Rozmowa
Marcin Miksza (fot. arch. prywatne)
Marcin Miksza (fot. arch. prywatne)

Zanim zostałeś naczelnikiem w Centralnym Biurze Śledczym, byłeś policjantem w powiatowej komendzie.

Służyłem w Mrągowie. Stamtąd trafiłem na krótki czas do Oddziałów Prewencji Policji w Olsztynie, a później do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w tym samym mieście. Wtedy, podczas pikniku country w Mrągowie, w sobotę wieczorem, zamordowano studenta.

I pewnie ty szukałeś sprawców?

Z niedzieli na poniedziałek doszło w mieście do innego rozboju. Jeszcze tej samej nocy zatrzymaliśmy z chłopakami pięciu łysych. Jeden z nich powiedział mi, że jego kolega w sobotę zabił chłopaka. Opisał szczegółowo całą sytuację i zdradził, gdzie znajduje się narzędzie zbrodni. Nie czekałem długo, poszedłem do naczelnika z informacją, że zatrzymany wskazał zabójcę.

Naczelnik pogratulował?

Ustalony jako sprawca zabójstwa był łysy, a na zdjęciach z monitoringu widać, że napastnik miał długie włosy. Okazało się, że to  peruka - były wtedy na festiwalu dość popularne. Znaleźliśmy też nożyczki, które sprawca wyrzucił. Skończyło się w sądzie, wyrokami dla całej grupy za pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

Po jakimś czasie koledzy z KWP, z którymi pracowałem przy tym zabójstwie, zaprosili mnie na rozmowę i zaproponowali pracę. I tak trafiłem do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie.

Jak wspominasz ten czas?

To były piękne lata pracy, wspaniali ludzie. Dowodził nami "Lewy", pełen profesjonalizm, niesamowita wiedza i opanowanie. Trafiłem do zespołu, który miał się zająć zwalczaniem przestępczości narkotykowej. Olsztyn był wtedy nazywany brązowym miastem, bo działały tam grupy handlujące heroiną. Nie mogę pominąć faktu, że kapitalną robotę robili koledzy z tamtejszej Komendy Miejskiej Policji. Tam również był zespół do walki z narkotykami. "Sobek", "Śruba", "Koszał" i wielu innych naprawdę świetnych policjantów.

Akcja CBŚ na stacji w Szczecinie (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Po jakimś czasie wezwał mnie do siebie naczelnik z KWP, Janusz Czerwiński, i powiedział, że w komendach wojewódzkich tworzone będą zespoły, które mają się zajmować werbowaniem ludzi do współpracy z policją. Nie byłem zbytnio chętny, jednak przekonywał, że mam gadane i skutecznie pozyskuję źródła. Januszowi się nie odmawiało, więc się zgodziłem.

Wysłał mnie na kurs, żebym rozwinął swoje umiejętności. Potem wspólnie z kolegą dostaliśmy od szefa polecenie rozpracowania gangu złodziei samochodów z Wielbarka, właśnie przez zwerbowanie do współpracy osób z tej grupy. Udało się. Posłaliśmy do puchy jedną z największych wówczas grup przestępczych w Polsce, która zajmowała się kradzieżami pojazdów.

Na czym polegało werbowanie ludzi?

Typowałem, kogo można pozyskać do współpracy, i układałem taktykę, jak taką osobę "zapalić", tzn. pozyskać. Pozyskana osoba dostarczała informacji, a koledzy zajmujący się daną sprawą z nich korzystali.

Po kilku latach trafiłem do CBŚ. Tam też robiłem werbunki, ale też sprawy narkotykowe. Duże plantacje marihuany, laboratoria amfetaminy. Dzięki dobrym wynikom dostałem propozycję objęcia stanowiska naczelnika Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Narkotykowej Zarządu w Olsztynie. Zgodziłem się.

Byłeś wymagającym szefem?

Wymagającym i kontrowersyjnym. Wymagający nie tylko od ludzi, ale i od siebie. Za dobrą robotę chwaliłem, za nieróbstwo lub pozorowanie pracy opie***lałem. Zacząłem porządki w wydziale, zwalniając chociażby majora, który zarabiał sześć tysięcy złotych na rękę, a nie potrafił zdjąć z rynku narkotyków w ilości takiej, że zmieściłyby się w pudełku po zapałkach. Szukał pracy w innych komendach, ale nikt nie chciał go przygarnąć. Nagle dociera do mnie informacja, że zatrudniono go w Biurze Spraw Wewnętrznych.

I tak zaczęła się moja "przygoda" z olsztyńskim BSW.

Czyli?

Założyli mi podsłuch, żeby udowodnić, że rzekomo biorę łapówki od gangusów, starano się mnie wkręcić w jakąś sutenerkę. Z łapówek i sutenerki nic nie wyszło, więc zarzucono mi, że wprowadziłem do obrotu dużą ilość narkotyków.

Fabryka amfetaminy zlikwidowana przez policję w 2002 roku (fot. Marcin Woloszczak / AG)

A konkretnie?

W 2016 roku ogłoszono mi zarzuty, że w 2013 roku podczas czynności policyjnych wprowadziłem do obrotu dwa kilogramy marihuany. Po dwóch latach uzupełniono je o to, że w 2008 roku wprowadziłem 16 kilogramów amfetaminy i po kilku godzinach zdjąłem z rynku razem z osobami, które je posiadały.

Odnosiłem sukcesy w zwalczaniu dilerów narkotyków i budziłem tym zazdrość. Chodziły słuchy, że mogę awansować, co poniektórym się nie podobało. Taka wewnętrzna zawiść. Jesteś dobry w walce na ulicy, stajesz się wrogiem i zagrożeniem dla innych w resorcie. By zniszczyć gliniarza, wrogów stać na wszystko. Bagatelizowałem to, zajmowałem się robotą. Sprawa narkotyków jest w sądzie od roku.

Ale jednak nie żałujesz, że zostałeś policjantem?

Absolutnie! Mój tata był milicjantem, a potem policjantem. Mieszkaliśmy zresztą w budynku, w którym na parterze był komisariat milicji, a potem policji. Nie widziałem dla siebie innej drogi. Chciałem łapać przestępców i wsadzać ich za kratki. Taki miałem cel. I nie chodziło o pieniądze. To była miłość. Po prostu. Kochałem tę robotę. Jako policjant byłem sobą. Nikogo nie udawałem. Wobec przestępców byłem chamem, świadomym chamem. Do tego bezkompromisowym. Nie uznawałem półśrodków. Nigdy się nie sku***łem, nigdy nie wziąłem ani grosza łapówki, nigdy z żadnym przestępcą nie wszedłem w inne relacje niż służbowe.

Ale łatwo zyskiwałeś ich zaufanie?

Kiedyś "pozyskałem na ucho", czyli zwerbowałem jako źródło, bardzo cennego przestępcę. Pewnego razu pijemy razem wódkę, i korzystając z okazji, pytam go: Powiedz mi, dlaczego się zgodziłeś? A on na to: "Bo jesteś bezpośredni i zabawny, nie stwarzasz dystansu, nie dajesz mi odczuć, że jesteś kimś lepszym ode mnie. Gdybyś nie pokazał mi blachy, nie uwierzyłbym, że jesteś psem. Masz kwity na dobrego kumpla, przyjaciela. Ciebie albo się kocha, albo nienawidzi".

Często słyszałem tego typu opinie. Nie ukrywam, że mnie to cieszyło, a najważniejsze, że dawało efekty w robocie.

Największy sukces?

Z kilkoma kolegami zrobiłem wiele fajnych spraw. Na przykład przy napadach na jubilerów w Ełku i okolicach. Wspólnie z lokalnym policjantem Bernardem Faszczą i kilkoma innymi funkcjonariuszami zatrzymaliśmy osoby, które dokonywały tych przestępstw. Ogromna w tym zasługa właśnie Bernarda. Gość z niesamowitym doświadczeniem i pamięcią do osób oraz zdarzeń.

Ale powiem ci o sprawie, którą kilku wykładowców chciało przedstawiać  w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie. Namawiali mnie, żebym opowiedział o szczegółach, ale wtedy nie mogłem. A ucinanie pewnych okoliczności nie miałoby sensu.

Ćwiczenia CBŚ w Gdyni (fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta)

Co to za sprawa?

Dom w środku lasu, napad na starsze małżeństwo. Ona nie żyje, on solidnie poturbowany. Nic nie pamięta. Nic nie wiadomo. Z rodziną nie utrzymywali kontaktu, ale była jedna osoba, która miała z  nimi kontakt. Wzięliśmy ją na rozmowę i okazało się, że słyszała o grupie mężczyzn z okolicy, którzy przechwalają się, że chcą być gangsterami. I że oni mogli tego dokonać. Poszliśmy tym tropem.

Jeden z tych mężczyzn siedział już w więzieniu za inne przestępstwo. Pojechaliśmy tam, żeby pozyskać źródło. Zaproponowaliśmy współpracę dziesięciu osadzonym. Dziewięciu z nich się zgodziło. Pomyślałem wtedy: "I to mają być ci groźni przestępcy?!". Wydziarani po same czoła, a układają się z nami, aż huczy. Wszystko dlatego, że chcieli wyjść na wolność.

Po dłuższym czasie pozyskaliśmy z zakładu karnego informację, że ten osadzony wspólnie z innymi kompanami dokonali napadu na starsze małżeństwo. Potem ustaliliśmy, że oni też włamali się do komisariatu policji. Pojechaliśmy na miejsce w lesie, gdzie była ukryta broń i kamizelki kuloodporne.

Zatrzymaliśmy pozostałych członków grupy, którzy byli na wolności. Mieliśmy fanty, czyli dowody na jej działalność. Długie, mozolne wręcz przesłuchania przyniosły pozytywny efekt. Zatrzymani się przyznali. Dostali na garb wyroki za napad, pobicie ze skutkiem śmiertelnym, włamania i napad z pobiciem na starsze małżeństwo.

Zdradzę ci jedną ciekawostkę. Ten starszy mężczyzna był dawnym oficerem SS. Jeden z pokojów jego domu był pełen zdjęć i pamiątek z czasów wojny.

To niejedyna trudna do wykrycia sprawa.

Taka była też historia, która wydarzyła się tuż przed Bożym Narodzeniem w 2006 roku. Zadzwonił do mnie szef i powiedział, że mężczyzna wszedł do sklepu spożywczego w jednej z miejscowości na Mazurach i zaatakował sprzedawczynię siekierą. Ukradł 300 złotych. Omal jej nie zabił i uciekł. Zniknął.

Święta spędziłem z kolegami na poszukiwaniu sprawcy. Nie mieliśmy żadnego tropu, ale zawziąłem się. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Zaczęliśmy go realizować. Po mniej więcej godzinie zadzwonił do mnie jeden z kolegów i powiedział: "Mamy go". 

Sprawcę?

Poczekaj. Sprawca napadu przyszedł do znajomego w Wigilię i poprosił, by ten szybko zawiózł go do innego miasta. Po drodze kierowca zorientował się, że pasażer ma na ubraniu brunatne plamy. To była krew. Krew tej sprzedawczyni.

Zatrzymaliście tego mężczyznę?

Tak, w warsztacie samochodowym w Brodnicy. Pracował w kanale. Gdy podszedłem, spojrzał na mnie i powiedział: Pan jest na pewno z policji, już do pana wychodzę. Odłożył narzędzia i posłusznie wyciągnął ręce, żeby mu założyć kajdanki. Trzysta złotych, które ukradł ze sklepu, wydał na prezenty świąteczne dla dzieci.

Praca w policji sprawiła, że zacząłem patrzeć na ludzi z innej strony, zastanawiać się nad ich motywacją. Żeby nie było, nie tłumaczę przestępców, ale nie zawsze wszystko jest czarno-białe. Jeden z dilerów zajął się handlem narkotykami, bo nagle stracił rodziców i zaczął ćpać. Żeby zarobić na narkotyki dla siebie, zaczął nimi handlować. A przynajmniej tak mi powiedział. Nie wiem, czy kłamał, czy nie. Ale dało mi to do myślenia. Taryfy ulgowej dla przestępców jednak nie było. Nie miałem dla nich żadnej litości. Każdy, kto mnie znał, wiedział, jakie mam zasady. 

Jak wyglądała przestępczość zorganizowana w Polsce na początku XXI wieku?

Hulała, aż miło. Porwania dla okupu, rozboje, haracze, sutenerstwo, handel ludźmi, narkotyki, lewy spirytus, papierosy. Tak przestępcy zdobywali  szybkie pieniądze. Popularne były też tzw. ochronki lokali - restauratorzy byli "naliczani" za ochronę lub musieli zatrudnić wywodzących się z grup przestępczych ochroniarzy.

Gdy policja skutecznie zaczęła te ekipy rozbijać, przestępcy zaczęli trafiać za kratki, odsiadywać wieloletnie wyroki, uznali, że to zły pomysł na życie. Zaczęła się przestępczość ekonomiczna: przemyt papierosów, alkoholu, zakładanie własnych linii produkcyjnych papierosów, wyłudzenia VAT. W ostatnich latach zmienił się rynek narkotykowy. Pojawiły się dopalacze, substancje psychoaktywne, które nie znajdowały się na liście środków kontrolowanych przez Ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii.

Funkcjonariusze służby celnej wykryli przemyt papierosów (fot. Tomasz Waszczuk / AG)

Co się zmieniło w polskiej przestępczości? Bandyci nie strzelają do siebie na ulicach, nie wysadzają swoich siłowni w powietrze, jest spokojnie, wydaje się, że policja wykonała ogromną pracę, o której dziś nie pamiętamy. A może to pozory?

Policja i inne służby wykonały tytaniczną pracę, zamykając największych przestępców w kraju. Za napady, porwania, narkotyki, za najcięższe przestępstwa. Ci przestępcy spędzili wiele lat za kratami, mieli czas na przemyślenia, analizę i wybranie nowych przestępczych metod zarabiania pieniędzy. Dzisiaj są na wolności, i to o wiele mądrzejsi.

Niektórzy dobrze zainwestowali zyski i dzisiaj, po odsiedzeniu wyroków, są biznesmenami prowadzącymi całkiem duże firmy. Ale są i tacy, którzy nigdy z przestępczej drogi nie zeszli. Lubią to. Po nich zostały opuszczone wille. Zza krat nie da się ich utrzymać. Ci gangsterzy na wszystko patrzyli przez pryzmat pieniędzy. Ciągle było im mało. Nie znali umiaru.

Pamiętasz któregoś szczególnie?

Kiedyś z kolegą pozyskaliśmy informację o "chemiku", który prowadził duże laboratorium amfetaminy. Nie używał telefonu komórkowego, miał motocykl i kilka samochodów, które ciągle zmieniał. Niesamowicie się konspirował i unikał wpadki. Amfetaminę produkował na obrzeżach pewnego miasta, na posesji otoczonej wysokimi iglakami. Mieszkało tam starsze małżeństwo. Gospodarz, czyli "chemik" miał sztucer. Czasami patrolował obejście i sprawdzał, czy nikt w nocy nie kręci się w okolicy. Wykorzystywał do tego noktowizor i podejrzane cele oznaczał czerwonym laserem. Podczas jednej z obserwacji zrobiło się naprawdę gorąco. Szliśmy w szeregu i nagle na koledze przede mną, na wysokości barku, pojawiła się czerwona kropka, stanęliśmy jak wryci. Kropka zniknęła, może pomyślał, że to zwierzyna.

"Siedliśmy mu na plecach" i przez kilka tygodni mozolnie go robiliśmy. W końcu go zatrzymaliśmy na miejscu produkcji. Po zatrzymaniu wsiadłem z nim do samochodu. "Porozmawiamy"? - pytam. A on na to: "Odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale powiedz mi, jak mnie namierzyliście?".

Już jest po wyroku.

Bywało, że się bałeś?

Zdarzało się, że jechałem z dziećmi na wakacje i spotykałem ludzi, których wcześniej rozpracowywałem i zamykałem. Jeżeli ten ktoś nie był sam, pakowałem się do samochodu i już mnie nie było. Mieliśmy po wakacjach. Nie ryzykowałem bezpieczeństwa najbliższych.

Nie chciałbym cwaniakować i mówić, że nigdy nie czułem lęku. Nieraz nogi się ugięły, bo w światku przestępczym miałem wielu wrogów. Pocięto mi opony, grożono. Proponowano mi ochronę. Nie chciałem.

Kiedy i dlaczego odszedłeś z policji?

Ja nie odszedłem z policji, mnie z niej zwolniono! W trybie administracyjnym w 2016 roku. Na wszelkie sposoby starano się zrobić ze mnie przestępcę.

BSW ma takie swoje patenciki na "niewygodnych". Uszyć gliniarzowi kwity, że jest skorumpowany. Założyć druty i szukać czegokolwiek, by go ugotować. Korupcja nie wyjdzie, ale może coś innego przeskrobie, może coś się z tego da poukładać. Do kogoś pojechać "przekonać", by w zamian za "coś" dał materiał na policjanta. Tak ugotowali wielu dobrych policjantów. 

Czym się teraz zajmujesz?

Odpowiem dyplomatycznie: pomagam ludziom.

Marcin Miksza (fot. arch. prywatne)

Marcin Miksza, ps. "Borys". Był naczelnikiem Wydziału ds. Przestępczości Narkotykowej CBŚ w Olsztynie. W policji służył od 1997 roku. Doszedł do stopnia nadkomisarza. Obecnie jest na emeryturze.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.