Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że są na świecie osoby, które oglądały "Ja cię kocham, a ty śpisz" czy "Zagubioną autostradę" 35 razy i nadal im się te filmy nie nudzą? Są kultowe.
Mam szczęście do występowania ze świetnymi aktorami w fantastycznych filmach. Ale szczerze mówiąc, w ogromie tych wszystkich produkcji, w których brałem udział, zdarza mi się o którejś całkiem zapomnieć. Niedawno znajoma wysłała mi krótki klip z dopiskiem: "zobacz, co właśnie oglądam". To był film "Kacper" z 1995 roku. Kompletnie wyleciał mi z pamięci, a wystąpiłem tam ze wspaniałymi Christiną Ricci, Erikiem Idle i Cathy Moriarty.
W pana filmografii znajduje się ponad 100 tytułów - różnorodność postaci, stylów, wielość gatunków filmowych. Czy właśnie chęć zasmakowania tej różnorodności sprawiła, że postanowił pan zostać aktorem?
Chyba zawsze mnie w tym kierunku ciągnęło. Ale też zazdroszczę aktorom, którzy robią ciągle podobne rzeczy, bo to w pewnym sensie pozwala widzom przyporządkować ich do czegoś konkretnego i potem łatwiej zidentyfikować. Ja zawsze byłem w biegu, wciąż czegoś poszukiwałem. Od komedii po dramaty, nic nie jest mi obce, niezależnie czy to duża, czy mała rola. Od początku podążam za instynktem. Także wtedy, kiedy dostaję propozycje z różnych części świata, w których nie miałbym okazji pracować, gdybym nie był tak otwarty na różnorodność - to Filipiny, Jordania, Afryka, Skandynawia, Japonia, Polska. Uwielbiam obserwować, w jak różny i nieoczywisty sposób ludzie doświadczają kina. "Ukryta gra" była dość naturalnym przedłużeniem moich zainteresowań i ciągot. Poza tym uwielbiam polskie kino, więc zobaczyć przy pracy polskich kolegów było tylko dodatkową nagrodą.
Co pan oglądał?
Z najnowszych produkcji widziałem oczywiście "Idę". Zanim przyjechałem do Warszawy kręcić "Ukrytą grę", obejrzałem też filmy, w których wystąpił Robert Więckiewicz [w "Ukrytej grze w roli dyrektora Pałacu Kultury i Nauki - przyp. red.] - "Wałęsę. Człowieka z nadziei" Andrzeja Wajdy i "W ciemności" Agnieszki Holland. Widziałem też "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego.
Właściwie każda osoba z ekipy "Ukrytej gry" polecała mi jakieś polskie produkcje, przy których pracowała, a ja w miarę możliwości je sobie odtwarzałem. Poza tym oczywiście widziałem "Zimną wojnę" Pawła Pawlikowskiego. Bardzo wielu przyjaciół i znajomych polecało mi ten film, zanim jeszcze zaczął zdobywać nagrody - dowiedziałem się o nim tak naprawdę pocztą pantoflową. I wszystkim się szybko pochwaliłem, że też robię film w Polsce! (śmiech)
Ma pan czas śledzić nowości polskiego kina?
Nie zawsze mam czas na śledzenie ważnych rzeczy dziejących się nawet w amerykańskim kinie, co dopiero w europejskim czy polskim! (śmiech) To naprawdę trudne być na czasie. Szczególnie jeśli ma się tyle co ja pozafilmowych zainteresowań. Ale też jestem członkiem Amerykańskiej Akademii przyznającej Oscary, i to jest ten czas w roku, kiedy zaczynamy oglądać wszystkie filmy, ustalając grupy nominowanych. Mimo że staram się, jak mogę, i tak mam wrażenie, że nie poświęcam wszystkim tytułom wystarczająco dużo uwagi. A kopie przeglądowe właśnie zaczęły spływać do mojego domu w Los Angeles. Niebawem pewnie zasiądę do oglądania.
David Lynch, z którym współpracował pan przy "Zagubionej autostradzie", powiedział, że wygląda pan jak ktoś, kto łatwo wpada w tarapaty. Tak jest rzeczywiście?
Siedziałem koło niego, kiedy mówił te słowa, patrząc mi zresztą głęboko w oczy. Chodziło chyba o to, że obserwując mnie, nikt by nie przypuszczał, że byłbym skłonny zrobić coś złego, wbrew regułom, a jednak nie jestem zupełnie bez grzechu (śmiech) . Teraz w tarapaty zwykle wpadam, gdy ze zbytnim entuzjazmem odnoszę się do nowych pomysłów. Żona mnie za to bardzo gani, bo podejmuję się wielu nowych zadań, a potem na nic nie mam czasu.
Gra pan w kinie, w teatrze, ale oprócz tego bardzo dużo czasu poświęca pan na prace ogrodowe, na własne ranczo.
Poza kinem i teatrem rzeczywiście bardzo zajmuje mnie rolnictwo, uprawa ziemi i hodowla zwierząt. Dorastałem na zachodzie stanu Nowy Jork, do tej pory stoi tam nasz rodzinny dom. Dokupiliśmy trochę ziemi wokół, gleba jest tam bardzo żyzna. W ubiegłym roku po raz pierwszy zrobiliśmy własny cydr, z jabłek, które wyrosły na dzikich, nienawożonych jabłoniach. Produkujemy go tylko na własny użytek, żeby mieć na zimę.
Hodujemy też małe stadko krów. Nie faszerujemy zwierząt antybiotykami, co jest w Ameryce przecież na porządku dziennym. Pozwalamy im spokojnie rosnąć i paść się we własnym tempie. Coraz więcej farmerów w Stanach zwraca na to uwagę.
Od 29 lat mamy też ranczo w Montanie, gdzie eksperymentujemy z różnymi modelami bezpiecznego i ekologicznego wypasu. Teraz zajmuje mnie to w trochę mniejszym stopniu, przekazałem pałeczkę mojemu bratu i bratowej, ale wiem doskonale, nad czym teraz pracują: sprawdzają nowy sprzęt do nawadniania. W Montanie jest duży problem z wodą i trzeba sobie jakoś radzić alternatywnymi metodami.
Bardzo wrośliśmy w społeczność ranczerów z Montany, i kiedy tylko możemy, chętnie angażujemy się w różne aktywności. Niedawno zmobilizowaliśmy okolicznych mieszkańców do odbudowania zabytkowej stodoły. W najbardziej intensywnym momencie było na miejscu aż 100 wolontariuszy, którzy dbali o bezpieczeństwo budowy. Wyremontowaliśmy i zakonserwowaliśmy w ten sposób kawałek dziedzictwa Montany.
Ostatnio byłem też narratorem serii dokumentalnej o parku Yellowstone dla Smithsonian Institute - to park najbliższy naszemu ranczu i w jakiś sposób czuję się z nim związany.
Ale na co dzień mieszka pan w Los Angeles.
Tu działa mały społeczny sad, który założyliśmy z żoną jeszcze w 2010 roku. W miarę możliwości angażujemy się w jego działalność, choć codzienną opiekę powierzyliśmy już innym ludziom. Dodatkowo pomagam też zrealizować serię dokumentalną o wpływie antybiotyków na przemysł i walkę z chorobami zakaźnymi. Od kiedy zajmuję się hodowlą krów, ten temat cały czas chodzi mi po głowie i chciałbym zrobić coś, co zwiększy społeczną świadomość w tym zakresie.
Zamiast tylko mówić, po prostu zakasuje pan rękawy i przystępuje do działania.
Na nieszczęście zgadzam się na zdecydowanie zbyt wiele. Ale wydaje mi się, że nie wpływa to jakoś specjalnie na moją pracę w kinie. W tej chwili kręcę w Nowym Jorku trzeci sezon "Grzeszników" dla Netfliksa, a to zawsze zajmuje sporo czasu, dni zdjęciowe są długie i intensywne. Mam też już różne plany na najbliższy czas, ale staram się być raczej selektywny.
Odwiedza pan Warszawę kolejny raz. Jakie wrażenie zrobiło na panu to miasto i Pałac Kultury i Nauki - główne miejsce akcji "Ukrytej gry"?
To zabawne, myślałem o tym właśnie dziś rano. Za pierwszym razem, w lutym 2018 roku, tak naprawdę nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie jestem. Dostawałem oczywiście maile dotyczące pobytu w Warszawie, rozkładu zajęć i hotelu, w którym miałem mieszkać, ale nie przywiązywałem do tego zbytniej wagi. A potem okazało się, że z moich hotelowych okien widać Pałac Kultury i Nauki. Ale w dalszym ciągu nie miałem świadomości, że oto przede mną stoi ten kolos opisywany w scenariuszu "Ukrytej gry". Pałac od samego początku zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Wokół tej budowli krąży wiele legend, owiana jest tajemnicą, szczególnie jej sekretne przejścia, korytarze. Miał pan okazję trochę zwiedzić Pałac? Oswoić go dla siebie?
Wciąż niewystarczająco. Chciałem wziąć udział w oprowadzaniu po budynku, ale ze względu na napięty harmonogram ostatecznie mi się to nie udało. Na szczęście mieliśmy okazję kręcić na tych przestronnych korytarzach i w kilku pomieszczeniach. Słyszałem też bardzo wiele o podziemnych przejściach wiodących wprost do trybuny honorowej, do głównej siedziby partii komunistycznej, a nawet do mennicy! Pałac bez wątpienia ma niesamowitą aurę. Jego historia jest skomplikowana i niełatwa. Ja jednak wierzę w głęboką relację historii z architekturą i ten budynek jest jej idealnym przykładem. To żaden typowy drapacz chmur, choć ma w sobie siłę monolitu. Nie każdy wieżowiec ma charakter.
Podobno przechadzał się pan korytarzami Pałacu Kultury i Nauki także w dni, które miał pan wolne od zdjęć?
Tak, ale chodziłem głównie do sklepu z pamiątkami! Potrzebowałem sporo prezentów dla rodziny (śmiech) . Pałac jest trochę podobny do naszego Empire State Building. Kiedy pokazywałem znajomym zdjęcia robione z różnych kątów, niektórzy dali się nawet nabrać! Kilka razy odwiedziłem też Teatr 6. piętro mieszczący się w Pałacu. Wystawiają tam bardzo zróżnicowany, ciekawy repertuar, ale mają też bardzo przytulną kawiarnię. Prosiłem, aby właśnie w niej umawiano mi spotkania. Ćwiczyłem tam na przykład różne karciane sztuczki do scen gry w barze. Było wystarczająco cicho i przyjemnie, żeby nie budzić zainteresowania, ale też bardzo blisko do hotelu - nie miałem szansy się zgubić!
Czy umie pan grać w szachy?
Szczerze mówiąc - nie. Ale na przykład w "Zagubionej autostradzie" grałem na saksofonie, chociaż w rzeczywistości kompletnie się na tym nie znam. Nauczyłem się jednak umiejętnie udawać. Tak samo jest z grą w szachy. Oczywiście wymagało to zaangażowania i czasu, a także dobrego nauczyciela, ale się udało.
Przygotowując postać Mansky'ego, myślałem przede wszystkim o tym, jaką jej wersję chciałbym pokazać. Wiem, że była wzorowana na Bobbym Fischerze. Zacząłem więc rozległe poszukiwania archiwaliów z nim związanych, oglądałem i czytałem naprawdę wszystko, co było dostępne. Dowiedziałem się na przykład, że był bardzo tajemniczy, miewał stany lękowe i liczne paranoje. Wzbudzał w ludziach rodzaj niepokoju czy wręcz lęku, które trudno wyjaśnić. To były bardzo ciekawe odkrycia.
Nauczył się pan też pewnego szczególnego ruchu rąk, ruchu całkiem normalnego dla graczy, ale nie dla amatorów. To wyglądało niemal jak taniec na szachownicy!
Tak, to też ćwiczyliśmy, aby ktoś umiejący grać w szachy nie stwierdził filmowego fałszerstwa. W tym celu odwiedziliśmy w Warszawie Polski Związek Szachowy. Zaskoczyło mnie, że to miejsce nie jest jakoś specjalnie reprezentacyjne - raczej zbiór ciasnych pokoików, w których w ciszy siedzi wiele osób, całkowicie skupionych na planszy. Nawet jeśli są wśród innych ludzi, zdaje się, jakby byli zupełnie sami. Z fascynacją obserwowałem też grających na czas, a nawet spotkałem się z szachistką - jedną z najwyżej notowanych w światowych rankingach. Opowiadała mi, że jej mąż i dwójka dzieci w ogóle nie rozumieją jej fascynacji szachami. Takie historie bardzo pomogły mi w budowaniu mojej postaci, bo pokazywały bardzo ludzkie oblicze tego sportu.
Wcielił się pan już w rzesze różnych postaci, jest pan znanym, popularnym aktorem, a jednocześnie - o czym kiedyś ze śmiechem wspomniał pan w wywiadzie - czasem ludzie mylą pana z Billem Paxtonem, Michaelem Douglasem i Jeffem Danielsem.
Dzieje się tak coraz rzadziej, zwłaszcza od śmierci Billa Paxtona. Bardzo mi brakuje mojego sobowtóra, przyjaźniliśmy się. Teraz jestem chyba na etapie starego "wilka morskiego" - twarz mi się wydłuża, przybywa zmarszczek, jeszcze ta broda (śmiech) .
Kiedy patrzę na swoje rodzeństwo, widzę w ich twarzach naszych rodziców i przodków, na pewno nie ich samych sprzed lat. Duchy przeszłości mają nad nami dużą władzę. Myślę, że dzięki aktorstwu, ciągłemu wcielaniu się w różne role, paradoksalnie mam szansę "przytrzymać" na dłużej swoją tożsamość, zanim tak jak wszyscy zamienię się w starą wersję siebie lub nową - moich rodziców. Cały czas też się zastanawiam, gdzie jest moje miejsce na ziemi, dużo podróżuję, gdzieś pędzę, ale na szczęście są momenty oddechu. Jak wczoraj w Warszawie, kiedy spotkaliśmy się na kolacji z ekipą "Ukrytej gry" - z Pawłem Edelmanem, Allanem Starskim, Łukaszem Kośmickim. Polska już nie jest dla mnie tak egzotyczna jak kiedyś. Zachowałem dla was w sercu szczególne miejsce.
Film "Ukryta gra" w reżyserii Łukasza Kośmickiego wchodzi do kin 8 listopada. Za produkcję odpowiada Watchout Studio, a za dystrybucję w Polsce NEXT FILM.
Inspirowaną filmem książkę "Ukryta gra" możecie kupić w Publio.pl >>>
Bill Pullman . Urodzony w 1953 roku wszechstronny amerykański aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, producent i reżyser. Członek Amerykańskiej Akademii Filmowej. Grał m.in. w filmach takich jak "Przypadkowy turysta", "Ich własna liga", "Bezsenność w Seattle", "Wyatt Earp", "Kacper", "Ja cię kocham, a ty śpisz", "Dzień Niepodległości" czy "Zagubiona autostrada". Mieszka w Los Angeles, Nowym Jorku i na ranczu w Montanie. Ma trójkę dorosłych dzieci.
Magdalena Maksimiuk . Dziennikarka filmowa współpracująca z polskimi i amerykańskimi mediami. Doktorantka Polskiej Akademii Nauk, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Uwielbia chodzić po dużych miastach i londyńskich teatrach.