Rozmowa
Michał Urbaniak (fot. Adam Kozak / Agencja Wyborcza.pl)
Michał Urbaniak (fot. Adam Kozak / Agencja Wyborcza.pl)

Twoja najnowsza płyta "For Warsaw with Love" to hołd dla Warszawy i Powstania Warszawskiego.

Dzień przed wybuchem Powstania moja mama, udając Niemkę, uciekła ze mną do braci w Piotrkowie Trybunalskim. Urodziłem się 22 stycznia 1943 roku, więc Powstania i wojny nie pamiętam nic a nic. Pamiętam tylko, kiedy zaraz po wojnie mama zabrała mnie do Warszawy. Chodziłem po ruinach, wszędzie były gruzy. Obraz kompletnie zniszczonego miasta do dzisiaj mam przed oczami.

Ktoś z Twoich bliskich walczył w Powstaniu?

Nie. W ogóle nie mam już bliskich w Warszawie. Mama po wojnie szybko odeszła od ojca i przeniosła się na stałe do Łodzi. No i jestem jedynakiem. Urodziłem się jako Michał Edmund Michałowski, ale zmieniłem nazwisko, kiedy moja mama wyszła za Mariana Urbaniaka. Miałem wtedy dziewięć lat, on też miał syna. Było między nami trochę zazdrości, trochę nieporozumień. Był Michaś mamy i Dzidek taty. Któregoś dnia powiedziałem więc mamie, że jak już nie ma z nami tatusia, to może bym zmienił nazwisko. "Żebyśmy się bardziej czuli jak rodzina" - mówiłem. Wiele to nie pomogło, ale od tego czasu jestem Michałem Urbaniakiem. 

Miałeś kontakt ze swoim biologicznym ojcem?

Mama mnie przed nim chroniła, nie chciała, żeby się ze mną widywał. Zresztą był o wiele od mamy starszy i bardzo wcześnie zmarł. Wiem, że był niezwykle inteligentny. Pracował jako przedstawiciel Forda na Europę Wschodnią. Przed wojną sporo z mamą podróżowali: Berlin, Paryż, Petersburg.

Ja też, właściwie od zawsze, jestem w podróży. Na płycie "For Warsaw with Love" znajdziesz kawałek "Red Bus to Freedom" [Czerwony autobus do wolności - przyp. red.]. Wiesz, skąd się wziął? Mam takie wspomnienie: czerwony autobus woził mnie jako nastolatka do szkoły w Łodzi, a kiedy miałem 17 lat, zawiózł mnie do Warszawy. Potem była przesiadka na samolot, a potem Paryż, Nowy Jork. Życie muzyka jazzowego to wieczna podróż. W tym roku 1 sierpnia, w 75. rocznicę wybuchu Powstania, też będę w podróży, niestety, ale z pamięcią i zadumą. I już z płytą w sklepach!

Michał Urbaniak i Andy Ninvalle podczas koncertu w Kijowie, 2017 rok (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

No właśnie, udało Ci się na dłuższą chwilę usiąść w studiu i nagrać płytę z czołówką światowych muzyków: gitarzystą Davidem Gilmourem, basistą Marcusem Millerem i perkusistą Lennym White'em.

Mogłem zrobić coś, na co niewielu artystów w Polsce mogło sobie pozwolić. Spędziłem w Nowym Jorku 45 lat, grając z genialnymi muzykami. Wszystkich ich znam. Marcus Miller miał 15 lat, gdy zaczynał w moim zespole, a perkusista Bernard Wright zaledwie 14. Ojciec przyprowadzał go na próby. Kiedy więc postanowiłem złożyć hołd Warszawie i Powstaniu, zaproponowałem im udział w nagraniu nowej płyty. Pewnie myślisz, że poszedłem do nich i zapytałem, czy wezmą udział w tym projekcie? To byłoby zbyt proste. 

Więc jak to zrobiłeś?

Napisałem do nich niezwykle osobisty list. O moich emocjach związanych z naszą walką o wolność, z którą zresztą moi znajomi ze Stanów się identyfikowali, bo sami przecież walczyli o swobody obywatelskie. O Warszawie, o tym, jak jest dla mnie ważna. I o tym, jak ten projekt jest dla mnie istotny, jak bardzo łączy się z moim życiem. "Chciałbym, żebyśmy oddali hołd wielkiej sprawie" - napisałem. Przepełniony dumą z historii Warszawy dołączyłem linki do informacji o stolicy i Powstaniu Warszawskim. I wysłałem to wszystko muzykom, których chciałem zaprosić do projektu. Byłem naprawdę zdumiony, że naprawdę przestudiowali te wiadomości, a Walter West nauczył się nawet paru słów po polsku. Na przykład "Bóg, honor, ojczyzna". Chciał je rapować na płycie, ale mu odradziłem.

Dlaczego?

Bo to byłaby już przesada. Za dużo, zbyt dosłownie. Choć na płycie "For Warsaw with Love" jest sporo słowa mówionego i śpiewania. Ale przede wszystkim to moja muzyczna podróż z bagażem miłości do czarnych twórców jazzu, bluesa i hip-hopu, groove'u i rhythmu. Jazz zawsze był dla mnie wyrazem protestu przeciw otaczającej rzeczywistości.

Przeciwko czemu chciałbyś zaprotestować?

Z niepokojem obserwuję kryzys systemu demokracji. I to na całym świecie. Denerwuje mnie dzielenie ludzi na grupy i nieakceptowanie siebie nawzajem. Widzę w Polsce wielką nerwowość, napięcie, dużo złości, goryczki, agresji. Chociażby podczas zwykłego jeżdżenia autem. To trąbienie jeden na drugiego, poganianie. Mogłoby być przecież fajniej, spokojniej. Warszawa i cała Polska bardzo się ostatnio zmieniły, rozwinęły. Pięknie Warszawa rośnie.  

O.S.T.R. i Michal Urbaniak podczas koncertu Męskie Granie w 2013 roku (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Ktoś mnie kiedyś nazwał warszawskim łodzianinem w Nowym Jorku. Sam żartuję, że jestem łódzki warszawiak albo właśnie warszawski łodzianin. Nie wiem, jak to trafniej ująć. Szkołę podstawową i liceum kończyłem w Łodzi. Tam zdałem też do szkoły wyższej. Ale wtedy do Łodzi przyjechał Zbyszek Namysłowski i gdy graliśmy razem na jam session, rzucił: "Gdybyś był w Warszawie, mógłbyś grać na saksofonie w moim zespole". Na drugi dzień byłem już w Warszawie, gdzie też dostałem się na studia.  

Dlaczego Warszawa okazała się dla Ciebie tak ważna?

Była dla mnie ważnym punktem odniesienia we wszystkich planach. Mówiłem: "Jak poćwiczę, to dam koncert w Warszawie". I dodawałem: "A jak będę tu dużo grał, wystąpię w Nowym Jorku". I dwa lata po moim przyjeździe do Warszawy poleciałem do Nowego Jorku.

Kiedy zacząłeś marzyć o wyjeździe do Stanów?

Jeszcze w Łodzi, na Piotrkowskiej. W kinie Polonia puszczali amerykańskie filmy z Jamesem Deanem, Avą Gardner, Gregorym Peckiem i Audrey Hepburn. Już wtedy strasznie chciałem pojechać do Nowego Jorku. I się udało. 

Ale jakim cudem? W tamtych czasach?

Pojechałem z jazzowym bandem Andrzeja Trzaskowskiego, który - jako najlepszy zespół zza żelaznej kurtyny - załapał się na trwającą dwa miesiące trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych. Andrzej Trzaskowski, słynny pianista jazzowy, jest ojcem Rafała Trzaskowskiego, obecnego prezydenta Warszawy. Kiedy Rafał miał sześć tygodni, nosiłem go na rękach. Oczywiście on tego nie pamięta, ale sporo opowiadała mu o tym jego mama Teresa Trzaskowska, która zresztą zmarła całkiem niedawno.    

Andrzej był nie tylko pianistą, ale i kompozytorem oraz dyrygentem. Miał ogromną klasę, zawsze nosił się elegancko. Syn uśmiecha się tak samo jak ojciec. 

Opowiesz mi o swojej rodzinie?

Mój chrzestny, wuj Mieczysław, najmłodszy brat mamy, był człowiekiem niezwykle wykształconym, więc został dyrektorem Wólczanki w latach 50. Żeby dostać to stanowisko, musiał wstąpić do partii. Po pracy wracał do domu, włączał Radio Wolna Europa i mawiał: "Zobaczysz, kiedyś Amerykanie przyjadą nas wyzwolić".  

Łódź, 2012. Michał Urbaniak podczas warsztatów jazzowych (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Mama od początku wierzyła, że będę muzykiem. Gdy miałem sześć lat, kupiła mi - na moją prośbę - pierwsze skrzypki. Piłowałem na nich dzień w dzień. Kiedy skończyłem dziewięć lat, wystąpiłem z orkiestrą symfoniczną w Łodzi, w garniturku i krótkich spodniach. Mamusia tak wymyśliła. 

Bardzo Cię wspierała, prawda?

Zawsze. Była krawcową, w swojej szwalni tkała tkaniny i szyła rękawiczki, które rozwoziła po Polsce. Któregoś dnia jechała do Poznania. "Pojadę z tobą i ci pomogę" - zaproponowałem. Wcześniej dowiedziałem się, że w Poznaniu, w centrali muzycznej jest NRD-owski saksofon Weltklang. Gdy pod koniec dnia mama uzbierała około 12 tys. zł, poprosiłem, żeby mi go kupiła. Zdziwiła się, ale zgodziła się, więc szybko pobiegłem do sklepu. Okazało się jednak, że mają remanent. Klękałem przed kierownikiem sklepu, ale był nieugięty. Instrumentu nie sprzedał, ale powiedział mi, że po drugiej stronie rynku jest komis, w którym widział saksofon. Ten kosztował 17,5 tys., czyli fortunę, ale mama wzięła zaliczki od sklepikarzy i zgodziła się je wydać, by spełnić moje marzenie. 

To był selmer, czyli najlepszy saksofon świata. Mam go do dziś. Jest zniszczony, ale wart więcej niż nowy. Gdy wracaliśmy z mamą z Poznania, już w pociągu zacząłem grać na tym saksofonie. Później mama powiedziała: "Dzień, w którym kupiłam Michałowi saksofon, był dniem, w którym straciłam syna". 

Tak było?

Od tamtej pory ćwiczyłem bez wytchnienia. Uzależniłem się od tego saksofonu. Jako 15-latek dawałem koncerty, więc przestałem brać od mamy kieszonkowe. 

Uczyłem się też grać na gitarze, ale byłem niecierpliwy i zarzuciłem to. Mój profesor Mieczysław Szalewski, który uczył mnie skrzypiec, gdy zobaczył ślady od strun gitarowych na opuszkach moich palców, wyrzucił mnie z lekcji. Twierdził, że przeszkadzają mi w dobrej grze na skrzypcach. 

Miałem zaskakującą łatwość gry na każdym instrumencie. Więc grałem po sześć-dziewięć godzin dziennie. Dzięki temu nie musiałem się dużo uczyć ani pomagać w domu. Zresztą mama miała dwie gosposie. 

Michał Urbaniak i Hanna Zdanowska podczas spaceru ul. Piotrkowską w Łodzi, kwiecień 2011 (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Wychowałeś się w zamożnym domu?

Bardzo zamożnym. Mieliśmy okazałą willę na przedmieściach Łodzi, przy ul. Ciasnej 12. Z wielkim ogrodem i basenem. Szwalnia mojej mamy świetnie prosperowała. Wiodło do niej tajne przejście przez podwórko, a na strychu domu były specjalne skrytki dla pracownic. Chowały się w nich, gdy miała przyjść kontrola albo pojawiała się milicja. Miały opracowany wcześniej system ostrzegawczy. Mama dostała pozwolenie na prowadzenie pracowni krawieckiej, ale jednoosobowej. Była inwalidką, więc mogła szyć jedynie chałupniczo. 

Ojczym miał "wariackie papiery", więc gdy trzeba było opóźnić wejście kontrolerów albo milicji, wyjmował opakowany w gazety łom i straszył nim intruzów. Pamiętam, że tylko raz trafił za to do aresztu na Sikawie w Łodzi [podczas wojny niemiecki obóz pracy dla Polaków, od 1955 roku znajduje się tam zakład karny - przyp. red.]. Mama podeszła do siatki aresztu i krzyknęła: "Maniuś, nie martw się, już z prokuratorem załatwione". Całą Łódź miała przekupioną. Bardzo bystra była. I szybka.

Co tydzień z soboty na niedzielę odbywało się u nas party. Przychodziła miejscowa śmietanka. Ja tańczyłem paso doble i popisywałem się przed gośćmi. Któregoś razu przyjaciółka mojej mamy, Zofia Iżykowska, która bywała u nas z mężem, dyrektorem filharmonii, stwierdziła: "Irenko, Michaś ma talent do muzyki, on powinien grać". Usłyszałem to i bardzo się ucieszyłem, bo też wiedziałem, że chcę być muzykiem. Do tańca zaś talentu nie miałem. 

Urbaniak, czyli mój ojciec, uważał natomiast, że grać mogę, ale powinienem zostać lekarzem albo prawnikiem. 

Kim on był?

Tkaczem w podziemnej szwalni mojej mamy. Potem został współwłaścicielem zakładu i dobrze im się wiodło, aż zaczęli się potwornie kłócić. I tak przez kilkanaście lat. Mama mieszkała w jednej połowie domu, ojciec w drugiej. A Michaś uciekł na swoje. I miał spokój. 

Przez 29 lat nie było mnie w Polsce, więc powiedziałem mamie, żeby sprzedała dom w Łodzi i zadbała o siebie. Odstąpiła go dalekim krewnym. Zamieszkała w moim mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu, przy Kochanowskiego 44. Po jej śmierci wujek je sprzedał za grosze. Nie przypuszczałem, że kiedyś znów pojawię się w Warszawie, więc się zgodziłem.  

Michal Urbaniak na uroczystości wręczenia nagród ZAiKS 2019 (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)

A jednak wracasz tu z radością.

Mam mieszkanie na warszawskiej Woli. Bywam w nim kilka razy na rok, gdy moja trasa muzyczna akurat wiedzie przez Polskę. Czuję się w stolicy jak w domu, lubię tu przyjeżdżać. Ale jestem nowojorczykiem z wyboru. Kocham to miasto wielką i szczerą miłością. Tam jako muzyk nauczyłem się najwięcej, tam też najwięcej dokonałem życiowo. Obie moje córki urodziły się w Nowym Jorku. Tam też spotkały mnie najfajniejsze rzeczy i doświadczyłem najpiękniejszych emocji. A mam na myśli przylot do Nowego Jorku i wylot z tego miasta.

Chyba nie całkiem rozumiem.

Nowy Jork potrafi być męczący, ale pięknie męczący, tak, że człowiek fizycznie nie wyrabia. Więc kiedy z niego wylatuję, czuję radość i ulgę. Cieszę się, że wreszcie od niego odpocznę. Gdy wracam, czuję niebywałe szczęście. Takie, że aż mam łzy w oczach. 

Nie masz czasem dość tych ciągłych podróży?

Teraz podróżuję dużo mniej niż dawniej. W latach 80. bywało, że miałem 44 transatlantyckie przeloty rocznie. A oprócz tego loty po Stanach. Przelot, granie, taksi, hotel, znowu granie. Korzystałem wtedy, i dzisiaj korzystam, z każdej nadarzającej się okazji, by uciąć sobie drzemkę. Potrafię zasnąć nawet na pół godziny tuż przed koncertem. To mnie regeneruje.  

Fantastycznie wspominam te czasy. Choć efektem są problemy ze zdrowiem, bo człowiek się nadźwigał sprzętu, no i nigdy nie miałem wakacji. Do dzisiaj nie umiem spokojnie odpocząć. Kiedy jadę na urlop, zawsze biorę skrzypce, saksofon i obowiązkowo laptop. 

Przyjeżdżacie z żoną do hotelu, od razu wyjmujesz instrumenty i zaczynasz grać?

Pierwszą moją czynnością jest włączenie laptopa i podłączenie go do wi-fi. Zawsze. A potem szukam wody i wskakuję do basenu. Nigdy nie wyleguję się na słońcu, bo szybko się opalam. Muszę się pilnować, by nie mówić nic na tematy zawodowe. Dorota [Dorota Urbaniak, żona Michała Urbaniaka i jego agentka - przyp. red.] potrafi się odciąć, a ja nie. Jak mi się coś wymsknie, mówi: "Michał, daj spokój, jestem na urlopie".

Ile najdłużej wytrzymałeś bez robienia muzyki na wakacjach?

Pytasz, ile wytrzymałem bez komputera? Ani sekundy. To niemożliwe!

Michał Urbaniak (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Płytę "For Warsaw with Love" można kupić w Kulturalnym Sklepie .

Michał Urbaniak. Urodził się w Warszawie, wychował w Łodzi. Saksofonista, skrzypek jazzowy, kompozytor i aranżer. Grał z takimi sławami jak Chick Corea, Miles Davis, Marcus Miller i Quincy Jones. Na 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego nagrał płytę "For Warsaw with Love". Córka Urbaniaka, Mika (ze związku z Urszulą Dudziak), też poświęciła się muzyce.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście " Miłość i Swoboda ", kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU