Rozmowa
Elektrownia w Czarnobylu (fot. pixabay.com)
Elektrownia w Czarnobylu (fot. pixabay.com)

Katastrofa w Czarnobylu wydarzyła się 26 kwietnia 1986 roku. Przypominamy wywiad na ten temat.

O jakiej liczbie mówimy?

W publikacjach poświęconych katastrofie najczęściej pojawia się liczba 600-800 tysięcy likwidatorów, górną granicą jest milion osób. Należy uwzględnić także pracowników, którzy budowali Sławutycz, nowe miasto dla mieszkańców ewakuowanej Prypeci.   

Z jakich grup zawodowych byli rekrutowani?

Absolutnie ze wszystkich. Nie miało znaczenia wykształcenie, pochodzenie społeczne, zawód ani sytuacja rodzinna.

I czym mieli się zajmować w Czarnobylu i jego okolicach?

Mówimy o uczestnikach procesu likwidacji skutków katastrofy, chociaż lepszym określeniem byłaby "minimalizacja", ponieważ ten proces trwa do dziś. Obecnie jesteśmy w najlepszym przypadku dopiero na półmetku usuwania skutków wybuchu.

Ale w pierwszej fazie najważniejszym zadaniem było zapobieżenie emisji radioaktywnych gazów ze zniszczonego reaktora. Próbowano to rozwiązać na różne sposoby. Na przykład zasypywano reaktor workami z piaskiem, dolomitem i ołowiem, co było fatalną decyzją, ponieważ ołów wyparowywał i przedostawał się do atmosfery. Obszary kilkadziesiąt kilometrów od reaktora zostały bardzo silnie nim zanieczyszczone. Natomiast końcowym procesem miało być zabudowanie zniszczonego reaktora betonową osłoną, czyli tzw. sarkofagiem. Jego budowę zrealizowano pod koniec 1986 roku i wtedy władze sowieckie uznały proces likwidacji za ukończony.

fot. Paweł Sekuła

Ale, jak wspomniałeś, trwa on do dzisiaj.

I nie zakończył się także wraz z zamknięciem w grudniu 2000 roku ostatniego czynnego reaktora nr 3. Ani w roku 2016 - choć można było odnieść takie wrażenie po pełnym patosu przemówieniu ówczesnego prezydenta Petro Poroszenki - kiedy na stary "sarkofag" nasunięto nową osłonę nazywaną "arką", która ma być trwała przez 100 lat. A 100 lat to dosłownie moment z punktu widzenia okresu aktywności niektórych promieniotwórczych izotopów, bo on wynosi kilka tysięcy i więcej lat. Ten czas ma wystarczyć na rozebranie starego "sarkofagu" i resztki zniszczonego reaktora.

A co jeszcze robili likwidatorzy niedługo po wybuchu? Przekopywali teren? Wywozili ziemię?

Między innymi. Trzeba było zabezpieczyć reaktor i dezaktywować obszary skażone, czyli oczyścić je. Najczęściej stosowaną metodą walki z promieniotwórczym skażeniem było ściąganie wierzchniej warstwy gleby łopatą. Oczywiście bardzo szybko okazało się, że na obszarze 30 kilometrów wokół elektrowni jest to nieskuteczne. Te miejscowości, głównie poleskie wioski, można było czyścić w nieskończoność, a i tak poziom promieniowania bardzo szybko wzrastał do momentu przed dezaktywacją. Wykonano bezsensowną pracę, która kosztowała zdrowie i życie likwidatorów.

Czy oni przechodzili jakieś szkolenia?

Nikt wtedy o to nie dbał. Teoretycznie wojska Obrony Cywilnej Związku Sowieckiego były przygotowane do działań związanych z ochroną ludności i usuwaniem skażeń promieniotwórczych na wypadek wojny nuklearnej między blokiem komunistycznym i państwami NATO. Wszyscy mniej więcej wiedzieli, co należy robić. Nawet w zakładach pracy i szkołach uczono, jak postępować podczas silnego skażenia promieniotwórczego. Jednak kiedy doszło do katastrofy w Czarnobylu, zarówno Armia Sowiecka, jak i cały system OC ZSRS okazały się kompletnie bezradne. Wybuch reaktora i jego konsekwencje różniły się od specyfiki detonacji bomby atomowej. Charakter skażenia był plamisty. Obszary silnie skażone występowały lokalnie, nawet kilkadziesiąt kilometrów od reaktora. Dowództwo wojskowe nie wiedziało początkowo, jak postępować w takiej sytuacji, uczono się "w biegu", brakowało też sprawnego sprzętu.

fot. Paweł Sekuła

Jak reagowała Moskwa? Piszesz w książce o kolejnych dymisjach dowódców tamtego okręgu wojskowego.

Był to rezultat ich niekompetencji. Tak widocznej, że nawet w warunkach sowieckiej propagandy, ukrywania rozmiarów katastrofy, zdecydowano się zwolnić ich ze stanowisk. Niewiele to pomogło, ponieważ ich następcy, poza nielicznymi wyjątkami, też się specjalnie nie wykazali.

Likwidatorzy byli więc "królikami doświadczalnymi"?

Niejednokrotnie tak się czuli.

Obecność ludzi w tak mocno skażonym terenie przez dwa miesiące czy nawet dłużej była niesłychanie szkodliwa dla ich zdrowia. Czy była tego świadomość?

Dla nauki sowieckiej nie było to zupełnie nowe doświadczenie. W słynnej klinice nr 6 w Moskwie leczono pierwszych likwidatorów - strażaków i pracowników elektrowni. Personel kliniki pod kierownictwem Angeliny Guskowej miał już pewne rozeznanie w zakresie chorób popromiennych zebrane w trakcie leczenia ofiar wypadków w pozostałych obiektach jądrowych ZSRS, do których doszło na długo przed katastrofą w Czarnobylu.

Ale sami likwidatorzy chyba nie zdawali sobie sprawy z tego, na co są narażeni? Czytając twoją książkę, miałem wrażenie, że obywatele republik sowieckich byli potraktowani przez Moskwę niczym mięso armatnie.

Zgadza się, i nie był to pierwszy tego typu wypadek w historii sowieckiego przemysłu jądrowego. Podczas pierwszych prób z sowieckimi bombami nuklearnymi na poligony wysyłano żołnierzy, żeby sprawdzić, ile dawek promieniowania jest w stanie znieść ludzki organizm, i prowadzić w dalszym ciągu działania bojowe. Większość z tych osób później zmarła.

W Czarnobylu dowództwo ukrywało przed likwidatorami prawdę, zarówno o poziomie skażenia, jak i liczbie otrzymanych dawek promieniowania. W fazie początkowej bardzo często brakowało sprzętu dozymetrycznego lub był on niesprawny, później coraz częściej zdarzało się, że żołnierze otrzymywali dozymetry, które miały rejestrować dawki promieniowania, ale były one "ślepe".

 

To znaczy?

Likwidatorzy nie mogli sami odczytać wielkości dawek. Po zakończonej pracy oddawali dozymetry do sztabu, tam podłączano je do specjalnego pulpitu i osoba za to odpowiedzialna zapisywała liczbę dawek. Dopiero po zakończeniu służby w czarnobylskiej zonie wydawano likwidatorom (a i to nie zawsze) zaświadczenia z liczbą otrzymanych rentgenów. Przy czym istniała praktyka niewpisywania więcej niż 25 rentgenów.

Dlaczego?

Nie życzyło sobie tego najwyższe kierownictwo sowieckie. To była maksymalna dopuszczalna dawka i teoretycznie taka osoba powinna zostać odesłana do domu. A tak naprawdę pracujący tam ludzie otrzymali wielokrotnie więcej jednostek. Dodam jeszcze, że mówimy o dawkach promieniowania gamma. Były też inne rodzaje promieniowania, a likwidatorzy, oprócz zewnętrznego, otrzymywali również dawki napromieniowania drogą wewnętrzną, np. poprzez inhalacje.

Żołnierze nie dostawali zabezpieczeń? Masek? Skafandrów?

Podstawowym środkiem ochrony była półmaska przeciwpyłowa, chroniła ona jedynie przed wdychaniem promieniotwórczego pyłu. Masek było jednak za mało, nie wymieniano ich regularnie, a po dłuższym okresie użytkowania same stawały się źródłem promieniowania.

Rozumiem, że nie było innego sposobu na ograniczenie promieniowania niż praca rąk ludzkich?

Próbowano zastosować zaawansowaną technologię, łącznie z kosmiczną, ale bez powodzenia. Urządzenia w warunkach dużego promieniowania "wariowały". Sprowadzano roboty z Niemiec i Japonii, które też sobie nie poradziły. W erze atomu i podboju kosmosu łopata okazała się skuteczniejsza od najbardziej wymyślnej techniki. 

fot. Paweł Sekuła

Likwidatorzy mieszkali na miejscu?

W rejonie skażonym niekiedy równie mocno jak ten w granicach 30-kilometrowej strefy. Kilka lat później, kiedy przeprowadzono bardziej szczegółowe badania, okazało się, że obszar silnie skażony radionuklidami jest o wiele większy, niż początkowo się wydawało. Stąd w latach 90. kolejne wielkie przesiedlenia obywateli, które pod względem liczebności nie ustępowały tym z 1986 roku. Na Ukrainie po wybuchu reaktora wysiedlono 91 tys. osób, w latach 90. kolejne 72 tys., a potem jeszcze kilka tysięcy na początku XXI wieku. W Rosji w 1986 roku wysiedlono kilka tysięcy mieszkańców obwodu briańskiego, a w latach 90. prawie 50 tys. Na Białorusi w 1986 roku ewakuowano prawie 25 tys. osób, a w latach 90. - ponad 110 tys.

Piszesz również o ludziach, którzy przyjechali tam dobrowolnie. Dlaczego na przykład artyści się na to decydowali?

Mieli podnosić na duchu likwidatorów, przede wszystkim żołnierzy. Ich morale było bardzo niskie po tym, jak władze oszukały ich i zamiast obiecanych dwóch miesięcy przedłużyły służbę w Czarnobylu do pół roku.

Możemy oczywiście dyskutować, czy aby na pewno wszyscy pojechali tam dobrowolnie. Część - tak, z poczucia obowiązku lub powodowana empatią i współczuciem dla likwidatorów. Dawali w zonie koncerty, czytali swoje powieści.

Jak to było przyjmowane?

Bardzo pozytywnie, niekiedy entuzjastycznie. Koncerty cieszyły się dużym zainteresowaniem, natomiast nie zmieniło to ogólnego położenia tych ludzi i poczucia beznadziei. Nie miało też większego wpływu na poprawę kondycji psychicznej likwidatorów.

Dochodziło tam do samobójstw?

Tak.

Jaka to było skala?

Tego nikt dzisiaj nie jest w stanie precyzyjnie określić, ponieważ wiele samobójstw miało miejsce już po powrocie do domu. Tych ludzi spotkała podwójna tragedia: byli dyskredytowani przez czynniki oficjalne, bowiem władza nie chciała wiązać licznych zachorowań wśród likwidatorów z oddziaływaniem promieniowania jonizującego i pracą tych ludzi w Czarnobylu; i byli też narażeni na brak zrozumienia ze strony społeczeństwa, w tym osób bliskich i przyjaciół, którzy nie pojmowali, co się z nimi działo.

fot. Paweł Sekuła

Do Czarnobyla likwidatorzy wyjeżdżali, będąc zdrowymi ludźmi, a wracali jako zniedołężniali weterani, szybko się męczyli, nie mieli dość sił, aby wykonywać swoją pracę, spełniać swoje obowiązki głowy rodziny. Zwiększyła się liczba rozwodów w tej grupie poszkodowanych, likwidatorzy bywali porzucani przez żony i rodziny. Z kolei w miejscach pracy uważano ich za symulantów, zwalniano z fabryk i zakładów. Niektórzy reagowali na tę sytuację samobójstwem.

Na miejsce wysyłano też ginekologów, którzy mieli dokonywać aborcji.

Kobiety, które mieszkały na skażonym terenie, decydowały się na zabieg głównie ze strachu przed skutkami promieniowania. Inne były do tego zmuszane. Obawiano się urodzeń mutantów. Był w tym pewien tragiczny paradoks: działo się to w kraju, gdzie bardzo popularne było odwiedzanie tzw. kunstkamer, czyli gabinetów osobliwości, w których jedne z eksponatów stanowiły zdeformowane ludzkie płody zatopione w formalinie. Taka forma "rozrywki" i spędzania wolnego czasu w połączeniu ze strachem przed promieniowaniem mogły oddziaływać destrukcyjnie na wyobraźnię ludzi. Nawiasem mówiąc, szczyt zainteresowania kunstkamerami przypadł w Rosji na okres wkrótce po wybuchu w Czarnobylu - pod koniec lat 80.

Straszne. W trakcie likwidacji doszło do buntu jednej z kompanii.

Mowa o Łotyszach i Estończykach.

Dlaczego właśnie oni?

Bałtowie wyróżniali się na tle innych republik sowieckich znakomitym zorganizowaniem i dużą świadomością narodową. Przez Moskwę uważani byli za niebezpiecznych przeciwników reżimu. Oczywiście wszystkie narody ZSRS doświadczyły różnych form represji, których ostatecznym celem była narodowo-kulturalna unifikacja wchłoniętych weń społeczeństw, ale wobec narodów nadbałtyckich zastosowano szczególnie brutalne i przemyślane metody rusyfikacji. Realizowano je również w epoce Gorbaczowa, przede wszystkim poprzez napływ rosyjskojęzycznej ludności spoza republik - głównie Rosjan, Ukraińców i Białorusinów. Dlatego Łotysze i Estończycy jadący do Czarnobyla byli kompletnie pozbawieni złudzeń co do prawdziwych intencji Moskwy. O ile na przykład na Ukrainie czy Białorusi spora część społeczeństwa wierzyła jeszcze w możliwość zreformowania systemu, w obietnicę poprawy socjalizmu, to Łotysze i Estończycy doskonale uświadamiali sobie konsekwencje kolonialnego statusu swoich ojczyzn. W Czarnobylu wykazali większy krytycyzm, byli mniej podatni na propagandę i manipulację władzy.

I nie zgadzali się na wykonywanie niektórych rozkazów?

Tak. Byli bardziej zdeterminowani, żeby bronić swoich praw.

Książka doktora Pawła Sekuły ukazała się nakładem Wydawnictwa PWN (fot. archiwum prywatne)

Na czym polegał ich bunt?

Kroplą, która przelała czarę goryczy, była wspomniana już decyzja władz o przedłużeniu służby rezerwistów w Czarnobylu do pół roku. Wielu odebrało ją jak wyrok śmierci. Estończycy zdecydowali się na strajk, odmawiali dalszej pracy, zażądali rozmów z najwyższym dowództwem wojskowym i cywilnym. Protestowali, choć w łagodniejszej formie, także żołnierze z Łotwy. Na liście żądań znalazły się m.in. przywrócenie dwumiesięcznego okresu służby oraz demobilizacja żołnierzy, którzy zaczynali już odczuwać zdrowotne skutki pracy w niebezpiecznych warunkach.

Czy Czarnobyl można uznać za początek transformacji ustrojowej krajów nadbałtyckich?

Na pewno był ważnym impulsem. Po 1986 roku pojawiły się tolerowane przez władzę organizacje ekologiczne. Bardzo szybko do dyskusji zostały włączone hasła związane z suwerennością gospodarczą, a następnie niepodległościowe.

Dyskusja o likwidatorach jest obecna w byłych republikach radzieckich?

Prawie jej nie ma. Na Łotwie i w Estonii powstały stowarzyszenia Związku Czarnobyl, zrzeszające głównie likwidatorów, ale też osoby przesiedlone z Białorusi i Ukrainy. Organizacje te starają się wpływać na poprawę życia czarnobylców, organizują też spotkania rocznicowe, konferencje etc., natomiast nie ma w tych państwach szerszej debaty na temat wieloaspektowych skutków katastrofy. Najgorzej sytuacja przedstawia się na Litwie, ponieważ tam nie powstała nawet rodzima organizacja czarnobylska, likwidatorzy nie mają dostatecznych gwarancji socjalnych.

Jak sobie poradzono z Czarnobylem w latach 90. na przykład na Ukrainie?

W lutym 1991 roku przyjęto tzw. ustawy czarnobylskie, które gwarantowały socjalną i prawną ochronę osobom poszkodowanym w katastrofie, a także, co najważniejsze, precyzowały status osoby poszkodowanej w rezultacie katastrofy - likwidatorów, osób przesiedlonych i stale zamieszkujących obszary skażone. Niestety, od momentu powstania państwa ukraińskiego nie wypłaca się czarnobylcom nawet jednej trzeciej przysługujących im kompensacji. Warto również zwrócić uwagę, że liczba osób poszkodowanych w latach 2000-2012 uległa zmniejszeniu o ponad jedną trzecią. W tym czasie budżet Ukrainy zwiększył się ponadsześciokrotnie, ale jednocześnie środki na ochronę ludności poszkodowanej zostały zredukowane siedmiokrotnie.

O jakich kwotach mówimy?

Na początku lat 90. 15 proc. budżetu Ukrainy było przeznaczone na minimalizację skutków katastrofy, głównie jednak na opiekę socjalną i medyczną osób poszkodowanych, na Białorusi było to aż 17 proc. Na początku XXI wieku było to już kilka procent.

Prypeć (fot. Paweł Sekuła)

Kilka, a wcześniej kilkanaście procent budżetu to dużo.

Na samej Ukrainie w połowie lat 90. osób posiadających status poszkodowanych w katastrofie było ponad 3 mln. Władze, niezależnie od opcji politycznej kolejnych rządów, nie realizowały "ustaw czarnobylskich". Przez prawie 30 lat próbowały zamieść sprawę czarnobylców pod dywan. Z drugiej strony zaczął się proces deprecjonowania bohaterów Czarnobyla.

W jakim sensie?

Pojawili się tzw. łże-czarnobylcy, czyli osoby, które nielegalnie otrzymały ten status. Choć oczywiście są w mniejszości, ta mniejszość przez władze ukraińskie została przedstawiona jako dominująca, mówiono nawet, że ponad 50 proc. likwidatorów to oszuści, co było nieprawdą. Wobec osób poszkodowanych zastosowano odpowiedzialność zbiorową. W konsekwencji w społeczeństwie utrwalił się obraz czarnobylca jako osoby roszczeniowej, żyjącej na koszt społeczeństwa. To miało fatalne skutki, ponieważ dla ofiar jakiejkolwiek katastrofy bardzo ważne jest wsparcie państwa i reszty społeczeństwa. Nie chodzi tylko o pomoc materialną. Ofiary muszą wiedzieć, że ktoś im współczuje.

*wywiad opublikowaliśmy po raz pierwszy w 2019 roku.

Dr Paweł Sekuła. Historyk, kulturoznawca. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Pracownik naukowo-dydaktyczny w Katedrze Ukrainoznawstwa na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Od wielu lat prowadzi badania dotyczące różnorodnych konsekwencji katastrofy jądrowej w Czarnobylu. Autor artykułów naukowych oraz monografii poświęconych katastrofie. W 2018 r. odznaczony przez Społeczny Związek "Czarnobyl" Łotwy, zrzeszający uczestników likwidacji skutków katastrofy czarnobylskiej, medalem Znak Honoru - "Za znaczący wkład na rzecz zachowania pamięci historycznej o katastrofie czarnobylskiej dla przyszłych pokoleń i ludzkości".