Rozmowa
38. Okładka katalogu Kołobrzeg 1980 (mat. prasowe)
38. Okładka katalogu Kołobrzeg 1980 (mat. prasowe)

Festiwale w Zielonej Górze i Kołobrzegu były Open'erami PRL-u? Nie, raczej nie. Żyjemy jednak w zupełnie innym kraju i w zupełnie innych czasach. Rynek muzyczny jest dzisiaj zdecydowanie większy i bardziej różnorodny niż był wtedy. Wówczas w czterech polskich miastach: Opolu, Sopocie, Kołobrzegu i Zielonej Górze, odbywały się festiwale piosenki całkowicie zmonopolizowane przez państwo. W kraju, w którym niewiele się działo, życie płynęło dość monotonnie, w miesiącach wakacyjnych można było pokołysać się pod sceną lub przed telewizorem i wspólnie śpiewać polskie przeboje. Dlaczego te festiwale powstały? Miały spełniać cele propagandowe - podkreślać polskość Ziem Odzyskanych, a także nierozerwalną przyjaźń ze Związkiem Radzieckim. Zielona Góra jest dużym, wysuniętym na zachód poniemieckim miastem. W Kołobrzegu odbyły się pod koniec wojny zaślubiny Polski z morzem. A i wcześniej Kołobrzeg, czyli kiedyś Kolberg, miał burzliwą historię, ważną również dla Niemców. To tam Prusacy walczyli z wojskami napoleońskimi, to Kolberg był bohaterem ostatniego wysokobudżetowego filmu wyprodukowanego przez Trzecią Rzeszę. Dlatego w czasach PRL-u uwaga władzy była skupiona na ziemiach zachodnich. W Opolu, Sopocie, Kołobrzegu i Zielonej Górze, czyli miejscach, w których jeszcze kilkanaście lat wcześniej mieszkali Niemcy, postanowiono zorganizować letnie festiwale muzyczne. Na początku lat 60. w Zielonej Górze powołano do życia Konkurs Piosenki Radzieckiej, który w 1965 roku przekształcił się w festiwal. Dwa lata później powstał Festiwal Piosenki Żołnierskiej, choć na samym początku odbył się on nie w Kołobrzegu, a w Połczynie-Zdroju.

 

Chodziło tylko o politykę? Nie. W festiwalach, które nazwałem w swojej książce "wyklętymi", łączono rozrywkę z agitacją. Były one także szansą dla tych wszystkich, którym marzyła się kariera estradowa. Zielona Góra skierowana była do amatorów, konkursy amatorskie stanowiły również część programu Kołobrzegu. W latach 60. nie mieliśmy przecież "Szansy na sukces" czy "The Voice", a telewizja dopiero raczkowała. To festiwale piosenki były kuźnią talentów, biletem wstępu dla przyszłych gwiazd estrady. A co z potrzebą rozrywki? Także i ją festiwale piosenki zaspokajały. Ludzie w tamtych szarych czasach byli złaknieni rozrywki. Nie mieli też, zwłaszcza w latach 60., wielkiego dostępu do zachodniej muzyki. W telewizji i radiu leciały piosenki polskie i radzieckie. Czasami francuskie. A infrastruktura - czy miasta gospodarze festiwali miały odpowiednią? Różnie z tym bywało. W Zielonej Górze pierwsze edycje festiwalu odbyły się w Hali Ludowej, przerobionej z niemieckiej Hali Miejskiej. Dopiero w latach 70. wybudowano amfiteatr. W Kołobrzegu była estrada, którą zmodernizowano i rozbudowano. Tam warunki lokalowe generalnie były lepsze, dlatego że Kołobrzeg leży nad morzem, był kurortem przygotowanym na przyjazd turystów. W Zielonej Górze brakowało hoteli, kwater prywatnych, również restauracji. W relacjach prasowych z tamtejszego festiwalu nieustannie podnoszony jest problem, że wykonawcy nie mają gdzie spać ani porządnie zjeść. Zaskoczyło mnie, że można było w prasie wysokonakładowej tak swobodnie krytykować polsko-radziecki festiwal. Ta krytyka odbywała się na pewnych zasadach. Można było narzekać na poziom artystyczny polskich wykonawców, ale nigdy na idee stojące za tymi festiwalami.

Po prawej Walery Leontiew w Zielonej Górze (1987), a z lewej Ulubiona para prowadzących Maria Wróblewska i Stanisław Mikulski (Kołobrzeg 1973) (fot. 'Ekranu' 1987, nr 31 i katalog festiwalowy)

Jakie to były idee?

W Zielonej Górze festiwal "zacieśniał więzi" przyjaźni między Polską i ZSRR. Muzyka radziecka była a priori "wielka", tak więc piosenkarzy i muzyków, którzy przyjeżdżali na festiwal z ZSRR, wynoszono pod niebiosa. Kołobrzeska impreza natomiast sławiła "polski oręż". W porównaniu z krytyką, na jaką pozwalano sobie wobec Opola czy Sopotu, festiwale w Kołobrzegu i Zielonej Górze były traktowane przez media naprawdę łagodnie.

Dlaczego te festiwale powstały w dekadzie Władysława Gomułki? Rozrywkę kojarzymy raczej z Edwardem Gierkiem, a nie z dojrzewającym do antysemityzmu towarzyszem Wiesławem.

Festiwal zielonogórski był w jakimś sensie znakiem odejścia Gomułki od zmian, które przyniosła "odwilż", i wkroczenia na kurs bardziej pryncypialny, również w kwestii zależności polski od ZSRR. Nadto w latach 60., ale także i później, głównym straszakiem w polskich mediach był niemiecki rewizjonizm. Podkreślano więc, że Sowieci są jedynym gwarantem utrzymania przez Polskę Ziem Odzyskanych, bo bez nich przyjdzie Niemiec z RFN i zabierze polskie już teraz domy. Początek festiwalu w Kołobrzegu przypada z kolei na rozpętaną przez aparat PZPR nagonkę antysemicką. W Kołobrzegu, w którym mocno eksponowano wojenne historie, nie pojawiło się chyba ani jedno nawiązanie do powstania w getcie warszawskim czy Holocaustu. Żydzi byli wielkimi nieobecnymi kołobrzeskich pieśni. Cierpiał w nich wyłącznie naród polski, to on był jedyną ofiarą drugiej wojny.

Wspominasz w książce o Władysławie Szpilmanie, jurorze festiwalu w Zielonej Górze, który po 1968 roku znika.

I nagle przestaje jury przewodniczyć. Także sporo radzieckich gwiazd zielonogórskiego festiwalu miało pochodzenie żydowskie, o czym oczywiście nie wspominano w prasie.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej (fot. mat prasowe, Adam Kozak / AG)

Czy kolejne dekady festiwali różniły się? Czy za Gierka było inaczej niż w czasach stanu wojennego? Śpiewano o czymś innym?

Główny trzon narracji historycznej obowiązywał do roku 1989. W Kołobrzegu śpiewano o bitwie pod Lenino, zdobywaniu Berlina, braterstwie broni z Armią Czerwoną, internacjonalizmie, zasiedlaniu Ziem Odzyskanych... "Szli na zachód osadnicy" - to tytuł jednego z kołobrzeskich przebojów. W czasach Gierka festiwale nabrały rozmachu, splendoru, były transmitowane przez kolorową telewizję, choć telewizory w zdecydowanej większości polskich gospodarstw domowych, jeśli w ogóle były, to odbierały wyłącznie sygnał czarno-biały. Pamiętam, że znajomych z sąsiedniego bloku uważaliśmy za szczęściarzy i krezusów, bo mieli kolorowy telewizor Rubin na radzieckiej licencji. Chodziło się więc do nich całą rodziną, by obejrzeć w kolorze któryś z festiwali piosenki albo film zagraniczny nadawany po Dzienniku Telewizyjnym. Pod koniec lat 70. w Kołobrzegu zaczęły się pojawiać piosenki związane z powstaniem warszawskim i czerwonymi makami spod Monte Cassino. W Zielonej Górze bardzo popularne były w latach 60. i 70. piosenki Bułata Okudżawy, później Włodzimierza Wysockiego, który był w Polsce uznawany za artystę dysydenckiego, opozycyjnego wobec radzieckiej władzy. A jednak bez problemów śpiewano go na Festiwalu Piosenki Radzieckiej. W latach 80. narracja festiwalowa zaczęła ulegać stopniowym zmianom. Pojawiły się, nieobecne wcześniej, wątki "konsumpcyjne", co oczywiście miało związek z panującym wówczas kryzysem gospodarczym. Wprowadzono też na scenę postać Józefa Piłsudskiego, którego jeszcze w latach 70. nie można było na niej pokazać. Zaczęła się w Kołobrzegu toczyć śpiewana dyskusja między tymi, którzy przyszli spod Lenino, a tymi, którzy walczyli pod Monte Cassino. W scenografii zaś pojawił się orzeł w koronie. Festiwale odzwierciedlały więc klimat polityczny i społeczny panujący w kraju.

Występ Elżbiety Hyżorek (Zielona Góra 1966) (fot. katalog festiwalowy / mat. prasowe)

A czy zdarzyły się akty sabotażu? Opozycja była tam obecna? Piszesz sporo o współczesnych opowieściach artystów, którzy rzekomo sprzeciwiali się dominującej na tych festiwalach narracji.

Co jest oczywiście bzdurą. Pracując nad książką, odkryłem, że artyści notorycznie dopisują do swoich życiorysów kombatancką przeszłość albo pomijają milczeniem niewygodne dla nich fakty. W latach 70. wszyscy do Kołobrzegu i Zielonej Góry jeździli chętnie i o żadnych aktach dywersji nic mi nie wiadomo. W 1981 roku, w okresie karnawału "Solidarności", istniała uzasadniona obawa, że dojdzie do jakichś protestów obywateli w Zielonej Górze. "Solidarność" opublikowała więc w "Gazecie Lubuskiej" odezwę, w której prosiła o niezakłócanie festiwalu i "odpowiedzialne zachowanie". Żadnych incydentów nie odnotowano. Są w archiwach IPN-u wzmianki o próbach sabotowania Festiwalu Piosenki Radzieckiej w stanie wojennym, ale to mało znaczące epizody. W Kołobrzegu nawet do takich sytuacji nie dochodziło - wychwalano tam przecież polskie wojsko. Nawet jeśli Ludowe i połączone "braterstwem" z Armią Czerwoną, to jednak nasze, narodowe. Zarówno pieśni heroiczne, jak i te bardziej ludyczne w formie i treści były akceptowane przez szeroką publiczność. I w stanie wojennym ludzie w Kołobrzegu bawili się świetnie. Można przecież także dziś obejrzeć na YouTube nagrania festiwalowe: wszyscy klaszczą, bujają się, robią "fale"... Zero gwizdów. Ani tym bardziej politycznych gestów. Faktem jednak jest, że w latach 80. renomowanym wykonawcom nie wypadało już pokazywać się na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej. Artyści starali się omijać Kołobrzeg. Za to całkiem chętnie przyjeżdżali do Zielonej Góry. Być może dlatego, że muzyka rosyjska, radziecka - także ta rozrywkowa - miała jednak dobrą markę. Natomiast wychwalanie wojska po stanie wojennym stało się, jak to byśmy dzisiaj powiedzieli, obciachem.

Piszesz też o tym, że udział w tych festiwalach wiązał się nie tylko z początkiem kariery, ale też z konkretnymi pieniędzmi. Ile tam można było zarobić? Wojsko, które organizowało festiwal kołobrzeski, miało w PRL-u pieniądze, infrastrukturę i po prostu dobrze funkcjonowało. A co najważniejsze - płaciło wyższe stawki niż instytucje cywilne. Poza tym zapewniało stałym gwiazdom Kołobrzegu utrzymanie przez cały rok. Wykonawcy po festiwalu ruszali w tournée po Polsce. To pozwalało im żyć na niezłym jak na ówczesne czasy poziomie, stworzyła się więc wokół Festiwalu Piosenki Żołnierskiej elita piosenkarska. Kto do niej należał? Regina Pisarek, Irena Woźniacka, Bogdan Czyżewski, Andrzej Szajewski, Adam Zwierz. Wykonawcy dzisiaj w większości słabo już pamiętani lub zgoła zapomniani. Ale najważniejszą ikoną Kołobrzegu była Barbara Książkiewicz, obecna tam od 1974 do 1989 roku. Prywatnie żona pułkownika Władysława Czuby, szarej eminencji festiwalu. To z Książkiewicz związane są najbardziej pikantne anegdoty festiwalowe. Budziła zawiść innych wykonawców, szeptano, że pod nią robiony jest cały Kołobrzeg. Czuba był o żonę chorobliwie zazdrosny. Bogdan Czyżewski opowiada w książce, jak to kiedyś poszła plotka, że ma z Książkiewicz romans. Czuba zagroził mu wtedy, że rozjedzie go czołgiem. Książkiewicz była piosenkarką, którą znała cała Polska. Pisarz Marcin Szczygielski, który jako dziecko jeździł z ojcem na festiwale kołobrzeskie, wspomina, w jaki zachwyt wprawiło go to, że znalazł się z piosenkarką w hotelowej windzie.

 

Natomiast festiwal zielonogórski miał za zadanie kreowanie nowych gwiazd? Takie było jedno z założeń, które jednak nie do końca się sprawdziło. W relacjach prasowych pojawiały się ciągle narzekania, że młodzi ludzie występujący w Zielonej Górze znikają, nie robią kariery, gdzieś przepadają. W pewnej mierze wynikało to z liczby uczestników. Eliminacje festiwalowe miały kilka poziomów, startowały w nich tłumy amatorów. Do zielonogórskiego finału docierało plus minus 40 osób. Trudno się spodziewać, że co roku 40 osób zrobi dzięki Zielonej Górze karierę estradową. Tym bardziej że polski show-biznes był jednak dość siermiężny i działał opieszale. Dzięki występowi w Zielonej Górze można jednak było pojawić się w radiu i telewizji. Niewątpliwie Zielona Góra stanowiła pierwszy etap kariery muzycznej. Dopiero potem niektórzy uczestnicy Festiwalu Piosenki Radzieckiej trafiali np. do Opola. Część została później śpiewakami operowymi, choćby popularny tenor Bogusław Morka, albo trafiła do teatrów muzycznych. To w Zielonej Górze zaczynały m.in. Małgorzata Ostrowska, Urszula, Izabela Trojanowska, wówczas jeszcze występująca pod panieńskim nazwiskiem Schütz. W 1971 roku, jako bardzo młoda dziewczyna, rozkołysała publiczność piosenką "Niebieski len". Śpiewała wtedy wysokim sopranem. Do dzisiaj z sentymentem wspomina Zieloną Górę. Generalnie w opowieściach ludzi, którzy tam startowali, powtarza się określenie "obóz harcerski". Ten festiwal był jak letnie kolonie połączone ze szkolną olimpiadą. Z kolei festiwal kołobrzeski był przeznaczony głównie dla zawodowców. Ale także dla zespołów wojskowych, których było wtedy bardzo dużo. Każdy rodzaj wojsk miał swój zespół estradowy. W latach 80. pojawił się Jarocin, a niezwykle popularny Program Trzeci Polskiego Radia promował muzykę rockową. Czy to stanowiło realne zagrożenie dla "wyklętych" festiwali? Te światy się kompletnie rozjechały. Jarocin był traktowany przez ówczesną władzę jak wentyl bezpieczeństwa. Miejsce, w którym wściekłość i niezgoda na system mogły znaleźć ujście. Do Kołobrzegu, jak już mówiłem, nie należało jeździć. Nie tylko z powodów politycznych, ale także estetycznych. Jeśli ktoś grał ostrego rocka, to nie mógł się nagle pojawić wśród żołnierzy, bo byłby spalony u młodzieżowych fanów. Natomiast w Zielonej Górze próbowano przemycać estetykę rockową. Ona była tolerowana, zwłaszcza odkąd Gorbaczow zaczął pieriestrojkę i także w ZSRR pojawiły się oficjalnie gwiazdy rocka. Krzysztof Cugowski bije się dzisiaj w pierś, że wziął udział z Budką Suflera w festiwalu zielonogórskim, ale spójrzmy prawdzie w oczy: pistoletu nikomu do głowy nie przystawiano. Popularni wykonawcy tłumaczą się, że występowali w Zielonej Górze, bo np. nie chcieli mieć kłopotów z otrzymaniem paszportów, z wyjazdami na zagraniczne trasy. Lombard zagrał, bo gdyby tego nie zrobił, nie mógłby pojechać do Włoch. A na Zachodzie zarabiało się wtedy ogromne jak na polskie realia pieniądze. Kompromisy są rzeczą ludzką, ale dopisywanie kombatanckich wątków do festiwalowych występów naprawdę mnie bawi. Świadek estradowy był i jest do tej pory światkiem konformistycznym.

32. Gazeta festiwalowa (Zielona Góra 1977)

No właśnie, dlaczego w III RP twórcy wstydzili się swojej przeszłości? Bo żyli w PRL-u, którego nie wypada dziś chwalić. Faktycznie, byliśmy wtedy "gorszą" częścią Europy. Nikt nie lubi, gdy mu się o tej "gorszości" przypomina. Nadto wykonawcy kołobrzescy po 1989 roku wypadli poza show-biznes, zostali naznaczeni jako artyści reżimowi. Maryla Rodowicz też? Rodowicz jeszcze na początku lat 90. swobodnie opowiadała o swoich występach dla wojska. Potem to się diametralnie zmieniało. Festiwale "wyklęte" stały się "białymi plamami" naszej historii. Ta amnezja pogłębia się z powodu polityki historycznej Prawa i Sprawiedliwości; wszystko, co wiąże się z peerelowskimi "toposami", zostało wykasowane.

Piosenkarze bali się o tym opowiadać? Tak. Jedna z artystek obiecała, że opowie mi wszystko o Zielonej Górze, ale nie mogę wspomnieć, że występowała w Kołobrzegu. Druga prosiła o to, żeby w książce nie pojawiło się nic, co mogłoby ją narazić na gniew obecnej władzy i uniemożliwić występy w domach kultury, itp. Ale to przecież warszawski radny PiS-u próbował w 2007 roku wskrzesić Festiwal Piosenki Żołnierskiej. Czyli estetyka militarna jest bliska partii rządzącej. Oczywiście dzisiaj piosenkarze nie śpiewaliby o Lenino, tylko o "Ince". Chodzi jednak o to samo: o megalomanię narodową. Bartosz Żurawiecki . Ur. 1971. Dziennikarz, krytyk filmowy, felietonista i pisarz. Szef działu recenzji w miesięczniku "Kino". Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka (1996) i Nagrody PISF-u (2014). Autor powieści "Trzech panów w łóżku, nie licząc kota" (2005), "Ja, czyli 66 moich miłości" (2007), "Nieobecni" (KP 2011) i "Do Lolelaj. Gejowska utopia" (2017), a także zbioru dramatów "Erotica alla polacca" (2005). W 2001 roku był jednym z założycieli Kampanii Przeciw Homofobii (KPH).

Arkadiusz Gruszczyński . Dziennikarz i animator kultury.