Rozmowa
Maria Banaszak (fot. Agnieszka Kubilus) (Maria Banaszak (fot. Agnieszka Kubilus))
Maria Banaszak (fot. Agnieszka Kubilus) (Maria Banaszak (fot. Agnieszka Kubilus))
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Mówiłaś do Kotańskiego wujku czy Marek?

Marek. Dziś są superwizje, a po pracy zespół terapeutyczny wraca do swojego życia. Wtedy to wyglądało zupełnie inaczej: nie było maila, komórek, a terapeuci spotykali się bardzo często. Kotański był częścią naszego domu.

Twoja mama - Elżbieta Zielińska, dziś szefowa Monaru - razem z Kotańskim stworzyła nie tylko pierwszy ośrodek w Polsce, w Głoskowie, ale też system pracy terapeutycznej.

W latach 70. Kotański pracował w Garwolinie na oddziale detoksykacyjnym dla młodzieży uzależnionej od narkotyków. Wtedy ludzie się kładli w szpitalnym łóżku, brali psychotropy i czekali, aż zostaną wyleczeni. Nie działało, te same osoby stale wracały na oddział.

Kotański był inicjatorem wyprowadzenia leczenia uzależnień ze szpitali. Zainspirował się niemieckim Synanonem, to wspólnota, która działała na zasadzie komuny. Ludzie funkcjonowali w niej już przez całe życie. U nas terapia zawsze miała początek i koniec, ale idea społeczności terapeutycznej jest taka sama. 

W którym roku powstał ośrodek w Głoskowie?

W 1978.

A ty się urodziłaś?

W 1984. 

Domyślam się, że się w Głoskowie praktycznie wychowałaś?

Siłą rzeczy! (śmiech). Wtedy, podobnie jak teraz, dyżur terapeuty trwał czasem 36, czasem 48 godzin i nieraz mama zabierała mnie ze sobą. To była wielka atrakcja! W Warszawie mieszkaliśmy na 13. piętrze w bloku, a tutaj wieś, pola, łąki, zwierzęta.

Brzmi sielsko-anielsko, ale na pewno nie zawsze tak było. Doskonale pamiętam, jaka w tamtym czasie była atmosfera strachu, niechęci, a czasem wręcz nienawiści do "tych strasznych narkomanów".

Kojarzyli się z każdym złem: złodziejstwem, rozpustą, chorobami. Ludzie się bali, że jak komar ukąsi kogoś w ośrodku, to potem będzie przenosił AIDS na całą wieś. W latach 90. zamykaliśmy bramę na noc, a na teren ośrodka kilka razy wpadły płonące kukły. Dziś z mieszkańcami okolicy żyjemy w przyjaźni, ale wtedy po obu stronach był strach. Tylko ja się zawsze czułam bezpieczna: schowana za spódnicą mamy i całą grupą przyjaznych mi ludzi. 

Marek Kotański przed jednym z założonych przez siebie ośrodków Monar (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Jacy oni byli w oczach dziecka?

Ciekawi. Pamiętaj, że mówimy o czasach, kiedy mieszkańcami Monarów byli w większości hipisi, bohema artystyczna. Ludzie kolorowi, niezwykle uduchowieni. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo oni cierpieli wewnętrznie, jak trudne były historie ich życia.

Byłam w Głoskowie, przez kilka dni przyglądałam się życiu społeczności. Jedni muszą pisać referaty o emocjach, inni pracują w szklarni przy pomidorach, a nad nimi wszystkimi stoi "kierownik pracy".

Trzeba przejść przez wszystkie etapy. Na początku bierzesz odpowiedzialność tylko za siebie: musisz się umyć, pościelić łóżko. Później pomagasz innym, np. w kuchni, potem sama organizujesz pracę w tej kuchni. I przychodzi taki moment, kiedy to ty przydzielasz innym zadania. Narkomania to jest kombinowanie, droga na skróty. A tutaj można się nauczyć, że wysiłek ma sens, a za nim idzie satysfakcja. Założeniem społeczności terapeutycznej była i jest hierarchiczność oraz to, że podopieczni mają możliwość przejścia mentalnej i moralnej przemiany.

Kiedy mówisz "narkomania", to od razu pojawia się klisza osoby totalnie zdegenerowanej, która wbija sobie brudną igłę w ciało.

Heroina z Zachodu przyszła po '89. Wcześniej był kompot, wstrzykiwany dożylnie. I stereotyp bezdomnego na dworcu, z tą strzykawką, chorego na AIDS, totalnie odciętego. Po heroinie może muzyk, malarz był w stanie jakoś funkcjonować, ale lekarz czy urzędnik na pewno nie. Teraz - w dobie leków, stymulantów - uzależnienie jest bardzo demokratyczne.

Spotkałam w Głoskowie niedoszłego więźnia, ale też młodą matkę, której mąż był zamożny, i chirurga z miasta wojewódzkiego. Ten ostatni na pierwszy rzut oka nadawałby się do tekstu o ludziach sukcesu.

Pierwszy chłopak, o którym mówisz, z powodzeniem skończył terapię. Matka jest dalej w Głoskowie. Chirurg złamał abstynencję na przepustce. U niego bardzo silnie działały mechanizmy nałogowe. Przede wszystkim racjonalizacja. Trwał w przekonaniu, że może, i stracił rodzinę - bo żona od niego odeszła i zabrała dziecko - ale pracodawca tylko dał mu ultimatum i przysłał do nas, przecież go nie zwolnił! Wciąż miał etat, więc uważał, że tak naprawdę problem nie istnieje. To było przerażające.

Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam go u was. Spodziewałam się, że białe kołnierzyki fundują sobie terapię w prywatnych ośrodkach, które często standardem przypominają SPA.

W przypadku terapii uzależnień zasada "drożej, znaczy lepiej" się często nie sprawdza i część osób się o tym dowiaduje przez pocztę pantoflową. Z tym "SPA" jest trochę podobna historia jak z oddziałem szpitalnym, z którym walczył Kotański. Tam było: "wyleczcie mnie", a tutaj: "zapłaciłem potworne pieniądze i oczekuję, że ktoś za mnie zrobi robotę".

Kotański był inicjatorem wyprowadzenia leczenia uzależnień ze szpitali (fot. Archiwum prywatne)

Już ustaliłyśmy, że tak to nie działa. Mówisz, że uzależnienia są demokratyczne. Kto się u was leczył?

Między innymi ludzie ze świata kultury. Mieliśmy niejednego muzyka, dziennikarzy z telewizji i radia, pisarzy. Była u nas aktorka, którą teraz cały czas można podziwiać na ekranie. Cały przekrój społeczny. 

Początkowo terapia w Monarze trwała dwa lata. Teraz rok. Skróciliście ten czas, żeby nie wyciągać ludzi z realnego świata - rodziny, pracy - na długo?

Tak. Przebywanie w placówce zbyt długi czas powoduje, że człowiek bardzo zostaje w tyle - zdecydowaliśmy się na roczną terapię. Ale pamiętaj też, że my mamy teraz o wiele większą wiedzę niż w 1978 roku! Dysponujemy profesjonalnymi narzędziami i mamy specjalistów w różnych dziedzinach: seksuologii, pracy z traumą, zapobiegania nawrotom. Narkomania to sposób załatwiania sytuacji problemowych na skróty, brak uczciwości wobec siebie, i to zawsze było jasne. Ale mechanizmy, które temu uzależnieniu towarzyszą, dziś są zdecydowanie lepiej rozpoznane, dlatego potrafimy tych ludzi skuteczniej prowadzić.

Kiedy byłam dzieckiem - a to były lata 80. - bardzo się dużo o narkomanii mówiło, a raczej - straszyło. Pamiętam, jak w podstawówce wyświetlali nam edukacyjne filmiki, których przekaz był jasny: spróbujesz raz i od razu się uzależniasz.

Nie uważam, że potencjał uzależniający tkwi w samej substancji. Alkohol, narkotyki czy leki same w sobie są dość nudne. Stan upojenia nie jest aż tak ciekawy. Ale jeśli trafia na potrzebę emocjonalną i pozwala zapomnieć o cierpieniu, wstydzie czy lęku, to wtedy się zaczyna robić niebezpiecznie. I kiedy pojawia się uzależnienie, człowieka bardzo silnie trzymają przy nim wspomniane mechanizmy. Wykształca się nałogowa regulacja uczuć: wypieranie faktu uzależnienia i minimalizowanie skutków nałogu. Osoby uzależnione mają potężny problem z przyjmowaniem na siebie odpowiedzialności i odraczaniem gratyfikacji. My je uczymy, że jeśli chcą mieć prawdziwą satysfakcję z życia, to muszą najpierw włożyć wysiłek. A nie jak w narkomańskim życiu: każdy dyskomfort natychmiast likwidujemy substancją, która odcina od emocji.

Kiedy byłam w Głoskowie, nie widziałam ani jednej osoby "na głodzie", która by się trzęsła, tak jak to jest pokazane choćby w "Skazanym na bluesa".

Czasem na początku gorzej się śpi, występują bóle mięśni, nadmierna potliwość, ale taki stan szybko mija. Najgorsze jest to, co się dzieje wewnątrz. Zobacz, tutaj przyjeżdżają ludzie, którzy stracili rodzinę, dzieci, pracę, wpadli w długi. Obiektywnie ponieśli ogromne straty! Ale kiedy przychodzi nawrót - a on bardzo rzadko jest skorelowany z fizycznym głodem substancji - wtedy włączają się mechanizmy, które manipulują emocjami. Bardzo się obniża samopoczucie, człowiek traci sens i znajduje wszystkie wytłumaczenia, żeby się tylko stąd wyrwać. Nagle sobie przypomina, że babcię ma chorą i chce natychmiast do niej jechać. Nieważne, że trzy lata babci nie widział! Wyjeżdża, święcie wierząc w to, że nie jedzie się naćpać, tylko do babci. 

 

Wspomniałaś, że w latach 80. zamykaliście bramę do ośrodka, ale to tylko ze względu na bezpieczeństwo. Dziś ta brama jest otwarta. Nikt nikogo nie trzyma.

Inaczej to nie ma sensu. Jak ta brama nie będzie otwarta, terapia będzie naszą sprawą, a nie ich.

Ty to wszystko doskonale znasz i rozumiesz, bo - jak sama powiedziałaś - dorastałaś w Głoskowie. Decyzja o wyborze zawodu przyszła naturalnie.

Tak. Już na etapie liceum miałam gigantyczną wiedzę o uzależnieniach. Na początku myślałam tylko o pracy naukowej, ale potem w Głoskowie pojawił się wakat, spróbowałam i okazało się, że to działa. Dobrze nam się ze sobą pracuje. Potem były staże, szkolenia. Zrobiłam certyfikowanego specjalistę terapii uzależnień, najwyższy, państwowy certyfikat uprawniający do tej pracy. Przy okazji były studia doktoranckie i jeszcze się dostałam do czteroletniej szkoły poznawczo-behawioralnej. 

Bardzo jesteś ambitna.

Bardzo. Kończąc wątek wykształcenia: trzeba pamiętać, że w to nie tylko trzeba włożyć masę wysiłku intelektualnego, ale że kształcenie jest też bardzo kosztowne. Wymagany do pracy certyfikat jest płatny, a - jak dobrze wiesz - kontrakty z NFZ są, jakie są, więc wynagrodzenie terapeuty nie oszałamia. 

I to jest frustrujące na pewno. A ja podkreślałam twoją ambicję, bo wyobrażam sobie, czym dla osoby ambitnej musi być fakt, że nie zawsze praca kończy się sukcesem.

Ostatnio, po 11 miesiącach w Głoskowie, chłopak mi mówi: "Amfa rzeczywiście już nie, dopalacze nie. Ale dżoincik?". 

Można się załamać.

Można, bo on pracuje już ze mną tyle czasu! W takiej sytuacji używam grupy. Na tym polega siła społeczności, że kiedy on o tych swoich kombinacjach zaczyna opowiadać i ktoś mu prosto w oczy powie: "Stary! Co ty pie**olisz?!", to to na niego działa.

Z boku może się wydawać, że mam prostą robotę. No bo co? Człowiek siedzi i gada. A to jest ciągła - 24-godzinna, 36-godzinna - stuprocentowa koncentracja. Bez niej nie zdziałasz niczego. Osoby uzależnione niby chciałyby zmiany. Ale bez wysiłku! One są pełne ambiwalencji. Spośród tych, którzy przeszli cały proces terapeutyczny, wyjść z nałogu udaje się 50-70 procentom. 

To bardzo dużo!

Ale pamiętaj, ilu ludzi podejmuje próbę i wymięka w trakcie! Wydaje się, że człowiek trzeźwieje w kilka dni. Bzdura. W kilka dni to się odtruwa fizjologicznie, ale centralny układ nerwowy i emocjonalność są zupełnie inną historią. Do pół roku człowiek trzeźwieje. Po to się bierze, żeby nie mieć kontaktu ze sobą, żeby nie myśleć. A po tym czasie nagle zaczyna się łączyć przyczynowo-skutkowo różne sprawy, wydarzenia z życia. Pojawia się poczucie żalu, winy, strach przed przyszłością. Często właśnie na tym etapie od nas wyjeżdżają. Kiedy zaczynają terapię, są tacy zmotywowani, że ręce by sobie dali odciąć, byle tylko wyzdrowieć...

Maria Banaszak jest certyfikowaną specjalistką psychoterapii uzależnień i terapeutką uzależnień w Stowarzyszeniu Monar (fot. Agnieszka Kubilus)

Na pewno są też tacy, których matka, żona czy mąż wysłali na terapię. I oni wcale nie uważają, że mają problem i wcale tej terapii nie chcą!

Oczywiście! I są wściekli, mają poczucie niesprawiedliwości, że ten straszny świat ich zmusił do bycia tutaj. Ale to nie oznacza, że są skazani na porażkę. Takie osoby też wychodzą z uzależnienia, jeśli się do niego po pierwsze przyznają przed samym sobą, a po drugie - podejmą pracę. To jest bardzo duże emocjonalne obciążenie, dla obu stron. Terapeuta nigdy nie wie, czy się uda. Masz wiedzę i intuicję, ale czasem jest tak, że przez rok się gimnastykujesz, stajesz na głowie, a dwa miesiące po tym, jak ten człowiek opuścił ośrodek, dowiadujesz się, że znowu bierze narkotyki. To jest w tym zawodzie bardzo trudne. Co więcej, my rzadko słyszymy: "dziękuję". Może to głupie, ale każdy człowiek lubi się poczuć w ten sposób nagrodzony emocjonalnie, a tu wkładasz nieprawdopodobny wysiłek, również pozaterapeutyczny. Piszesz pismo do sądu, do banku, do gminy o mieszkanie, a potem słyszysz: "A dlaczego ono nie jest na Mokotowie?".

To może rodzić złość.

Każdy terapeuta powinien mieć świadomość, że ta choroba uczy załatwiać rzeczy bez wysiłku, na już. No, ale po ludzku proste to nie jest. Chociaż oczywiście bywają piękne chwile. Ci, którzy są trzeźwi, odwiedzają nas zwykle w każdą rocznicę tej trzeźwości. Niektórzy tak wracają od 30 lat! 

Powiedz mi, czy kobieta, która przyjeżdża na terapię, a czeka na nią dom, mąż i dziecko, czy ona bardziej rokuje niż osoba bezdomna?

Niekoniecznie. Na logikę taka matka powinna mieć silną motywację, ale mechanizmy nawrotowe działają podstępnie i ona wtedy katuje się myślami, jaką była beznadziejną matką i że spieprzyła dziecku życie. To daje straszne nawroty. A miałam np. kobietę bezdomną. Był i alkohol, i amfetamina. Kiedy do nas przyjechała, była pozbawiona praw rodzicielskich, włóczyła się po ośrodkach. Ja jej oddałam swój stanik i kupowaliśmy jej szczoteczkę do zębów!

A teraz wysyła mi zdjęcie z córką. Ma normalne życie. To jest ogromnie wzruszające, kiedy dostaję SMS-a: "Pani Marysiu u mnie wszystko dobrze. Pozdrawiam". No więc czasem jest frustrująco, smutno i człowiek się czuje bezsilny, ale zdarzają się też takie gigantyczne sukcesy. Trzeba zrozumieć, że każdy weźmie z terapii tyle, ile będzie chciał, i że o naszych pomysłach na ich życie musimy często zapomnieć. To nie jest łatwe. Na początku pracy moim głównym problemem była właśnie nadodpowiedzialność. Każdy wyjazd z ośrodka traktowałam jak osobistą tragedię i kiedy ktoś wyjeżdżał na moim dyżurze, miałam wyrzuty sumienia i w kółko analizowałam, co mogłam zrobić lepiej.

Na pewno zdarzyło się też tak, że ktoś wyjechał i krótko potem był złoty strzał.

Nieraz. Przecież my w trakcie terapii wiemy, że część osób ma trzustkę czy wątrobę w takim stanie, że jeśli wrócą do nałogu, to ich życie długo nie potrwa! To jest ogromne obciążenie, ale dzięki superwizji wiem, że ludzie mają święte prawo zerwać terapię i to nie jest moja wina. A bezsilność nie dotyczy tylko tych sytuacji, kiedy ktoś opuszcza Głosków. Czasem czujesz ją w związku z dramatycznymi historiami, jakie ci ludzie ze sobą przynoszą. Jesteś z nimi, współodczuwasz, ale wiesz, że są traumy, na które potrzeba nie rok, a może kilka lat pogłębionej terapii...

Spotkałam u was nastolatkę, którą gwałcił jej własny brat.

To była moja pacjentka. Złamała wszystkie możliwe abstynencje na przepustce. Potem zaszła w ciążę, a nie miała jeszcze 19 lat. Wciąż o nią walczymy. Do Głoskowa nie mogła wrócić, taka jest zasada, ale załatwialiśmy jej niedawno inny ośrodek.

Zasada jest taka: "zaćpasz - nie masz powrotu". W ośrodku jest też zakaz uprawiania seksu.

Wymusiło go życie. Dopóki nie było wymogu abstynencji seksualnej, to ciągle na grupach terapeutycznych zajmowaliśmy się tym, kto z kim. To się odbywało na zasadzie budowania zależności, wdzięczności. Z miłością te relacje nie miały nic wspólnego.

W filmie "Najlepszy" duże wrażenie robi scena, w której Jerzemu Górskiemu golą włosy. Ciągle się dzieją takie rzeczy?

Ta słynna glajfa to faktycznie było najbardziej kontrowersyjne zalecenie i nie stosuje się go już od jakichś 20 lat. Wtedy to golenie włosów - a pamiętaj, że to były czasy hipisowskie, stąd te włosy miały symboliczne znaczenie - było symbolem nowego początku, odcięcia od starego świata i narkomańskich zwyczajów. I to się nigdy nie działo na siłę.

Zaprosiliśmy Jurka ostatnio na 40. rocznicę Monaru i pół tysiąca osób przyszło na spotkanie z nim. Ludzie czerpią siłę z jego historii. 

 

Wracając jeszcze na chwilę do seksu: czy zdarzają się wam takie osoby, które nigdy, w całym swoim życiu, nie uprawiały go na trzeźwo?

Oczywiście! Chemseks, czyli uprawianie seksu pod wpływem substancji psychoaktywnych, jest na porządku dziennym. Po opiatach szło się po prostu spać, ale stymulanty to jest inna historia. Fantastycznie te substancje załatwiają tę część życia: znika lęk, wstyd, nieumiejętność relaksu czy czerpania przyjemności. Satysfakcja zawsze gwarantowana, bez relacji ze sobą i innym człowiekiem.

Ale są granice tego, co my podczas rocznej terapii potrafimy zrobić. W bogów się nie bawimy. Na koniec terapii często namawiamy ludzi, żeby się udali na terapię pogłębioną, np. do seksuologa właśnie.

W boginię się nie bawisz, ale - jak ustaliłyśmy - spalasz się emocjonalnie w tej pracy ostro.

Ostro, ale mam bufor w postaci uczelni, i to bardzo pomaga. W Głoskowie daję z siebie 200 procent i kiedy wracam do domu, jestem flakiem, ale mam reset w drugiej pracy. Gdyby nie to, mogłabym mieć problemy z higieną psychiczną. W pewnym momencie najzwyczajniej w świecie zaczyna ci się kończyć energia, okazujesz zniecierpliwienie, a jak pacjentom okazujesz zniecierpliwienie, to ta zła energia zawsze do ciebie wróci. Myślę, że bez tego mojego buforu mogłabym wymięknąć...

Rzucić Monar? Naprawdę?

Jak dopytujesz, to już nie potrafię tego powtórzyć (śmiech). Może inaczej: myślę, że byłabym gorszą terapeutką. Frustracje mogłyby przerosnąć satysfakcje. Strasznie szkoda by było, bo ja tutaj naprawdę wierzę w to, co robię. I to jest moja broń przed frustracją. Nawet jak ona przychodzi - a przychodzi - jest myśl, że robię to po coś. To ma sens. To jest dobre. Wierzę, że robimy najlepszą robotę, jaką potrafimy. Amen.

Bardzo dziękuję. To na do widzenia powiedz: dwie godziny wywiadu, odczuwasz lekkie zmęczenie, a jest sobota po południu. Dla rozluźnienia wypijesz drinka? Nie pytam o dżointy, bo to nielegalne, ale wiesz, co mnie zastanawia: czy pracując w ten sposób, ty sama używasz używek?

Tak, zdarza mi się pijać alkohol. Robię to okazjonalnie i towarzysko. Trawki próbowałam, jak większość młodych osób. Ale wiesz, mnie utrata kontroli nigdy nie interesowała. Uzależnienie miałam jedno: papierosy. Ale przyszedł taki moment, tutaj w Głoskowie, kiedy powiedziałam sobie, że to jest strasznie żenujące! Jak ja mam komuś mówić o kontroli i pokonywaniu słabości, skoro sama jestem uzależniona od nikotyny? Poszło mi na ambicję i rzuciłam z dnia na dzień. Nie palę od ośmiu lat. 

Maria Banaszak. Certyfikowana specjalistka psychoterapii uzależnień, terapeutka uzależnień w Stowarzyszeniu Monar.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.