Rozmowa
Meczet tatarski w Bohotnikach (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)
Meczet tatarski w Bohotnikach (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Znudziło ci się radio?

Raczej odwrotnie, chyba ja się radiu znudziłem.

Po tylu latach?

W radiu pracuję połowę życia, jeszcze od liceum. I żeby była jasność, ono mnie nieustannie kręci, ale kiedy kolejny proponowany temat jest odrzucany, szukasz innego sposobu, by się realizować.

Tak sam z siebie czy za namową?

Kiedy starszy kolega powiedział mi po raz kolejny: "Słuchaj, radio jest ulotne", zacząłem się nad tym coraz poważniej zastanawiać. Możemy robić świetne audycje, wzruszać ludzi, dostawać nagrody, ale wcześniej czy później wszystko trafi do archiwum. Nikt nie będzie po nie sięgać tak, jak byś chciał, żeby sięgano. "Zacznij w końcu pisać" - usłyszałem.

I zacząłeś.

Zacząłem się raczej bronić, że nie, że ja tyle czasu w tym radiu, że pisałem tylko jakieś krótkie rzeczy, że najwyżej kilka stron. Ale cóż, w końcu się przemogłem i zacząłem powoli rozglądać się za tematem.

Znalazłeś Tatarów.

Kilka lat temu wpadł mi w oko "Słownik Biograficzny Tatarów Polskich" wydany przez Muzułmański Związek Religijny w Białymstoku i zrobiłem w radiu krótką rozmowę z redaktorką tego słownika, panią Barbarą Pawlic-Miśkiewicz. Po jakimś czasie do niego wróciłem i zacząłem czytać uważniej. Podczas lektury poczułem, że kilka biogramów aż się prosi, żeby rozwinąć je w coś większego. Zabrałem się do pracy.  

Po lewej daławary, kitaby, chamaiły, hramotki - pisane talizmany, przedmioty nierozerwalnie związane z religią i kulturą Tatarów. Po prawej rękopisy i setki fiszek, które zostały po Stanisławie Kryczyńskim - pochodził ze schrystianizowanej tatarskiej rodziny, w pewnym momencie zdecydował, że wolne chwile poświęci na dokumentowanie dawnego świata Tatarów (fot. Bartosz Panek)

Twoja książka jest właściwie wyborem biografii, za pomocą których kreślisz historię Tatarów polskich.

Poniekąd tak, aczkolwiek najważniejszych informacji, które są w mojej książce, w słowniku nie znajdziesz. Żmudne sprawdzanie i weryfikowanie wielu faktów było najbardziej frapujące w tej robocie. Tak powstały choćby dwa poważne rozdziały o tym, że ktoś, w gruncie rzeczy, nadpisał sobie swój życiorys.

Jak pani Dżennet Skibniewska, odważna żołnierka.

Czytasz w jej biogramach, że przeszła podczas wojny z malutkim synkiem w plecaku Karpaty, potem Węgry, przez obozy dla polskich uchodźców dotarła do Budapesztu i że dzięki znajomości języków i orientalnej urodzie udawała Irankę, więc poleciała samolotem do Iranu i trafiła do Armii Andersa, z którą przeszła z kolei cały szlak bojowy, a synek został gdzieś po drodze w sierocińcu u sióstr zakonnych i myślisz sobie - co za historia!

I ja, naczytany tym wszystkim, jadę potem do jej syna, Aleksandra Skibniewskiego, pijemy kawę, jego żona, pani Wanda, podaje ciasto, a pan Aleksander wyciąga pocztówki i mówi: "Niech pan zobaczy, matka całą wojnę w Warszawie spędziła. Proszę nie wierzyć w te bajki!".

I co ty na to?

Robię oczywiście duże oczy i już wiem, że nie mogę tego wypuścić z rąk. Wiem, że to kolejna "kanoniczna" biografia, do której można wiele dodać, dzięki czemu będzie pełna. I nic to jej bohaterce nie ujmuje, nie odbiera odwagi. Kiedy się pozna biografię pani Dżennet Skibniewskiej, pozna jej problemy i rozterki, szybko można zrozumieć, dlaczego chciała napisać swój życiorys i dlaczego wyglądał on tak, a nie inaczej.

Podobnie jak życiorys muftiego Jakuba Szynkiewicza, który poszedł podczas wojny na współpracę z Niemcami po to, by ratować Tatarów, ale także Żydów i Karaimów, choć żaden rzekomo uratowany nigdy się nie odnalazł?

Myślę, że żyjemy już w czasach, w których nie musimy się bronić półprawdami, nie potrzebujemy koloryzować, możemy powiedzieć, jak było. Zresztą o muftim Tatarzy rozmawiają i nie jest tak, że wszyscy go bezkrytycznie uważają za wielkiego bohatera, który kolaborował tylko po to, by pomagać. Wydaje się, że to jest znacznie bardziej skomplikowana postać. Od niego, niestety, niczego nie można było się dowiedzieć, bo po wojnie wyemigrował za ocean i zamilkł, a żył jeszcze ponad dwadzieścia lat.

Dr Jakub Szynkiewicz, zwierzchnik społeczności muzułmańskiej na ziemiach polskich, w swoim gabinecie. Rok 1943 (fot. Natrodowe Archiwum Cyfrowe)

A wracając jeszcze do Dżennet Skibniewskiej, wszyscy chyba wiedzieli, że jej historia jest naciągana, a ci, którzy nie wiedzieli, chcieli bardzo w nią wierzyć. Skoro tak, nie można się Tatarom dziwić, że tę wersję, by nie powiedzieć: ściemę serwowali. Ale to mówi więcej o nas niż o Tatarach.

O nas, spragnionych orientalnych opowieści?

Oczywiście, bo Orient jest dla wielu bardzo atrakcyjny. Uważa się, że historie o Tatarach są tak niezwykłe, że nie trzeba ich nawet weryfikować. Tak jak tego, że - jak powszechnie wiadomo - każdy Tatar rodzi się z umiejętnością woltyżerki i umie strzelać z łuku.

A jak jeszcze Tatar ma na imię Aladyn?

To go pytamy, gdzie ma czarodziejską lampę.

To tylko nasza wina?

Nie tylko, trzeba uczciwie powiedzieć, że sami Tatarzy utknęli częściowo w stereotypie, który pozwala na przykład zarobić na tak rozumianej "etniczności".

Nie bez winy są też dziennikarze.

To prawda, szczególnie ci kochający bajki o Tatarach. Jeśli poprzeglądasz wycinki prasowe, które opowiadają o tatarszczyźnie, znajdziesz wiele tytułów typu "Słońce Orientu nad Sokółką".

Tatarzy lubią podkreślać - bardzo zresztą słusznie - że są najlepiej zasymilowaną mniejszością w Polsce. To była ich strategia od zawsze. Zawsze też wiedzieli, że nie są liczną mniejszością, więc ich siła jest ograniczona. Trzeba się w takiej sytuacji nauczyć bardziej układać niż stawiać.

Bartosz Panek i jego książka (fot. archiwum prywatne / materiały prasowe)

Opowieści o polskich Tatarach krążą zwykle wokół podlaskich Kruszynian i Bohonik. Ty tam na szczęście nie utknąłeś.

Początkowo w ogóle nie chciałem pisać zbyt wiele o Kruszynianach i Bohonikach, ale po prostu nie da się napisać o współczesnych Tatarach bez tych dwóch miejscowości. Starałem się więc nie pisać tak, jak pisali inni. Nie chciałem też iść szlakiem z turystycznego folderu.

Ani szlakiem tatarskich wojaków.

Nie, dlatego że świat nie zatrzymał się w miejscu. Czasy się zmieniały i Tatarzy się zmieniali. Zostawali ziemianami, adwokatami, sędziami albo naukowcami. Zaczęły tracić na znaczeniu ich tradycyjne zawody, jak garbarstwo czy wozactwo. Nie wspominając już nawet o zmianie granic Rzeczpospolitej, co Tatarzy bardzo odczuli. Większość z nich zamieszkiwała przecież Kresy, które Polska straciła. Przeniesiono ich z naturalnego środowiska na tak zwane Ziemie Odzyskane.

Wyrwano z korzeniami.

Doprowadziło to w dużej mierze do rozpadu społeczności tatarskiej, która na nowej ziemi, na przykład w Gorzowie Wielkopolskim, się nie przyjęła. Ci, którym najbardziej zależało na kwestiach tożsamościowych, przenieśli się wkrótce na Podlasie. Wówczas, w latach 50. ubiegłego wieku, nowym centrum życia tatarskiego został Białystok. Wcześniej były to Bohoniki i Kruszyniany. Jeśli spojrzeć dzisiaj na mapę meczetów tatarskich sprzed wojny, najwięcej z nich zostało na Litwie i Białorusi.

Miał być też wielki meczet w Warszawie.

W planach wyglądał naprawdę imponująco. Na konkurs architektoniczny napłynęły świetne projekty świetnych architektów, ale wybuchła wojna.

Budowę tego meczetu gorąco wspierały władze państwowe. Dzisiaj rzecz trudna do wyobrażenia.

Budowa meczetu dla polskich Tatarów była bardzo ważna politycznie. Byli oni bowiem zawsze najwierniejszymi obywatelami Rzeczpospolitej, szczególnie na wrażliwych narodowościowo i etnicznie Kresach. Na Tatarach zawsze można było polegać, zaczynając od bitwy pod Grunwaldem, gdzie walczyli u boku Polaków i Litwinów przeciw Krzyżakom. Zresztą w takim celu wielki książę Witold ich sprowadził.

Żadnej mniejszości nie udało się nigdy zdobyć takiej pozycji w polskich sercach.

Zgoda, to jest fenomen. Ale nie ograniczajmy ich tylko do kategorii dzielnych wojaków, czy tych, którzy czuwali przy trumnie Józefa Piłsudskiego. Polscy Tatarzy to o wiele bogatsza historia.

Dzisiaj słyszą od "prawdziwych Polaków": "Precz z islamem!".

Nie chciałem się tym tematem szczególnie zajmować, bo za dużo w nim publicystyki, ale ciekawi mnie, czy ci Polacy wiedzą, że krzyczą o swoich sąsiadach - muzułmańskich przecież Tatarach. Choć mam wrażenie, że polscy nacjonaliści dokonali chyba podziału na "naszych" (dobrych) Tatarów i nie naszych (złych) muzułmanów. Co wcale nie sprawia, że "nasi" Tatarzy czują się bezpieczniej w swoim kraju, doświadczając rozmaitych obelg i ataków na siebie i swoje instytucje. Tatarzy mówią wprost, że po 11 września dostali rykoszetem i dostają nadal.

"Nas z nimi nic nie łączy: ani język, ani kultura. Tylko religia" - mówią sami Tatarzy o muzułmanach z Bliskiego Wschodu.

Zdarza się, że od tych z Bliskiego Wschodu Tatarzy słyszą z kolei, że ich islam jest jakiś taki koślawy, naciągany, że piją alkohol i jedzą schabowe, że nie mają porządnych meczetów, że za bardzo się spolonizowali. To też musi być bolesne.

Mizar - muzułmański cmentarz tatarski (fot. Bartosz Panek)

"Dopóki żyła babcia, nie jedliśmy mięsa wieprzowego" - mówi jedna z twoich rozmówczyń. Młode pokolenie nie daje rady?

Trudno jest utrzymać tożsamość tatarską we wspólnocie, w której - według spisu ludności - jest 2000 osób. Z drugiej strony wiele osób, szczególnie średniego pokolenia, próbuje aktywnie tatarską kulturę i obyczajowość zachować. Walka trwa, ale nie jest prosta, co pokazuje historia Tatarów we wspomnianym Gorzowie. Spora ich grupa trafiła tam z Nowogródka w czasie powojennych przesiedleń. Dzisiaj Tatarów w Gorzowie można policzyć na palcach jednej ręki. Kiedy chciałem porozmawiać z dziećmi jednej ze znanych tamtejszych Tatarek, usłyszałem: "Nie, dziękujemy, my jesteśmy Polakami".

Przecież jedno nie wyklucza drugiego.

No właśnie! Dlatego zrobiło mi się smutno.

Ale też rozumiem tę chęć asymilacji, kiedy obrywasz za inność. Rozumiem, dlaczego Ali zostaje Aleksandrem, choć urok tatarskich/muzułmańskich imion i polskich nazwisk jest doprawdy wielki. Sulejman Aleksandrowicz, Mustafa Gębicki czy Mierjema Szczęsnowiczówna to czysta poezja. Czy one są już przeszłością?

Nie, nadal istnieją w rodzinach mocno przywiązanych do tradycji. Są Tatarzy, którzy nadają tradycyjne imiona swoim dzieciom i sami też do nich wracają. "Może pan pisać, że jestem Elżbieta, może pan pisać, że Ajsza, przecież to jest to samo" - usłyszałem.

Tatarzy otworzyli przed tobą drzwi szeroko?

Tak, nie mogę narzekać, nie miałem większych problemów. Rozmawialiśmy bardzo otwarcie, poza incydentalnymi przypadkami, kiedy w grę wchodziły sprawy osobiste, ale to normalne. Najtrudniej było z organizacjami, które są ze sobą skłócone.

I to jest prawdziwa Polska!

Rzeczywiście, Polska w pigułce, poczułem się u siebie. A mówiąc poważnie, konflikty są prozą życia. Czy gdzieś jest inaczej? 

Wszędzie to samo, tylko powody nieco inne.

Konflikt wśród polskich Tatarów dotyczy muftiego Tomasza Miśkiewicza, którego władza jest kwestionowana przez część członków Muzułmańskiego Związku Religijnego. Władza, zgodnie w Ustawą o stosunku państwa do Muzułmańskiego Związku Religijnego RP, dożywotnia.

Ustawa jest z 1936 roku.

I jest w niej zapisane, że siedzibą muftiego Polski jest Wilno.

To naprawdę mówi dużo o stosunku polskiego państwa do Tatarów.

Tak, mówi dużo o tym, jak polskie państwo ich traktuje. I nie mówi wiele dobrego.

Finansowe wsparcie nie płynie z Warszawy, ale z Ankary i Rijadu.

Tatarzy dostają od polskich władz dofinansowanie na wydawnictwa, ale nie na infrastrukturę, na przykład na centrum kulturalno-edukacyjne. Mam wrażenie, że nasze państwo ich porzuciło. Lubi Tatarów używać, kiedy się chce pochwalić swoją otwartością i różnorodnością, ale kiedy potrzebne jest konkretne finansowe wsparcie - Tatarzy muszą prosić o pomoc szejków.

I nie myślą o stworzeniu Tatarlandu w Kruszynianach?

Na szczęście tworzenie tatarskiego Disneylandu nie przyszło nikomu do głowy, pewnie także ze względu na to, że jest to obszar chronionego krajobrazu. Wiem, że służby konserwatorskie chcą tę ochronę jeszcze bardziej zwiększyć. Ale Kruszyniany z drewnianym meczetem nie potrzebują żadnych dodatkowych atrakcji, są bajeczne same w sobie. To jedna z najpiękniejszych polskich wsi z odbudowaną po pożarze tatarską jurtą, prowadzoną przez Dżenettę i Mirosława Bogdanowiczów, serwujących pyszne jedzenie. Disneyland nie jest w Kruszynianach potrzebny, wystarczy tatarska gościnność.

Bartosz Panek. Ur. 1983. Dziennikarz radiowy, reporter, z wykształcenia politolog. Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, studiował również na uniwersytecie w Trieście. Połowę dotychczasowego życia spędził przed mikrofonem, najdłużej w Programie Drugim Polskiego Radia. Autor setek audycji oraz kilkudziesięciu reportaży i dokumentów, z których wiele prezentowano także we Włoszech, Francji, Chorwacji i Wielkiej Brytanii. Laureat Prix Italia, jednego z najważniejszych wyróżnień dla twórców radiowych na świecie. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. "U nas każdy jest prorokiem. O Tatarach w Polsce" (Wydawnictwo Czarne) to jego debiut książkowy.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem weekendowego magazynu Gazeta.pl.