będzie ją wymienić. Dlatego nie zdecyduję się na żaden technologiczny implant, bo to wiązałoby się z koniecznością nieustannego gmerania w ciele. Podziwiam ontologiczną pilność, z jaką bohaterowie mojej książki rzucają wyzwania różnym ludzkim ograniczeniom. Sama jestem zbyt wielkim tchórzem.

Właśnie, bohaterowie twojej książki do ostrożnych na pewno nie należą.

Tak, to w większości cyborgi złomowe, tak zwani grindersi. Przeprowadzają najdziwniejsze eksperymenty na własnym ciele. Ze starych komputerów i innych urządzeń wyciągają fragmenty zużytej elektroniki, składają je do kupy, by następnie samodzielnie, w domowym laboratorium, te wynalazki sobie wszczepiać. Dodam, że oni dysponują właściwie zerowym budżetem. Nie współpracują z chirurgami czy anestezjologami.

Magda Gacyk (fot Kinga Kenig) i jej książka

Co to są za urządzenia?

Pierwsze cyborgi złomowe wszczepiały sobie magnesy w opuszki palców już w pierwszej dekadzie tego stulecia. Teraz tego typu zabiegi są coraz bardziej popularne, choć wciąż półlegalne lub nielegalne. Ludzie wszczepiają sobie na przykład rodzaj skomplikowanego, podskórnego kompasu w okolicy splotu słonecznego. Kompas wibruje z różną częstotliwością w zależności od tego, w jakim kierunku się zwracamy. To ubogaca ciało w doświadczenie magnetorecepcji i echolokacji.

Inne cyborgi usiłują przezwyciężyć ograniczenia biologiczne, modyfikując swoje DNA. Biohakerzy, bo tak się o nich mówi, wszczepiają w swoje komórki fragmenty kodu genetycznego innych organizmów. To próby coraz poważniejszych zmian w naszej podwójnej helisie. Chociażby robione chałupniczo zastrzyki ze świńskiego DNA, które uprzednio poddane jest inżynierii genetycznej tak, by wyłączyć produkcję miostatyny, białka odpowiedzialnego za powstrzymanie niepohamowanego rozwoju mięśni. Świnie z tak nieaktywnym genem stają się prawdziwymi tucznikowymi kulturystami. Biohakerzy liczą, że taki sam proces zajdzie też w ludzkich organizmach.

Po co oni to wszystko robią?

Chcą stać się lepszą wersją homo sapiens - może nawet nieśmiertelną. Czasem te eksperymenty mają opłakane skutki. Jeden z moich bohaterów, Rich Lee, opracowywał wynalazek, który miał uczynić ludzkie ciało bardziej wytrzymałym. W zamyśle był to rodzaj wewnętrznej zbroi - ochraniacza wykonanego ze specjalnej pianki. Rich rozciął skórę nogi i zaszył wynalazek na kości piszczelowej. Niestety, po paru miesiącach ciało zaczęło odrzucać implant. Wdała się okropna infekcja, z którą cyborg Lee walczy już drugi rok, mimo że przeszedł kilka zabiegów chirurgicznych.

Ten rozdźwięk pomiędzy marzeniami cyborgów zamieszkujących Dolinę Krzemową a ich rzeczywistością jest wręcz zabawny. Bo z jednej strony mamy buńczuczne zapowiedzi ostatecznego zwycięstwa nad chorobami i śmiercią, a z drugiej ludzi, którzy wszczepiają sobie kompasy albo zbroje, żeby stać się jakąś osobliwą emanacją komiksowego Iron Mana.

Oczywiście można się z nich podśmiewać, ale myślę, że ciekawiej jest spojrzeć na to środowisko jak na forpocztę technologicznej awangardy. Kiedy pierwszy cyborg, profesor Kevin Warwick, na kilka miesięcy wszczepił w swoje ciało czip, wszyscy patrzyli na niego z podziwem, ale i nutką obaw, trochę jak na wariata. A dzisiaj zarówno w Stanach, jak i w Szwecji pracownicy niektórych firm dobrowolnie zgłaszają się, żeby się oczipować. Taki czip wszczepiany jest pod skórę dłoni, dając dostęp do pomieszczeń firmowych, komputerów czy skanerów bez konieczności używania specjalnych kart. Oczywiście tego typu czipy można wzbogacać także o inne technologie, jak GPS czy aplikacje działające na smartfonach, ale to na razie pieśń przyszłości. Zaś sama technologia jest bardzo stara i wykorzystuje fale radiowe. Już podczas drugiej wojny światowej pozwalała odróżnić własne samoloty od tych wrogich.

Działania cyborgów są bacznie obserwowane (fot. Shutterstock.com)

Inny przykład na to, że działania cyborgów są bacznie obserwowane: jakiś czas temu jeden z cyborgicznych start-upów eksperymentował z kroplami do oczu, które umożliwiałyby widzenie w podczerwieni. Jego wysiłki śledziła DARPA, naukowe ramię Pentagonu. Ostatecznie to wojsko zajęło się udoskonalaniem tej technologii.

Wielu inwestorów z Doliny Krzemowej uważa eksperymenty cyborgów za inspirujące. Oni sami nazywają się naukowcami amatorami. Chcą być niezależni od technologicznych gigantów czy akademii. To wolnomyśliciele.

Ale właściwie dlaczego chcą być niezależni? Przecież praca w jednej z krzemowych korporacji nadałaby ich działaniom dużo większy rozmach.

Po pierwsze, są trochę zmuszeni do działania w podziemiu, bo to, co robią, nie jest do końca legalne. Weźmy przykład biohakera Josiaha Zaynera, który eksperymentował z wszczepianiem sobie w skórę przedramienia fragmentów DNA ośmiornicy, dzięki czemu przez kilkanaście godzin jego przedramię świeciło fluorescencyjnym światłem. Relację ze swoich poczynań biohaker umieścił na YouTube i tak trafiło na niego FBI.

Po drugie, większość z nich wierzy, że technologie z Doliny Krzemowej - szczególnie te ratujące bądź ułatwiające życie - powinny być dostępne nie tylko dla bogaczy. Wyobraź sobie, że zanim Josiah Zayner został cyborgiem i biohakerem, pracował w NASA. Robił doktorat i opracowywał różne sposoby kolonizacji egzoplanet. Pewnego razu odwiedził rodzinne strony, biedny region na środkowym wschodzie Stanów. Okazało się, że jego wujek stracił ubezpieczenie, a bateria w jego rozruszniku serca jest na wyczerpaniu. Bez ubezpieczenia za prosty zabieg wymiany baterii wujek musiałby zapłacić 10 000 dolarów. Podczas gdy sama bateria kosztuje 500 dolarów i można ją kupić przez Internet. Wujek prosił Zaynera, by podjął się wszczepienia nowej baterii. Josiah odmówił, ale po kilku miesiącach rzucił pracę dla NASA i zajął się biohackingiem, bo absurdalna niesprawiedliwość, jaka spotkała wujka, nie dawała mu spokoju.

W takim razie czy cyborgi rozwijają też technologie pozwalające przezwyciężyć różnego typu niepełnosprawności, czy raczej koncentrują się na poszerzaniu zmysłów i tworzeniu lepszej wersji homo sapiens?

Myślę, że te nurty rozwijają się równolegle. Wspomniany wcześniej Rich Lee zajął się cyborgizmem medycznym, gdy okazało się, że cierpi na schorzenie, które polega na szybko postępującej utracie wzroku. Zaczął wówczas pracować nad bezprzewodowymi słuchawkami - pozwalały za pomocą zróżnicowanych dźwięków orientować się w przestrzeni dzięki wysoko czułym mikrofonom rozlokowanym w otoczeniu, a także na ciele cyborga.

Z kolei Neil Harbisson od urodzenia cierpi na achromatopsję, specyficzny rodzaj daltonizmu. Widzi świat w odcieniach szarości. W jego potylicy tkwi na stałe wmontowana antenka, na której dyndającym nad czołem końcu przymocowana jest niewielka kamera. Cyborgiczny implant rejestruje kolory i tłumaczy je na sygnały dźwiękowe, które z kolei są przesyłane za pomocą wibracji kości czaszki do słuchawek zainstalowanych w małżowinie usznej. Neil słucha kolorów, choć nie może ich zobaczyć.

Znowu ktoś powie: no dobrze, ale jak to się ma do osiągnięć naukowców z uniwersytetów technologicznych czy wynalazców zatrudnionych w laboratoriach wielkich korporacji. Oni udoskonalają bioniczne protezy, implanty ślimakowe umożliwiające osobom niesłyszącym odzyskanie słuchu czy nawet implanty mózgowe wszczepiane cierpiącym na choroby neurodegeneracyjne. Pewnie ma się nijak, bo cyborgi nie dysponują takimi zasobami jak magnaci Doliny Krzemowej, ale ich siłą są pomysły napędzane marzeniami o technologii dostępnej dla każdego.

Być lepszą wersją homo sapiens - może nawet nieśmiertelną (fot. Shutterstock.com)

Nie sądzisz, że takie podejście ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, bo nawet jeśli cyborgi wynajdą jakąś niesamowicie przydatną technologię, to za chwilę ich oddolne eksperymenty zostaną przechwycone bądź kupione przez molochy technologiczne lub wojsko? A jeśli nawet sami zdołają się ze swoimi osiągnięciami wybić do mainstreamu, to czy będą potrafili wypracować bardziej etyczne i egalitarystyczne reguły działania?

Oczywiście w Dolinie Krzemowej większy często pożera mniejszego, a kiedy mniejszy rośnie w siłę, to sam zaczyna zachowywać się jak krwiożerczy kapitalista, ale śmiem twierdzić, że bez cyborgów rzeczywistość wyglądałaby jeszcze gorzej, bo oni jednak mają ogromny potencjał anarchistyczny.

Zresztą ja od dwóch dekad opowiadam o Dolinie Krzemowej, bo to jest mój dom. I za każdym razem ta opowieść jest inna. Czasem mam wrażenie, że mieszkam w heraklitejskiej rzece, bo wszystko zmienia się bardzo szybko. Jeszcze dekadę temu Dolina Krzemowa wydawała się utopijną krainą z wysokim współczynnikiem idealistów, którym naprawdę zależało na zmienianiu świata na lepsze, a nie tylko na bogaceniu się. Ale im bardziej Dolina Krzemowa i jej potencjał inwestycyjny rosły w siłę, tym więcej przedsiębiorstw i start-upów bratało się z biznesami i ludźmi, od których wcześniej się odżegnywali.

Wystarczy wspomnieć niedawną aferę z Google'owskim projektem Maven. Opracowana przez korporację sztuczna inteligencja miała wspomóc drony w lepszym odróżnianiu ludzi od przedmiotów. Innymi słowy, miała wesprzeć je w lepszym zabijaniu. Dokumenty dotyczące umowy z Departamentem Obrony USA wyciekły do prasy i Google pod naciskiem opinii publicznej i masowo protestujących pracowników wycofał się z transakcji, na czym stracił 250 mln dolarów.

Pamiętaj, że w Dolinie Krzemowej jest ponad 12 000 start-upów. Pada 92 proc. z nich, a z 8 proc. tych, które przeżywają, tylko 2 proc. odnosi spektakularne sukcesy. Choć Dolina to miejsce o największym stężeniu kapitału na świecie, to również biznesowa dżungla. Cyborgi zaś są niewielką częścią tego świata. Myślę, że tych hardcore'owych eksperymentatorów jest trochę ponad setka. Właściwie należą do podziemia Doliny i może dlatego wciąż marzy im się utopia. Ale to ciągle lepsze niż świat, o jakim marzą technokorporacje, które chcą zawłaszczać więcej i więcej po to, by generować zyski.

Zastanawiam się, czy opowieść o cyborgach i pokonywaniu ludzkich ograniczeń i słabości dzięki technologicznym gadżetom może stać się opowieścią o nas wszystkich. Czy jest jakimś odległym problemem - nawet już nie pierwszego świata, ale pierwszego z pierwszych. W swojej książce opisujesz moment, kiedy wracasz do rodzinnego miasteczka w Polsce i lądujesz na spotkaniu wspominkowym w parafii. Opowiadasz dawnym znajomym o tym, czym się zajmujesz, i oni są przerażeni, wręcz zniesmaczeni. Twierdzą, że cyborgizm to jakieś potworne zuchwalstwo - działanie wbrew naturze, wbrew Bogu.

Tak, ale jeśli o cyborgizmie pomyśleć szeroko, to być może na tym spotkaniu też były cyborgi. Według niektórych cyborgiem jest każdy, kto wspomaga swój organizm technologią: posiadacze rozruszników serca, pomp insulinowych, właściciele bionicznych protez, implantów ślimakowych, ba, nawet ci, co noszą soczewki kontaktowe, nie wspominając o inteligentnych zegarkach.

Według niektórych cyborgiem jest każdy, kto wspomaga swój organizm technologią (fot. Shutterstock.com)

W takiej interpretacji cyborg nie byłby żadnym nowym tworem, bo człowiek zawsze próbował ulepszać zmysły. W tym celu ociosywał kryształy i przez nie patrzył, podpierał na kosturze wysiadające stawy i tak dalej. Innymi słowy, ziemię od zawsze zasiedlały protocyborgi.

A w kontekście pandemii: każdy, kto leży pod respiratorem, jest cyborgiem, bo oddycha dzięki maszynie.

Oczywiście większość takich mimowolnych cyborgów na pewno obruszyłaby się, gdyby tak ich nazwać.

Jeśli tak na to spojrzeć, to największa obsesja mieszkańców Doliny Krzemowej, czyli nieśmiertelność, spędza też sen z powiek wielu Polaków, tyle że ci pierwsi chcą jej dostąpić na ziemi, drudzy w niebie. Opowiedz o tym, jak technologia ma uratować cyborgi przed śmiercią.

Nieśmiertelność to rzeczywiście jest leitmotyw wśród większości transhumanistów, czyli wyznawców teorii, że technologia pozwoli nam przekroczyć ludzkie ograniczenia. Są wśród nich biohakerzy, cyborgi i technowizjonerzy, stanowiący najbardziej szanowaną "kastę" przedsiębiorczych innowatorów i wynalazców w Dolinie Krzemowej.

Niektórzy przyjmują postawę dość zachowawczą, twierdząc, że jedyne, co na razie możemy zrobić, to przedłużać życie, czyli generalnie o siebie dbać. Mieszkańcy Doliny Krzemowej mają kompletnego hopla na punkcie diety. Jedzą posiłki złożone z wysoko wyselekcjonowanych produktów o specyficznym składzie tłuszczowym i proteinowym, które uzupełniają ogromną ilością suplementów. Ray Kurzweil, duchowy przywódca transhumanistów, swego czasu przyjmował aż 250 tabletek dziennie. Obecnie zjada ich ponad 100, a do tego raz w tygodniu przyjmuje kroplówki.

Co kilka lat Dolina huczy od kolejnej żywieniowej mody. Kilka lat temu głośno było o badaniach przeprowadzonych na drożdżach, muszkach owocówkach i płazińcach, które dokarmiano ibuprofenem i one żyły znacznie dłużej. Wiele osób zaczęło więc regularnie spożywać środek przeciwbólowy. Dla niektórych konsekwencje takiej decyzji były opłakane, bo przecież jesteśmy znacznie bardziej skomplikowanymi organizmami i przy okazji możemy rozstroić sobie układ pokarmowy. Obecnie bardzo modne są tak zwane posty przerywane, czyli powstrzymywanie się od jedzenia 14-16 godzin na dobę, co podobno ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie.

Ale są też tacy dziwacy jak Peter Thiel, jeden z najważniejszych graczy w Dolinie, miliarder i kapitalista inwestycyjny, twórca PayPal. On zachwala kurację odmładzającą polegającą na przetaczaniu krwi młodych mężczyzn (sic!).

Niektórzy, jeśli nie uda się przeżyć wystarczająco długo, już wykupili miejsce w jednej z farm zamrażających ciała w Arizonie i mają zamiar tam czekać na zmartwychwstanie. Jeszcze inni uważają, że jedynym sposobem osiągnięcia prawdziwej nieśmiertelności jest funkcjonowanie w zbiorowej świadomości istniejącej na komputerach opartych na sieciach neuronowych. Według wielu futurystów tego rodzaju urządzenia pozwalałyby na przegranie treści mózgu na pamięć neuronalną komputerów.

Co kilka lat Dolina Krzemowa huczy od kolejnej żywieniowej mody (fot. Shutterstock.com)

Ale chyba najbardziej fantazyjnym konceptem nieśmiertelności jest archeologia kwantowa. Opiera się ona na naukach Mikołaja Fiodorowa, XIX-wiecznego ojca transhumanizmu, który postulował, by pozbierać prochy minionych pokoleń i naraz je wskrzesić. W wersji uwspółcześnionej zamiast prochów mielibyśmy fragmenty DNA, hodowane na szalkach Petriego, z których tworzylibyśmy organy drukowane na drukarkach 3D. Nie wiadomo tylko, jak w to wskrzeszone ciało tchnąć ducha. Brzmi to jak wizja szalonego naukowca, ale cyborgi pracują nad elementami tej koncepcji.

Wracając na ziemię: jaki jest rzeczywisty stan badań rozszyfrowujących działanie ludzkiego umysłu?

Wiele eksperymentów polega na uczeniu komputerów, jak odczytywać fale mózgowe. Poza tym cyzeluje się technologie związane z implantami mózgowymi. Liczą już trzy dekady i opierają się na modyfikowaniu pracy mózgu za pomocą impulsów elektrycznych. Tego typu terapię stosuje się w przypadku chorób takich jak alzheimer czy stwardnienie rozsiane.

Z kolei chińscy technowizjonerzy twierdzą, że potrafią kontrolować mózgi chińskich robotników, co propagandowo nazywają "dbaniem o dobrostan pracownika". Sensory odczytujące fale mózgowe robotników umieszczone są w ich kaskach. Na szczęście jest to technologia zawodna, bo te urządzenia są bardzo czułe i reagują na nawet najmniejszą zmianę pola elektrycznego. Na odczyt wpływają więc wszelkie zakłócenia z zewnątrz.

Ale co właściwie o pracowniku może powiedzieć taki odczyt?

Zakładając, że te urządzenia rzeczywiście czytają fale mózgu, to identyfikują ich rodzaj, to znaczy rozpoznają, czy są to fale alfa, delta, gamma, beta czy theta. Z kolei rodzaj fal mówi o tym, czy pracownik jest skoncentrowany, czy rozkojarzony lub zmęczony. Chińczycy twierdzą, że hełmy wyposażone w sensory zwiększyły produktywność pracowników. Ja myślę, że zadziałały tu raczej strach i samodyscyplina, a nie sama technologia.

Książkę "Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach" kupisz TUTAJ>>>
Ebook i audiobook kupisz TUTAJ >>>

Mieszkając w Dolinie Krzemowej, zamieszkujesz trochę w przyszłości. Jaka ona będzie?

Mimo wielu niepokojących zjawisk w przyszłość staram się patrzeć z nadzieją. W mojej książce opisuję, jak żyje łąka. Jak trawy i kwiaty kołysze wiatr, jak wystawiają się do słońca, jak owady przenoszą pyłek i umożliwiają im trwanie. Niby zwykła łąka, a nic na niej nie jest zwykłe. Rośliny i owady są cyborgami wyposażonymi w urządzenia elektroniczne. To nie jest pieśń przyszłości. To już się dzieje. Mamy cyborgiczne ważki, pszczoły, karaluchy, rośliny wyposażone w sensory. Cyborgiczne meduzy, które dzięki bateryjce przyczepionej do korpusu poruszają się trzy razy szybciej, a dzięki sensorom umieszczonym w ciele informują o stanie zanieczyszczeń oceanów.

Technologia może pomóc nam przetrwać. Ale pod warunkiem, że będzie uzupełnieniem, a nie podstawą naszego świata.

Magdalena Gacyk. Dziennikarka, analityczka trendów technologicznych, konsultantka polskich start-upów w Dolinie Krzemowej, socjolożka i tłumaczka, posługująca się sześcioma językami. Od dwóch dekad obserwuje i opisuje nowe zjawiska na styku techniki, ekonomii i kultury w Dolinie Krzemowej. Autorka książki "Ścigając Steve'a Jobsa. Historie Polaków w Dolinie Krzemowej". Jej najnowsza książka "Zabawy w Boga. Ludzie o magnetycznych palcach" ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.