Rozmowa
Mariola Kozłowska-Nowak (fot. Magia Migawki Beata Kowalska)
Mariola Kozłowska-Nowak (fot. Magia Migawki Beata Kowalska)

"To ona wygrała" - takie komentarze pojawiły się po debacie prezydenckiej w TVP, którą tłumaczyła pani na język migowy.

Absolutnie nie czuję się jak gwiazda debaty prezydenckiej. Ktoś komentuje, że tłumacząc debatę, miałam taką czy inną mimikę. I fajnie. Moją rolą jednak nie było błyszczeć, ale tłumaczyć. Jeśli przy okazji udało mi się zwrócić uwagę na problem wykluczenia osób głuchych, to bardzo się cieszę.

Podobnych komentarzy spłynęło do mnie bardzo dużo, ale ja nie potrafię się chwalić, więc nie będę się nad tym dłużej pochylać. Przyznam jednak, że jestem tą sytuacją nieco zaskoczona.

Dlaczego?

Bo pracuję w telewizji od wielu lat i nie była to pierwsza debata, którą tłumaczyłam, a miała największy oddźwięk. Dlatego pomyślałam, żebyśmy jako Stowarzyszenie Tłumaczy Polskiego Języka Migowego, w którego zarządzie jestem, przekuli to zainteresowanie w działanie. 

W jaki sposób?

Jesteśmy po to, by wspierać tłumaczy polskiego języka migowego, a przez to docelowo osoby głuche. Działamy od ponad 10 lat i widzimy, że problem wciąż małej dostępności głuchych do informacji staje się coraz bardziej zauważalny. Zmieniają się przepisy, Unia Europejska kładzie nacisk na to, by projekty finansowane z jej budżetu były tłumaczone na język migowy.

Niedawno, stojąc samochodem na czerwonym świetle, przypadkiem usłyszałam, co pani w sąsiednim aucie mówi do telefonu, w ten sposób również zdobywamy wiedzę. Osoby głuche są tego pozbawione. Ale mogą, a wręcz powinny mieć dostęp do wszystkich programów czy filmów w telewizji. Ten dostęp jest możliwy albo dzięki napisom, albo dzięki tłumaczeniu migowemu.

TVP

Co jest lepsze?

To zależy dla kogo. Dla jednej części głuchych napisy, dla innej - tłumaczenia. Ci, którzy nie słyszą od urodzenia, w ogóle nie znają języka polskiego i dla nich niezbędna jest dostępność poprzez tłumacza języka migowego. Tym, którzy w pewnym wieku utracili słuch, wystarczą napisy. Ale dostępność trzeba umożliwić wszystkim. Zwłaszcza w tak ważnym wydarzeniu jak wybory prezydenckie. Bo jak my, głusi, mamy podjąć decyzję? Na podstawie tego, jak kto się ubrał czy jaką zrobił minę? Nie, na podstawie tego, co powiedział.

Pamiętam, jak mój tata po pracy szybko biegł do domu, bo po południu była w telewizji jedyna Panorama z tłumaczem migowym. Tłumacz był mały, w dole ekranu, ale najważniejsze, że był. Od tego czasu sporo się zmieniło na lepsze, programy informacyjne czy filmy w telewizji mają tłumaczenia migowe, ale wciąż jest sporo do zrobienia. Ważne jest, by tłumacz zajmował jedną ósmą ekranu, by był dobrze widoczny.

Powiedziała pani: "my, głusi".

Mam ogromne poczucie misji szerzenia dostępności dla osób głuchych. Utożsamiam się z tym środowiskiem, bo jestem koda, czyli słyszącym dzieckiem głuchych rodziców. To mój świat. Migam i tłumaczę, odkąd pamiętam. Zaczęłam wcześniej migać niż mówić. Język migowy był moim pierwszym językiem, bo porozumiewałam się nim z rodzicami. Dopiero później nauczyłam się słów.

Część mojej rodziny to osoby głuche, więc od zawsze im pomagałam, tłumacząc w różnych sytuacjach, na przykład w urzędach. Przyznam się pani, że jako nastolatka miałam już tego dosyć.

'Ten sposób komunikowania z dziećmi, które jeszcze nie mówią, niesie wiele korzyści. Maluch może przecież już ruszać rączkami i przekazywać nimi bardzo dużo', fot. shutterstock.com

Męczyło to panią?

Jako nastolatka chciałam robić inne rzeczy. To ważna kwestia, o której się nie mówi. Dopiero w 2011 roku wprowadzono ustawę, która zakłada, że osoby do 16. roku życia nie będą tłumaczyły. Wcześniej zdarzało się to notorycznie. W urzędzie czy przychodni nie było tłumacza, to brano jakiegoś "słyszaka". Najczęściej, tak jak ja, było to dziecko głuchych rodziców.

Byłam więc świadkiem sytuacji, przed którymi, jako matka, chcę teraz ustrzec swoje dzieci. Ja szybko dojrzałam. A wszystko, co słyszałam, czego się wtedy dowiedziałam, co musiałam tłumaczyć jako dziecko ukształtowało mnie jako dorosłą osobę. Było to bardzo obciążające. Nie każdy kodak jest sobie potem w stanie z tym poradzić. Zwłaszcza taki o kruchej konstrukcji psychicznej. Bo czasem dziecko-tłumacz bywało obarczane odpowiedzialnością za porażkę w jakiejś sprawie.

Pani też bywała w takich sytuacjach?

Nie, ale przypomniała mi się sytuacja ze szkoły podstawowej. Rozmawiałam z koleżanką i ona nagle zapytała mnie, czy czytałam książkę, którą czytali wszyscy moi rówieśnicy. Nie czytałam i było mi tak wstyd, że tej książki nie znam. Bo ja akurat załatwiałam wtedy w imieniu rodziców jakąś sprawę w urzędzie. I miałam w głowie tylko to, że jak wrócę ze szkoły, muszę napisać kolejne pismo, bo mija termin. A przecież ja powinnam była myśleć o lekcjach, a nie o urzędowych pismach. Każdy kodak zanim zaczął być dzieckiem, już przestał nim być. Żaden rodzic nie robił ani nie robi tego celowo, to brak dostępności sprawia, że są do tego zmuszani.

Czy dzięki ustawie słyszącym dzieciom głuchych rodziców jest lżej?

Teoretycznie tak, ale w praktyce nie wszędzie i nie zawsze. W niektórych urzędach wciąż przymyka się oko na to, że tłumaczy dziecko. Bo urzędnikowi nie chce się załatwić profesjonalnego tłumacza, bo jest mało czasu. Sama bywam w urzędach, więc czasem widzę. 

fot. Magia Migawki Beata Kowalska

Wracając do pani pracy. Jakimi zasadami się pani kieruje?

Tłumacz języka migowego musi być neutralny. Nie może stawać po żadnej ze stron dialogu, nie jest cenzorem. Powinien na najwyższym poziomie wierności przekazać treści, które padają. Bez zabarwienia, bez pomijania jakichś słów. Jeśli czuje, że coś wewnątrz mu nie pasuje, że tłumaczenie może go przerosnąć emocjonalnie, albo że się na coś nie zgadza, może odmówić. To etyka, którą ja się kieruję.

Często zdarzyło się pani odmówić?

Co najmniej kilka razy. Ze względu na tematykę, której nie czułam.

Tłumacz zawsze powinien wiedzieć wcześniej, co będzie tłumaczył. Musi się przecież do tego przygotować. Jeśli wiedziałam, że nie dam rady poświęcić odpowiednio dużo czasu na zagadnienie, które miałabym tłumaczyć, to się nie podejmowałam wyzwania. Zdarzyło mi się też odmawiać w sytuacji, w którą nie chciałam się angażować emocjonalnie. Na przykład w sprawie, w której pojawiały się dzieci.

Rozumiem, że debata polityczna nie jest dla pani taką sytuacją?

Akurat tu staram się nie wchodzić z emocjami. Przyjmuję treść i zastanawiam się, jak ją ułożyć, jakie zastosować techniki, by przekazać ją nie tylko jak najwierniej, ale i jak najszybciej. W przypadku debaty prezydenckiej czas był przecież szalenie istotny, każdy z kandydatów miał minutę na odpowiedź. Nie było czasu na zastanawianie się. To szalenie stresujące. Do tego dochodziła świadomość, że na podstawie debaty i mojego tłumaczenia część wyborców podejmie ważną decyzję.

Ma pani doświadczenie w tłumaczeniach tego rodzaju?

Zaczynałam od tłumaczenia online posiedzeń sejmowych. Początkowo się bałam, nie chciałam się tego podjąć, bo nie czułam się komfortowo w tematyce uchwał i przepisów. Jednak zrobiłam sobie lekcje z wiedzy o społeczeństwie i weszłam w politykę. Dziś, nawet jak mam dzień wolny, staram się być z tą tematyką na bieżąco. 

Niesłyszący rapują w języku migowym razem z zespołem Honabibe w ramach projektu ''Migam Rap'' (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Trudno jest tłumaczyć słowa polityków?

Najtrudniej, gdy wszyscy mówią w tym samym czasie. Makabra. A jeśli jeszcze do tego krzyczą czy się kłócą, to już w ogóle. Nie wiadomo wtedy, co tłumaczyć. Ja te emocje przecież przejmuję, oddaję je w mimice. To dla tłumacza obciążające. Emocje muszą potem ze mnie zejść.  

Dba pani o swój własny styl? Niektórzy po debacie komentowali, że pani rapowała.

Mówiący ma jakiś tembr głosu, sposób mówienia, tempo. Osoba głucha tego nie słyszy, więc ja muszę jej to przekazać swoją mimiką. Jeśli więc na przykład któryś z kandydatów mówił pobudzonym głosem, jeśli krzyczał, starałam się to oddać. Jeśli mówił spokojnie, moja mimika była spokojna. To nie ma nic wspólnego z rapowaniem.

To trochę jak aktorstwo.

Coś w tym jest. Może dlatego poczułam się komfortowo w roli tłumaczki języka migowego w serialu "Leśniczówka", ale kiedy tłumaczę, też wchodzę w konkretną rolę. Zawsze, poza informacją, staram się oddać osobowość mówiącego. Otoczkę jego słów. Poza tym muszę odpowiednią techniką sygnalizować także, czyje słowa akurat tłumaczę, tutaj stosuję technikę "role shifting", czyli właściwym ustawieniem sylwetki ciała w przestrzeni wskazuję mówcę. Moja praca to nie tylko znajomość znaków.

Co tłumaczy się pani najprzyjemniej?

Najbardziej lubię tłumaczenia dziecięce. W programie "Figu Migu", dla niesłyszących dzieci, jestem zarówno tłumaczką, jak i prowadzącą. W ogóle nie czuję spięcia czy presji, raczej pozytywną ekscytację.

Przyjemność sprawia mi też tłumaczenie programów o wystroju wnętrz czy budownictwie, bo się tym pasjonuję.

Mariola Kozłowska-Nowak (fot. Magia Migawki Beata Kowalska/arch. prywatne)

Pani dzieci też migają?

Mojemu najstarszemu synowi wprowadziłam język migowy, jeszcze zanim zaczął mówić. Przy drugim i trzecim synu nie miałam już na to czasu, bo potrzebowałam rąk, żeby się nimi jednocześnie zajmować. 

Trochę  żałuję, bo ten sposób komunikowania z dziećmi, które jeszcze nie mówią, niesie wiele korzyści. Maluch może przecież już ruszać rączkami i przekazywać nimi bardzo dużo. Mój niespełna roczny synek pokazywał mi, którą chce zabawkę, czy woli chleb z masłem, czy bez. Nie pamiętam, żeby zapłakał. Nie musiałam się domyślać, czego w danej chwili potrzebuje. Wszystko komunikował mi rączkami.

Mariola Kozłowska-Nowak. Absolwentka pedagogiki specjalnej, logopedii oraz polonistyki ze specjalizacją translatoryka polskiego języka migowego. Założycielka firmy tłumaczeniowej PROFESJONALNY TŁUMACZ S.C. Jako profesjonalna tłumaczka polskiego języka migowego pracuje od 15 lat. Zaczynała jako tłumaczka języka migowego w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi i Łódzkich Wiadomościach Dnia. Obecnie współpracuje z Canal+ i Telewizją Polską. Jest jedną z założycielek Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego i jego członkinią.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.