Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. shutterstock.com) (Zdjęcie ilustracyjne (fot. shutterstock.com))
Zdjęcie ilustracyjne (fot. shutterstock.com) (Zdjęcie ilustracyjne (fot. shutterstock.com))

"Dramaty, które przeżywają kobiety, które dowiadują się o bardzo poważnych chorobach swojego dziecka, swojego płodu, są niewyobrażalne", mówi premier . Proszę mi pomóc to sobie wyobrazić.

Kobieta przeżywa wtedy lęk bez ujścia. Jest to stan, w którym lęk "konteneruje się", zbiera w człowieku i z czasem może zamienić się w strach albo w najbardziej skrajną formę - przerażenie. Kobiety odczuwają także wstyd, żal, smutek.

Od lat pracuję z kobietami doświadczającymi traumy. Gdy dowiadują się, że ciąża obumarła, że dziecko jest chore, umiera tuż po porodzie lub rodzi się martwe, doświadczają - jak powiedziała jedna z moich pacjentek - "dołu, z którego już nigdy nie wyjdę". Objawy płynące z ciała i układu nerwowego, takie jak stale towarzyszące poczucie zagrożenia i napięcie, mają dalsze konsekwencje - w powracających koszmarach sennych, bezsenności. Następstwem traumy mogą być zaburzenia psychiczne - pacjentki często stosują leczenie farmakologiczne. Doznana strata przekłada się na kolejne obszary ich życia: zdarza się, że izolują się od otoczenia, tracą pracę, rozsypują się ich związki.

Rozmawiałam z Beatą, której syn zmarł po porodzie . Minęło 17 lat, a ona wciąż zalewa się łzami, gdy tylko wraca myślami do tych wydarzeń.

Ponieważ to jest doświadczenie traumatyczne, uraz psychiczny. O tego typu traumie mówimy: trauma przez duże T.

Przez duże T?

W typologii wyróżniono traumy przez małe t - są to traumy relacyjne, dotyczą m.in. dzieci wychowujących się w środowisku, które im zagraża, gdzie długotrwale doznają negatywnych bodźców.

Traumy przez duże T są związane ze zdarzeniami, które prowadzą do śmierci lub zagrażają fizycznej integralności naszej lub bliskich nam osób. Trauma przez duże T często jest przyczyną PTSD - zespołu stresu pourazowego. Z kolei PTSD współwystępuje z depresją, zaburzeniami lękowymi, zaburzeniami osobowości, uzależnieniami oraz syndromem presuicydalnym.

Nieprzepracowana trauma samoistnie nie znika, to trzeba jasno powiedzieć. 

Iwona Byśkiniewicz (fot. archiwum prywatne) ()

Kobiety trafiają na terapię, bo próbowały żyć jakby nigdy nic, ale tak się nie da?

Tak. Miałam pacjentkę, która walczyła kilkanaście lat o to, by zajść w ciążę. A kiedy się udało, doszło do przedwczesnego porodu i dziecko urodziło się martwe. Kobieta znalazła się w oddziale psychiatrycznym w stanie totalnego odcięcia od życia. Do mnie trafiła po dwóch latach od opuszczenia szpitala. Wypracowała sobie wiele strategii kompensacyjnych, które skutecznie przykrywały jej stan.

To była kobieta wysoko funkcjonująca. Podczas pierwszej sesji powiedziała mi, że do śmierci dziecka w ogóle nie chciałaby wracać, bo ma to już za sobą, a jej osiągnięcia zawodowe - liczne kursy, nowe kwalifikacje - miały być dowodem. Ale to tak nie działa. Okazało się, że ona zrywała kontakty ze znajomymi, którym rodziły się dzieci, miewała koszmary senne, a obrazy ze szpitala położniczego nagle stawały jej przed oczami.

Ponowne przeżywanie sytuacji traumatycznej, unikanie dzieci, czyli bodźców przypominających jej o traumie, oraz nadmierne pobudzenie układu nerwowego to objawy typowe dla PTSD. Lęk, który towarzyszy traumie, jest ogromny. Pacjentki opisują, że on dosłownie rozlewa się po ciele.

Czy mąż tej kobiety również przeżył traumę?

Tak. Opowiadała mi, że czasem w środku nocy budziła się w pustym łóżku. A on chodził po kuchni i płakał. Na psychoterapię zgłosiła się tylko ona - zazwyczaj tak jest - ale ponieważ mąż był bardzo empatyczny i na niej skupiony, to powoli wracał do życia razem z nią. Dziś mają dziecko, ale mimo że od traumatycznego doświadczenia minęło pięć lat, kobieta wciąż jest na lekach przeciwdepresyjnych.

Traumę udało się przepracować?

Tak. W tym obszarze zrobiłyśmy wszystko, czyli doszłyśmy do momentu, w którym doświadczenie staje się odwrażliwione. Wracanie do niego myślami nie powoduje już m.in. obniżonego na kilka dni nastroju, napadów płaczu i lęku.

Traumę trzeba przepracować (fot. shutterstock.com) ()

Powiedziała pani, że po traumatycznych wydarzeniach wiele par się rozpada. Mężowie odchodzą.

Bo to prawda. Ale ja zawsze apeluję, żeby w takiej sytuacji nie wydawać wyroków na mężczyzn, którzy również przeżywają traumę i nie zawsze są w stanie jej udźwignąć, być w tym doświadczeniu razem z kobietą.

Miałam pacjentkę, której dramat rozpoczął się na oczach współpracowników. Wzywali karetkę, gdy zaczęła krwawić w pracy. Po stracie ciąży mąż oświadczył, że to jej wina, bo gdyby lepiej o siebie dbała, to by do tego nie doszło. I odszedł. W psychoterapii osiągnęłyśmy taki moment, w którym ona uświadomiła sobie, że on po stracie dziecka przez długi czas był w bardzo złym stanie psychicznym, miał obniżony nastrój, był bardzo drażliwy, ale nie zgłosił się po żadną pomoc, ponieważ umówił się ze sobą, że to nie jest jego wina. To go w ogóle nie dotyczy! To ona niewłaściwie się zachowywała i to ona powinna ponieść konsekwencje. Taką przyjął strategię radzenia sobie.

Okrutne to jest.

To było jedyne, co on był w stanie w tamtym momencie zrobić. Ludzie nigdy nie są gotowi na doświadczenia traumatyczne. Czasami tak się zdarza, że ulokowanie winy w drugiej osobie zdejmuje z nas poczucie winy i żal.

Kwestia winy zawsze się pojawia podczas terapii?

Zdecydowanie tak. Najczęściej zaczynamy od pytania: "Co zrobiłam źle?". Poczucie winy jest ogromne, wyniszczające i wywołuje strach, który towarzyszy kobietom, kiedy zachodzą w kolejne ciąże.

Kobieta, z którą rozmawiałam, bała się kuchenki mikrofalowej, nie pozwalała używać tostera i nawozić trawnika!

Kiedy w kolejnej ciąży zbliża się ten moment, w którym ostatnio wydarzyło się traumatyczne doświadczenie, kobiety często czują ogromny lęk, że sytuacja może się powtórzyć, i podejmują rozpaczliwe działania. Przypomina mi się pacjentka, która co rano podkładała pod nogi kilka poduszek, by móc je wysoko trzymać, i przeleżała tak kilka tygodni, mimo że nie było ku temu żadnych wskazań lekarskich. Inna wywiozła do rodziców ukochanego psa, żeby nie narażać się na niepotrzebny wysiłek podczas spacerów. Pracowałam także z kobietą, która wcześniejszą stratę łączyła z tym, że się nieodpowiednio odżywiała, więc w kolejnej ciąży wszystkie posiłki studziła, żeby przez układ pokarmowy do dziecka nie dostała się zbyt wysoka temperatura. Pamiętam pacjentkę, która kupiła kilkanaście testów ciążowych i robiła je kilka razy dziennie.

Żeby dokładnie uchwycić moment, kiedy zajdzie w ciążę?

Nie. Ona już była w ciąży! Testy były po to, żeby mieć namacalny dowód, że ciąża trwa i wszystko jest w porządku. Miałam pacjentkę, która przez wiele lat ciężko pracowała na bardzo wysoką pozycję zawodową, jeździła na szkolenia, zagraniczne staże, robiła kursy językowe. Po otrzymaniu wiadomości, że kolejny raz jest w ciąży, zrezygnowała z pracy, którą kochała, bez mrugnięcia okiem. Nie wyobrażała sobie innego scenariusza jak tylko taki, że spędzi całą ciążę w domu. Dziś ma dwie córki. 

Wsparcie bliskich jest dla kobiety, która straciła dziecko, bardzo ważne. Ale nie zawsze je dostaje (fot. shutterstock.com) ()

A ile wcześniejszych ciąż zakończyło się stratą?

U tej kobiety były to również dwie ciąże i za te utracone ciąże została usunięta z rodziny. 

Usunięta z rodziny?!

To była wzorcowa rodzina, wszystko tam było idealne i ona też, jako córka swoich rodziców, zawsze była idealna: skończyła idealne szkoły, grała na skrzypcach, robiła karierę i kiedy się okazało, że straciła dwie ciąże, to usłyszała od matki, że przyniosła wstyd rodzinie. "Niczym sobie nie zasłużyliśmy na to, co nam zrobiłaś". 

Nie mieści mi się to w głowie.

Tak się zdarza. Jeśli przekaz pokoleniowy jest taki, że "prawdziwa kobieta musi mieć dzieci", że "u nas się zawsze rodzą silne dzieci" albo "same chłopaki i nasze nazwisko przetrwało", a my, kobiety, nie jesteśmy w stanie tego wymogu spełnić, staje się to ogromnym obciążeniem. W już i tak przecież traumatycznej sytuacji.

Podkreślałam rolę wzmocnień płynących z otoczenia - od rodziny, przyjaciół, znajomych. Kiedy zamiast tych wzmocnień pojawiają się takie sygnały, jak od matki tamtej pacjentki, to naprawdę trudno umówić się ze sobą, że wciąż jestem w porządku, że nadal jestem osobą, która zasługuje na miłość. Wytwarza się przekonanie kluczowe, że jestem słaba, gorsza, do niczego. Jako kobieta - niewystarczająco dobra.

To są cytaty dosłowne pani pacjentek?

"Ponieważ nie potrafię zbudować rodziny, to nie powinnam być żoną mojego męża, bo na niego nie zasługuję". Tak, to są dosłowne cytaty.

Pacjentka, która usłyszała od matki: "Niczym sobie nie zasłużyliśmy na to, co nam zrobiłaś", trafiła do pani z tak właśnie zdegradowaną samooceną?

Ona akurat nie, ponieważ miała bardzo wspierającego męża i przyjaciółkę. Ani z traumą, ani z komunikatem od matki nie została sama. Była też wyposażona w takie cechy osobowości, zasoby, typ temperamentu, że potrafiła sobie poradzić z tym doświadczeniem. Postanowiła podjąć kolejną próbę zajścia w ciążę i urodzenia dziecka. Często pacjentki przyjmują taką narrację: "Wiem, że mi się dwa razy nie udało, ale umówiłam się ze sobą, że jeszcze dwa razy spróbuję". Wyznaczają sobie punkt, do którego potrafią odnieść swoją przyszłość. 

Ale na pewno są też kobiety, które nie czują się na siłach ponownie próbować.

One mogą być już na poziomie swojej fizjologii zablokowane! Mają na przykład problemy z cyklem miesiączkowym albo tak duże wahania nastroju - od napadów płaczu po śmiech - że same zdają sobie sprawę, że to "nie jest dobry stan na bycie w ciąży". Cytuję swoją pacjentkę.

Czy na takim etapie para w ogóle uprawia seks?

Raczej nie. Kobiety, z którymi pracuję, mówią najczęściej, że po traumatycznym doświadczeniu starają się nie mieć kontaktów seksualnych lub bardzo je ograniczają. Czasem dlatego, że to się łączy bezpośrednio z traumatycznym doświadczeniem - seks może doprowadzić do ciąży, więc kobieta się chroni. Ale jest też tak, że po stracie dziecka bardzo często kobiety unikają bliskości cielesnej, bo mają w sobie przekonanie, że są gorsze, niewystarczająco dobre. 

Wtedy mąż się odsuwa? Zdradza?

Miałam pacjentkę, którą mąż po stracie dziecka zaczął zdradzać z koleżanką z pracy. Podzielił się z nią takimi oto refleksjami :"Nie muszę wracać do domu, w kółko o tym słuchać i tego przeżywać!". Ta para się rozstała, natomiast te, które przechodzą przez traumę razem, często się do siebie zbliżają. Narracja o stracie jest w liczbie mnogiej - to "nam się nie udało", to my "próbujemy dalej". Relacja przestawia się wtedy na inne tory: "Ty się leczysz, a ja jestem przy tobie, pomagam, wspieram". I czekam, bo seks schodzi na drugi, trzeci plan. 

Ty się leczysz, ja cię wspieram, ale sam dla siebie pomocy nie szukam?

Aktualnie mam na psychoterapii dwóch mężczyzn. Tylko dwóch! U nas kulturowo, społecznie tak już jest, że mężczyźni mają przekonanie, że muszą być twardzi i silni, cokolwiek by się nie działo. A to bardzo źle! Mówię to na podstawie moich doświadczeń, bo przecież podczas psychoterapii kobiety opowiadają o tym, jak stratę przeżywają ich partnerzy.

Mężczyźni mają przekonanie, że muszą być silni (fot. shutterstock.com) ()

Zdarza się tak, że mężczyźni zaprzeczają temu, przez co przechodzą, są jakby w zamrożeniu, odcinają się od traumatycznego doświadczenia. Reakcje na traumę bywają bardzo różne. Pamiętam pacjentkę, która mówiła, jak bardzo trudno jest jej wracać do domu, ponieważ tam jest przecież pokój, jaki przygotowali z mężem dla dziecka, są meble, łóżeczko, zabawki, a jej mąż zawsze, kiedy wraca z pracy, najpierw idzie właśnie do tego dziecinnego pokoju. Jakby chciał się przywitać z dzieckiem.  

Nie dziwię się tej nazwie - trauma przez duże T.

Nie opowiedziałam o jeszcze jednym bardzo niebezpiecznym, a możliwym jej następstwie!

Zdarza się, że kobiety na bardzo długie lata mogą w związku z traumatycznym zdarzeniem stać się ofiarami. Schemat ofiary jest bardzo silny i przekłada się na wszystkie obszary funkcjonowania kobiety, ponieważ ona widzi siebie jako osobę słabą, która nie jest w stanie wypełnić roli mamy, nie mieści się w społecznej normie.

Miałam wiele takich pacjentek. Jedna z nich powiedziała, że czuje się tak, jakby został jej zabrany wpływ na to, jak wygląda jej życie. Będąc ofiarą, kobieta odczuwa ogromną bezsilność, lęk i ma poczucie, że sama w sobie nie jest w stanie nawet drgnąć! Może wtedy wchodzić w relacje, które ją naruszają. Mam na myśli przemoc. Pamiętam pacjentkę, która po stracie dziecka nie była w stanie stawiać żadnych granic i wtedy repertuar zachowań jej partnera bardzo się rozszerzył. Stosował wobec niej przemoc fizyczną, psychiczną i ekonomiczną.

Kobiety, które są w roli ofiary, trafiają do mnie z poczuciem własnej wartości równym zero. Nie mają już siły walczyć o siebie. Na terapię kieruje je siostra albo przyjaciółka. Kiedy kobieta tkwi w schemacie ofiary, to widać nawet w ciele. Jest "złamana w ciele", zawstydzona, ma wzrok utkwiony w podłogę. Ja to widzę w kobietach, kiedy mijam je na ulicy. 

Minister Marlena Maląg twierdziła w Sejmie, że państwo zapewnia "rodzinom i dzieciom z wadą letalną opiekę psychologiczną" . Abstrahując od absurdu, jakim jest mówienie o opiece psychologicznej dla dziecka z wadą letalną, to czy pani coś wie o takiej opiece dla kobiet, jaką aktualnie zapewnia państwo?

Wiem od pacjentek, że to nie jest standard, by po stracie dziecka otrzymać pomoc psychologiczną. W momencie kiedy dochodzi do wydarzenia traumatycznego, bezwzględnie tu i teraz kobieta powinna być objęta intensywną opieką psychologiczną i dostać pełne wsparcie.

Ale realia w polskich szpitalach są takie, jakie są, i mam doświadczenie pracy z kobietami, u których te realia pogłębiły traumę związaną ze stratą dziecka. Trafiały na sale, gdzie leżały szczęśliwe matki z dziećmi u piersi. One same miały w piersiach pokarm, oglądały, jak tamte kobiety odwiedzają mężowie, rodziny, jak się cieszą, gratulują, przynoszą kwiaty, zabawki. To wszystko powoduje, że ta ogromnie dojmująca strata, ten ból jeszcze się wzmacnia. 

Minister rodziny pracy i polityki spolecznej Marlena Malag podczas odpowiedzi na pytania w Sejmie (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta) ()

Media od lat alarmują o takich sytuacjach, dlatego właśnie zapytałam o słowa, które padły w Sejmie.

Opowiem pani o mojej pacjentce, która zgłosiła się na USG i usłyszała od lekarza: "Serce nie bije", po czym otrzymała skierowanie do szpitala. Nie miała spotkania z psychologiem! Zapamiętała tylko to jedno zdanie, że serce nie bije, a z tego, co się działo później, nie pamiętała już nic. Kiedy do mnie trafiła, miała luki w pamięci. Na szczęście zdecydowała się szukać pomocy, ale jest wiele kobiet, które z różnych powodów nie idą na psychoterapię.  Często dlatego, że się tak bardzo wstydzą albo nie chcą wracać do traumatycznych doświadczeń, bo przecież sobie radzą, mają na głowie dom, pracę. Umawiają się ze sobą, że przeszłość jest zamknięta i nie dochodzi już do głosu. 

Co pani czuje wobec faktu, że Polki tracą dziś niemal do zera prawo do aborcji?

Myślę o przeżyciach tych wszystkich kobiet, o których pani opowiedziałam. Ale też o tych kobietach, które przychodzą do mnie po doświadczeniu molestowania seksualnego ze strony bliskiej osoby. O niepełnosprawnych intelektualnie, które zostały wykorzystane seksualnie. O dziewczynkach zmuszanych do prostytucji czy ofiarach gwałtu. Miałam pacjentkę, u której w naruszeniu ciała brało udział kilka osób. Praca nad takim doświadczeniem jest ekstremalnie ciężkim przeżyciem. Ta pacjentka zaczęła rozmowę ze mną od tego, że jeden ze sprawców miał rozwiązane sznurowadła. Zanim doszłyśmy do traumatycznego zdarzenia, pracowałyśmy ponad rok.

A pani się obawia, że za chwilę również kobiety po takich przejściach zostaną pozbawione prawa do aborcji?

Ja się obawiam, że kobiety w ogóle zostaną pozbawione opieki! Moje pacjentki nie wiedzą, co się wydarzy, czy i jaką pomoc otrzymają w sytuacji zagrożenia życia dziecka, zagrożenia ich życia, poronienia lub gdy się okaże, że płód ma wady letalne. Rozmawiałam z kilkoma ginekologami i oni też się boją! Mają obawy związane ze swoją pracą. Szpital Bielański w Warszawie, po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, wydał pismo zalecające niewykonywanie aborcji planowanych ze względu na ciężkie wady płodu [interweniował w tej sprawie prezydent Warszawy, informując, że w świetle ciągle obowiązującej ustawy zabiegi powinny być wykonywane - przyp. red.]. Nie ma we mnie zgody, by ktoś za nas podejmował decyzję w tak ważnym temacie. Czuję niepokój, bo wiem, że ofiarami tej sytuacji będą kobiety.

Iwona Byśkiniewicz. Psychotraumatolożka, terapeutka EMDR, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna, psycholożka.