Rozmowa
Karolina Sulej spojrzała na ubrania w obozach koncentracyjnych od strony antropologicznej (fot: materiały prasowe)
Karolina Sulej spojrzała na ubrania w obozach koncentracyjnych od strony antropologicznej (fot: materiały prasowe)

Taki błahy temat, a taka gruba książka?

W dodatku poświęciłam temu błahemu tematowi dziesięć - z przerwami - lat mojego życia. Pytanie o błahość jest tym, na które się najbardziej nastawiałam, choć rozumiem, że pytasz ironicznie. Temat mojej książki wielu uzna pewnie na pierwszy rzut oka za nieadekwatny, a nawet obraźliwy, opowiadający o czymś, co jest naddatkowe, niepotrzebne, związane z konsumpcjonizmem i utowarowieniem. Generalnie ze wszystkim, co nie jest głębokim ludzkim doświadczeniem. W dodatku piszę o tym w kontekście historycznego wydarzenia, które jest uznawane za jedną z największych traum ludzkości. Może więc upadłam na głowę.

Upadłaś?

Nie, bo słowo "moda" rozumiane jako kapitalistyczny świat ciuchowych marek nie ma nic wspólnego z "modą", o której ja piszę, i z tym, jak ją rozumiem. A interesuje mnie moda rozumiana antropologicznie, moda jako sposób naszego posługiwania się ubraniami w celu tworzenia tożsamości, relacji międzyludzkich, opowiadania o sobie. To moda towarzysząca nam od zawsze, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pisanie o tak rozumianej modzie to pisanie o naszej kulturze, codzienności, wizerunku, o pewnych generalnych zjawiskach, ale jednocześnie o sprawach indywidualnych, intymnych. Nie jest to więc, jak widzisz, temat błahy, ale szalenie ważny, wielowarstwowy i skomplikowany.

Karolina Sulej poświęciła tematowi mody w Auschwitz dziesięć lat swojego życia (fot: materiały prasowe)

Także w kontekście wojny.

Zaczęło się od tego, że postanowiłam napisać pracę magisterską o codzienności getta warszawskiego. A że w międzyczasie zostałam dziennikarką, zaczęłam szperać w starych gazetach. W ŻIH-u znalazłam gazetę drukowaną dla getta przez okupanta, w której były również porady dla gospodyń: jak ugotować coś z niczego albo jak z niczego się ubrać, czyli jak być kobietą w tej straszliwej rzeczywistości. "Wojna wojną, a kaprysy pani mody trwają nadal" - brzmiało jedno ze zdań. Czyli jak jakaś totalna głupotka.

Wtedy pomyślałaś, że to może być ciekawy temat?

Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy moje znalezisko to kuriozum, czy trop. Zaczęłam czytać wspomnienia dziewcząt z getta, oglądać zdjęcia, ślęczeć nad opowieściami dotyczącymi ubrań. Nagle się okazało, że moda jest ogromnym obszarem doświadczenia. Także, a może w szczególny sposób - w kryzysie, katastrofie kultury.

Błahostka przestaje być błaha?

Otóż to.

Samo zestawienie słów "moda" i "Auschwitz" wydaje się kontrowersyjne. Jak na nie reagowano?

Przed zabraniem się do pisania udałam się do księgarni w Muzeum Auschwitz-Birkenau, żeby zobaczyć, czy ktoś przypadkiem już takiej książki nie stworzył. Okazało się, że nie tylko nic takiego nie ma, ale jeszcze pani z księgarni zrobiła wielkie oczy, jakbym chciała ją pytaniem o książkę o roli ubrań w obozie obrazić. Zrozumiałam wtedy, że temat nie jest oswojony. Ale kiedy zapukałam do doktora Wojciecha Płosy, kierownika archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau, z prośbą, by wpisał w wyszukiwarkę słowo "moda", nie wyrzucił mnie.

Co pokazała wyszukiwarka?

Pracę Marii Jezierskiej "Moda w Auschwitz". Pan doktor był tym znaleziskiem równie zafascynowany jak ja. Oboje czytaliśmy ją wtedy po raz pierwszy. Nikt przez kilkadziesiąt lat do niej nie zaglądał.

Maria Jezierska, autorka pracy 'Moda w Auschwitz' przypomina, że doświadczenie więźniów to także doświadczenie obcowania z materią, którą na sobie nosili (fot: materiały prasowe)

Czekała na ciebie?

Tak sobie wtedy pomyślałam. Ta praca Jezierskiej była dla mnie wielkim odkryciem, bo to refleksja byłej więźniarki Auschwitz-Birkenau. Maria Jezierska przypomina, że doświadczenie więźniów to także doświadczenie obcowania z materią, którą na sobie nosili. Jest w tym doświadczeniu i groza, i upokorzenie, i wstyd, ale i małe zwycięstwa, wręcz heroizm, na który nie znaleziono dotychczas miejsca w obowiązującej historycznej narracji. "Moda w Auschwitz" ośmieliła mnie do pracy i badań, choć założyłam sobie, że jeśli napotkam opór wśród byłych więźniów i więźniarek, zarzucę pracę nad książką.

Tymczasem usłyszałaś pytanie, dlaczego dopiero teraz do nich przychodzisz.

Nie tylko okazali się być zaskoczeni, że nikt wcześniej się nad tym tematem nie pochylił, ale też nie mieli żadnego poczucia jego niestosowności. Zestawione razem słowa "moda" i "Auschwitz" nie wywoływały ich oburzenia. Sposób posługiwania się ubraniem w obozie był dla nich znaczący na poziomie materialności, symbolu, fizyczności i psychologii.

Okazało się po raz kolejny, że polskie instytucje zajmujące się obozową pamięcią są bardziej konserwatywne niż sami byli więźniowie.

I bardzo swojej narracji pilnują, co widać szczególnie na wystawach, które nie zmieniają się latami, a nawet dekadami. Na żadne nowe narracje nie ma na nich miejsca, w kontraście do tego, co muzea mają w zbiorach, a tam czekają rzeczy, czekają opowieści. Czekają na swoją kolej, by zostać pokazane, wejść do obiegu popularnej pamięci, która wciąż obawia się rewizji.

Rewizji, której zdążyły już dokonać muzea w Niemczech, że o Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie już nawet nie wspomnę.

Ale są też, żeby oddać sprawiedliwość, polskie muzea obozowe, które starają się coraz odważniej opowiadać, inaczej. Na przykład Muzeum na Majdanku, w którym narracja jest, że tak powiem, bliżej człowieka, a właściwie jest wiele narracji, a nie jedna słuszna. Może to będzie droga zachęcająca do takiej dywersyfikacji spojrzenia także inne placówki.

Piszesz, że pasiaki stały się "kostiumem zbiorowej pamięci o zagładzie".

Tak, ale zupełnie bezrefleksyjnie, bez niuansowania tematu, nawet bez jego zbadania. Dopiero profesor Bärbel Schmidt, która przyjechała do Auschwitz w latach 90., gruntownie zbadała i skatalogowała pasiaki, robiąc potem na ich temat bardzo porządny doktorat. Zresztą, jeśli chodzi o badanie ubioru w obozach, oprócz prof. Schmidt i mnie jest jeszcze tylko doktorant w Izraelu i badaczka, kostiumolożka z Grecji.

Dopiero profesor Bärbel Schmidt, która przyjechała do Auschwitz w latach 90., gruntownie zbadała i skatalogowała pasiaki (fot: materiały prasowe)

Dlaczego tak mało?

Myślę, że ze względu na te wszystkie trudności, o których mówiliśmy. Obozowa narracja ma być oparta na heroicznej śmierci. Nie ma w niej miejsca na zupełnie ze swojej natury nieheroiczne życie. Tymczasem życie obozowe to przecież także codzienność. Tam mieści się dla mnie heroizm zupełnie innego rodzaju - ustawiczny, dyskretny, drobny, budowany na rzeczach "małych", przy ciele, ubraniu.

W dodatku mam w swojej książce dwa rozdziały o oprawcach, a pisanie o oprawcach obraża podobno perspektywę więźniów. Mówię "podobno", bo wszystko to jedynie koleiny związane z myśleniem i mówieniem o obozach, z których trudno się wydostać. Więźniowie wiedzieli, że nie można opowiedzieć o obozach bez opisywania oprawców. Nie ma pasiaka bez kontekstu munduru. To Rzesza wymyśliła ten system i zaprojektowała jego kostium.

Pierwszą czynnością, którą musieli wykonać więźniowie dostarczeni do obozów, było rozebranie się i oddanie ubrań, biżuterii, zgolenie włosów. Samo to świadczy o tym, jak wielkie znaczenie ma kostium.

To był bardzo dobrze przemyślany i perfidny zabieg nazistów, który wspominany jest zawsze przez wszystkich więźniów i więźniarki. Jego celem było pozbawienie ludzi człowieczeństwa, indywidualności, podmiotowości. Zofia Krzyżanowska pisała, że bez tego wszystkiego czuła, jakby straciła nawet prawo do martyrologii. Rozebrana, z ogoloną głową czuła się tak wydrwiona, żałosna i brzydka, że pomyślała, że nie ma już nawet prawa cierpieć, nie pasuje do obrazu bohaterstwa. Zabranie ubrania traktowano jako odebranie siły do przeżycia, dlatego było zawsze tak dobrze zapamiętane. Człowiek nawet jeśli ma umrzeć, chce umrzeć w ubraniu.

Pozbawienie ubrania to także pozbawienie człowieka jego historii, bo to przecież po garderobie poznawano, kto skąd przyjechał, z jakiej jest klasy czy grupy społecznej.

Bez własnego ubrania tracisz prawo do biografii. Mało tego, przestajesz czuć się sobą, nie widzisz przyszłości, zostajesz bez gruntu pod nogami. Oprawcom łatwiej jest cię zabić, łatwiej zadawać cierpienie, bo nie widzą odbicia siebie w tobie. Widzą jakiegoś potwora, rzecz, nieczłowieka. Dlatego największym wysiłkiem więźniów i więźniarek było zrobienie natychmiast czegoś z tym ubraniem, które dostali. Gdyby nic nie robili, toby ich wykończyło. W przenośni i dosłownie, bo obozowe ubranie może swędzieć, może cuchnąć, może mieć ślady fizjologii poprzednika, może być zawszone, może być za duże, można w nim zamarznąć na śmierć, może ranić ciało. Musisz więc natychmiast zrobić z nim coś, co spowoduje, że poczujesz się sobą. Choć odrobinę.

Ubrania są więc niezwłocznie poprawiane, przeszywane, zwężane, upiększane.

Innowacyjność krawiecka jest w obozach wręcz odruchowa. Maria Kowalska, żołnierka AK, która trafiła z innymi koleżankami do obozu w Stutthofie, pamięta, że ich liderka natychmiast zarządziła odpowiednie przysposobienie pasiaków, bo "warszawianki nie mogą wyglądać nieelegancko". To się może wydawać śmieszne, ale taki gest ratuje, daje nadzieję, zwraca sprawczość, pozwala wprowadzić własne reguły wobec tych narzuconych. To oddolne taktyki przetrwania wymierzone przeciwko odgórnym strategiom uśmiercania.

Maria Jezierska pisze o chusteczkach wiązanych na głowach - że też kombinowano, jak je poprawić. Nazywa je "proporczykami podjazdowej walki z wrogiem", bo to była przecież partyzantka odzieżowa. Hermann Langbein w monumentalnych "Ludziach w Auschwitz" napisał, że poza obozem koncentracyjnym nie ma drugiego miejsca, w którym powiedzenie "jak cię widzą, tak cię piszą" miałoby aż takie znaczenie. I to prawda. Odpowiednie ubranie pozwalało poprawić pozycję w obozie albo po prostu przeżyć.

'Największym wysiłkiem więźniów i więźniarek było zrobienie natychmiast czegoś z tym ubraniem, które dostali. Gdyby nic nie robili, toby ich wykończyło' (fot: materiały prasowe)

Choć trzeba było uważać, by nie przesadzić. Zbyt duża elegancja mogła ściągnąć zazdrosne oko i rozmaite oskarżenia, kompletne zaniedbanie narażało z kolei na bicie i szybszą śmierć.

Moda w obozie była tak naprawdę skomplikowaną dziedziną wiedzy, którą trzeba było posiąść, żeby przetrwać. Stanisław Grzesiuk pisał, że miał dostęp do magazynu ubrań, więc mógł pomóc koledze, a ten z kolei nie chciał niczego zbyt rzucającego się w oczy, by nie zostać posądzonym o zdobycie dobrego ubrania w zamian za erotyczne relacje z darczyńcą. Trzeba było wiedzieć, co wypada, z kim wypada, co może pomóc, a co zaszkodzić. Oczywiście wszystko to zależne było od obozu, czasu, kiedy się tam trafiło, pory roku, podejścia strażników, przynależności do danej grupy społecznej, rodzaju pracy, talentów czy indywidualnych relacji.

Leon Weintraub zauważa, że nie ma jednego doświadczenia obozowego, jest tyle doświadczeń, ile obozów i ludzi. Każdy ma swój własny obóz. A ubranie się świetnie do snucia takiej indywidualnej opowieści nadaje, bo jest intymne, jest zawsze opowieścią o jednej osobie. Weintraub też dokładnie pamięta moment, kiedy odebrano mu ubranie. Po wojnie miał już do końca życia obsesję dobrego ubioru, elegancji. Poprzysiągł sobie, że nikt już mu nigdy więcej nie odbierze godności, bo ubranie to nie tylko kwestia estetyki, ale również potrzeba moralna.

"Duma, jak się okazuje, bierze wielkie wsparcie z wyglądu zewnętrznego", mówi inna była więźniarka, Gisella Perl.

Myślę, że często nie zdajemy sobie nawet sprawy jak bardzo. I jak długie tradycje z ubraniami się łączą. Przecież obozowe pasiaki mają rodowód średniowieczny. Wtedy właśnie wymyślono, że paski (w średniowieczu poziome) są świetne do oznaczania osób niepożądanych - pracujących seksualnie, Żydów, heretyków czy aktorów. Pisze o tym w swojej świetnej książce "Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski" Michel Pastoureau. Nowoczesność wybrała pasy pionowe - one mają prostować, szkolić człowieka. Pasiaki nie są więc wynalazkiem III Rzeszy.

Poświęcasz im sporo miejsca.

Bo chciałabym, żebyśmy w końcu zrozumieli, jakie one były rzeczywiście, jak się zmieniały i że w związku z tym obozy często wcale nie wyglądały tak, jak sobie je wyobrażamy. Warto pamiętać, że w trakcie wojny były ogromne problemy z zaopatrzeniem i pasiaków zaczęło brakować. Postanowiono wówczas wydawać więźniom tak zwaną odzież pożydowską. Obozy stały się jakimiś mrocznymi, groteskowymi teatrami. Można było dostać do codziennego noszenia na przykład balową suknię z perłowymi guzikami, a do tego dziecięcą marynareczkę i za duże męskie buty - jak opowiadała mi czeska Żydówka, Zdenka Fantlová.

W obozach kwitnie czarny rynek, ciuchowy handel, moda, powstają nowe trendy. "Przydałby się jakiś transport do gazu" - mówi któraś z więźniarek, bo transport do gazu to dostawa nowych ubrań.

Ale nie możemy tych słów oceniać naszą moralnością, bo one nie były skierowane przeciw komuś. Taka była codzienność piekła obozowego, w którym trzeba się jakoś urządzić. W dodatku w taki sposób, żeby nie zwariować. Alicja Gawlikowska podkreślała w naszej rozmowie, że nie można było przeżyć w obozie, wyjąc z rozpaczy od rana do wieczora. "Kanada", jak nazywano magazyn ubrań w Birkenau, była często dla więźniów ratunkiem. To w niej można było znaleźć sweter na zimę albo wygodne buty. "Dobre buty przedłużały życie" - pisał Primo Levy.

I pozwalały marzyć.

Zdegradowane obozem kobiety marzyły o długich włosach, o pięknych sukniach, o makijażu i perfumach. Marzyły o wszelkich tradycyjnie przypisanych do ich płci atrybutach kobiecości.

'Zdegradowane obozem kobiety marzyły o długich włosach, o pięknych sukniach, o makijażu i perfumach' (fot: materiały prasowe)

Panowie też marzyli?

Oczywiście, panowie marzyli o elegancji, pięknie, choć trudno im to było artykułować, bo byli przed wojną socjalizowani inaczej niż kobiety. Poza tym taka opowieść mężczyznom nie wypadała. Mówienie o wyglądzie, estetycznych potrzebach stoi w sprzeczności z heteroseksualną martyrologiczną narracją, a żaden mężczyzna nie chce się jej wymknąć. Dlatego tak bardzo zależało mi w książce także na perspektywie męskiej. I to zarówno ofiar, jak i oprawców, bo obozowa rzeczywistość, jak już wspomniałam, rozgrywała się między pasiakiem a mundurem. Mundur SS-mana ma wyrażać nadludzkość, siłę, piękno i czystość. Pasiak ma redukować, odbierać męskość, symbolizować słabość i degradację.

Ubranie nie dawało więźniom takich możliwości jak więźniarkom?

Nie aż takie, ale jednak. Mężczyźni mieli tak zwane mycki, które różnie mogli nosić - bardziej klasycznie albo bardziej zawadiacko. Ważne były dla nich też buty, szczególnie skórzane zamiast drewnianych chodaków. W obozach stroili się także homoseksualni mężczyźni, którzy szyli sobie torebeczki z pasiaków, taliowali ubrania, by lepiej wyglądać. A wszyscy więźniowie i więźniarki często starali się pokazać - wbrew obozowej logice śmierci, za pomocą różnorakich twórczych interwencji w ubranie czy okupionych wielkim ryzykiem drobnych zabiegów higienicznych - że nadal chcą się o siebie troszczyć, że mają nadzieję na powrót do logiki świata poza obozem.

"Szminka zaczęła przywracać im człowieczeństwo" - odnotował jeden ze świadków wyzwolonego obozu w Bergen-Belsen, gdy dopiero co uratowane więźniarki w kilka chwil rozdały między sobą dostarczoną partię pomadek. Bardzo sugestywny obraz.

Opisujący to mężczyźni oglądali to z zadziwieniem, bo dla nich szminki nie były artykułami pierwszej potrzeby, ale dla kobiet tak. Były nawet takie, które szminkowały usta, nie mogąc wstać z łóżek.

Największym marzeniem więźniarek i więźniów była kąpiel i własne ubranie. Pozbawienie odzieży to obozowy rytuał wejścia do piekła. A własne, wygodne, czyste ubranie - nieodłączny rekwizyt w rytuale wyjścia z obozu.

Batszewa Dagan pisała zaraz po wojnie w "The Jerusalem Post", że największą karą dla jej oprawczyń byłoby ubranie ich w obozowe łachmany. Inna była więźniarka, Maria Hanel, w kwestionariuszu dla szwedzkiego Czerwonego Krzyża dodawała, że wtedy one stałyby nad tymi oprawczyniami w łachmanach elegancko ubrane, pachnące, uczesane i paliłyby papierosy trzymane w uszminkowanych ustach. To byłaby ich największa zemsta.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Karolina Sulej, 'Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady', Wydawnictwo Czerwone i Czarne (fot: Mateusz Kubik, materiały prasowe)

Karolina Sulej. Pisarka, reporterka, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie działa z Zespole Badań Pamięci o Zagładzie. Autorka książek "Modni. Od Arkadiusa do Zienia" oraz "Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island", za którą była nominowana do Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. Właśnie, nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne, ukazała się jej najnowsza książka "Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl.