Rozmowa
'365 obiadów za 5 złotych' (fot. wikimedia.org / domena publiczna)
'365 obiadów za 5 złotych' (fot. wikimedia.org / domena publiczna)

"Jeden tylko jest Szekspir i jedna jest tylko Ćwierczakiewiczowa".

Świetne, prawda? Tak o sobie mówiła, bo miała poczucie humoru. Ale dużo jest też w tym prawdy. Coraz bardziej zdawałam sobie z tego sprawę, zbierając kolejne informacje o Lucynie Ćwierczakiewiczowej. Im więcej ich miałam, tym bardziej ją podziwiałam, bo w jej czasach nie było w Polsce wielu takich kobiet. A już na pewno ich nie lubiano. Na sympatię zasługiwały miłe, ładne i delikatne. Ich zadaniem było wyjść dobrze za mąż i wzorowo prowadzić dom. Lucynie się to udało, ale jednocześnie zrobiła olbrzymią karierę. Była niezwykle nowoczesna, wyprzedzała swoje czasy.

Czasy, w których kobiety nie mogły ani studiować, ani głosować.

Ani nawet pracować bez zgody męża. Lucyna zaś nie tylko pracowała, ale także zachęcała do większej aktywności i niezależności inne kobiety, wierne czytelniczki jej publikacji.

Co wielu mogło się nie podobać.

I nie podobało się. Jedni zazdrościli jej sukcesu, inni nie akceptowali tupetu. A do tego dochodziła zawiść w zatęchłym mentalnie świecie drugiej połowy dziewiętnastego wieku.

Co ją, mam wrażenie, jeszcze bardziej determinowało do działania.

Szła jak burza i używała do osiągnięcia celów najnowocześniejszych metod. Nawiązywała na przykład relacje z dziennikarzami, których informowała, jak się sprzedają jej książki, i że kolejna jest już w przygotowaniu. Promocję miała opanowaną jak nikt inny. Była prekursorką dzisiejszych energicznych i zaradnych kobiet z korporacji, które torują drogę kolejnym. Pomagała kobietom traktowanym wtedy jak gorszy gatunek i doradzała w sprawach kuchni, urządzenia wnętrz, higieny i zdrowia. Ćwierczakiewiczowa była nie tylko panią od obiadów, ale bardzo skuteczną edukatorką.

I samoukiem.

Ubolewała, że nie mogła się kształcić, choćby na pensji dla panien, bo o uniwersytecie nie było nawet mowy. Dlatego zamiast czytać romanse i leczyć wapory, zdobywała wiedzę. Chłonęła ją jak gąbka przez całe życie.

Zdjęcie opublikowane w czasopiśmie 'Biesiada Literacka'. T. 51, 1901 nr 11 s. 198 (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)

Wychowała się w tradycyjnym kalwińskim domu z przewidzianymi dla dobrze wychowanej panny lekcjami niemieckiego i francuskiego oraz tańca i gry na fortepianie. Jak z tak konserwatywnego domostwa wyszła tak nowoczesna i przedsiębiorcza kobieta?

Ćwierczakiewiczowa powiedziała kiedyś, że jej sukcesom przysłużyło się ranne wstawanie - dzień w dzień o szóstej. Ambitna, pracowita i systematyczna, miała cnoty szczególnie cenione przez protestantów. Dodajmy do tego dobrze wykorzystaną inteligencję i ciekawość świata. Miała też drugie, bardzo udane małżeństwo (pierwsze było klęską). Dostawała silne wsparcie od Stanisława Ćwierczakiewicza, inżyniera pracującego w państwowym, czyli carskim, urzędzie.

Drugiego męża wybierała długo i ostrożnie.

Podejrzewam, że z wzajemnością, bo nie była - co tu dużo gadać - atrakcyjną kobietą. I do tego rozwódka, czyli w tamtych czasach niewiasta podejrzanej konduity. Jednak może z pomocą matki, lub swatki, udało się znaleźć kandydata, który okazał się wspaniałym małżonkiem. Oboje zdawali sobie sprawę, że udane małżeństwo jest obustronnym wysiłkiem.

I świetnie się uzupełniali.

To prawda. Lucyna miała ognisty temperament, a Stanisław był spokojny, spolegliwy. Miała w nim prawdziwego partnera, któremu nie przeszkadzało, że zaczęła zarabiać więcej niż on. Lucyna liczyła się z nim, bardzo o niego dbała, a zwłaszcza o jego żołądek. Pannom na wydaniu szczerze radziła: "Chcesz miłości, atakuj żołądek".

Nie tylko mężowi dogadzała.

Uwielbiała u niej bywać elita Warszawy. Wszyscy wiedzieli, że obiad czy kolacja u Ćwierczakiewiczowej to prawdziwa uczta. To właśnie podczas jednej z biesiad narodził się pomysł napisania poradnika kulinarnego. Usłyszała wtedy, że jeśli stół potraktować jak scenę, a potrawy jak aktorów, to ona jest znakomitą reżyserką. Zaciągnęła więc pożyczkę u znajomego Jana Epsteina i po sześciu miesiącach narodziła się jej pierwsza książka "Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast", a potem w 1860 roku legendarne "365 obiadów za 5 złotych" - wielokrotnie wznawiany bestseller. Zresztą wszystkie jej książki były bestsellerami.

(fot.materiały prasowe)

Spotkania przy stole były dla niej nie tylko wydarzeniem towarzyskim, ale, co może ważniejsze, okazją do zdobycia cennej wiedzy.

Lucyna zapraszała wykształconych ludzi, by ich podpytać o interesujące ją kwestie wykorzystywane potem w książkach. Kiedy w salonie Deotymy wysłuchiwano kolejnego nudnego wiersza, w salonie Lucyny dyskutowano o zdrowiu, higienie, kulinariach i nowinkach technicznych. Wie pan, ktoś mnie zapytał, za co pokochałam Ćwierczakiewiczową. A ja jej nie pokochałam.

Bo trudna też była do pokochania.

Ja ją podziwiam. Za jej kreatywność, spryt, inteligencję. Ćwierczakiewiczowa jest prekursorką współczesnych kobiet biznesu. Była odważna, nowoczesna, łamała bariery, nie liczyła się ze śmieszną, sztuczną etykietą. W działaniach i sposobie życia wyprzedziła swoją epokę. Uważała, że kobiety mogą stworzyć gospodarczą potęgę. Uporczywie i skutecznie przekonywała je, by kształtowały swój los. Nie tylko nakłaniała do konkretnych zajęć, ale ich uczyła. Podawała nawet adresy ewentualnych kontrahentów. W jej książkach, kalendarzach i artykułach znajdziemy szczegóły dotyczące na przykład suszenia owoców, robienia nalewek, zbierania ziół, krawiectwa czy higieny.

Dzisiaj można się od niej czegoś dowiedzieć?

Oczywiście. Jej przepisy i rozmaite patenty żyją. To od niej dowiedziałam się na przykład, jak ugotować dobry rosół albo ziemniaki. Nawet najpopularniejsze blogerki kulinarne używają dzisiaj przepisów Lucyny. Marta Dymek, prowadząca bardzo poczytnego bloga Jadłonomia, podkreśla, że najlepsze klopsy wychodzą wtedy, kiedy dodamy do nich - za radą Ćwierczakiewiczowej - starty czosnek i kapary. Nie tylko w poezji, jak się okazuje, ale także w klopsie może przetrwać coś cennego i wyjątkowego.

Nie da się ukryć.

Lucyna nie marzyła o tym, by jej nazwisko przetrwało wieki. Cel miała jasny: nieść wsparcie i pomoc kobietom. Z tymi najbiedniejszymi włącznie. Skoro stać je było tylko na przygotowanie zapomnianej dzisiaj prażuchy, dała najlepszy na nią przepis. Nie pisała więc tylko o drogich bekasach i kwiczołach, z czego śmiał się uwielbiający ją Bolesław Prus.

"O czym u nas nie marzył Mickiewicz, to zdobyła pani Ćwierczakiewicz" - pisał.

I nie ma w tym wielkiej przesady, bo Ćwierczakiewiczowa była od Mickiewicza skuteczniejsza. Czytały ją wszystkie Polki, a ona w kolejnych książkach zamieszczała odnośniki do wcześniejszych. Taki miała zmysł marketingowy.

(fot. materiały prasowe Wydawnictwa Literackiego)

Do wybranych wysyłała też z książką gratisy - nalewkę albo gruszki w occie.

Dzisiaj ludzie kończą studia z marketingu i promocji, a ona takie rzeczy robiła już w dziewiętnastym wieku. Była Ćwierczakiewiczowa najprawdziwszą wizjonerką.

Ale też raptusem, co sprowadziło na nią nieraz kłopoty.

Wychodziła z nich zwykle obronną ręką, do czasu wydania "Kalendarza", w którym opisała swoje "damy do towarzystwa". Niektóre chwaliła, część z nich skrytykowała, wskazując, kim są. To wywołało burzę medialną. Najostrzej potraktowali ją ci, którzy tylko czekali, by strącić z piedestału "grube, bogate babsko". Mąż by ją przestrzegł przed konsekwencjami niedyskrecji, ale Stanisław od dwunastu lat nie żył. Dotknięta zmasowanym atakiem, usunęła się w cień. Nie miała już takiej siły jak kiedyś, gdy zatrzymała na Krakowskim Przedmieściu dorożkę i zmusiła jadącego nią zamożnego włościanina, żeby zdjął z nóg skórzane buty i oddał je potrzebującym zesłańcom na Syberię.

Zawsze gotowa do pomocy.

Widziała dziewczyny zjeżdżające do Warszawy, które nie mogąc znaleźć pracy, zostawały prostytutkami. Widziała, jak żyje w stolicy zubożałe ziemiaństwo. Instruowała kobiety krok po kroku, jak założyć hodowlę jedwabników i gdzie sprzedać kokony. Pisała prostym, zrozumiałym językiem. Informowała gdzie i kiedy kupić najtańszą rybę na wigilię. Nigdy nie zapominała o potrzebujących, a rodaków zmuszała wręcz do ofiarności. 

Narzekanie, użalanie się nie było w jej stylu. Ćwierczakiewiczowa dodawała kobietom skrzydeł, szukała rozwiązań, wymyślała ulepszenia. To ją zajmowało, a nie trwonienie majątku na błahostki. Dzisiejsze kobiety mogą się od niej sporo nauczyć. Gdyby żyła teraz, nie wydałaby pieniędzy na kolejną kosztującą fortunę torebkę albo na botoks. Ważniejsze było dla niej przygotowanie kolejnego "Kalendarza" na następny rok.

Powiedzmy zatem, czym były wspomniane już "Kalendarze" Ćwierczakiewiczowej.

Genialnym kompendium wiedzy rozpisanym na kolejne miesiące roku, z którego kobieta mogła się dowiedzieć, jak najlepiej ugotować makaron, jak wywabić plamę, kiedy drzeć pierze, kiedy i jak przygotować najlepsze nalewki albo jak przewozić latem surowe mięso. Pamiętam z czasów socjalizmu, że kiedy do rodziców przychodziła pani z cielęciną, to transportowała ją według zaleceń Ćwierczakiewiczowej. Ale jej geniusz polegał także na tym, że co roku, wydając kolejny "Kalendarz", uaktualniała poprzedni i dodawała nowinki. Dlatego każda gospodyni musiała co roku kupować następne wydanie.

Nowinki, które zbierała wszędzie.

To właśnie od swojej kucharki nauczyła się perfekcyjnego gotowania makaronu. Nie twierdziła, że zjadła wszelkie rozumy.

Marta Sztokfisz (fot. Albert Zawada / materiały prasowe)

Ile książek sprzedała Lucyna Ćwierczakiewiczowa?

Napisała dziesięć książek, sprzedała z pewnością kilkaset tysięcy egzemplarzy. Same dwadzieścia wydań "365 obiadów" rozeszło się w blisko stutysięcznym nakładzie. Kiedy w PRL-u wydano kompilację jej tekstów, sprzedano sto tysięcy egzemplarzy. Dodajmy inne jej książki, wznowienia, "Kalendarze" i redagowaną przez dwadzieścia sześć lat rubrykę w "Bluszczu". Sukces Lucyny jest naprawdę ogromny, i jej pracowitość także.

Rozmawiałem parokrotnie z Maciejem Nowakiem, także zwanym przez niektórych panem od obiadów, o tym, jak nie szanujemy wielkiej polskiej tradycji kulinarnej, która jest integralną częścią naszej kultury. Myśli pani, że kiedyś zostanie powołany w Polsce Narodowy Instytut Kulinarny im. Lucyny Ćwierczakiewiczowej, zajmujący się archiwizowaniem i promowaniem naszej kuchennej tradycji?

To rewelacyjny pomysł. Naprawdę mamy co dokumentować, mamy też czym się chwalić. Taki instytut powinien powstać na chwałę stulecia niepodległości. Już się nazachwycaliśmy kuchniami świata, nie znając tak naprawdę własnej. Czas, by świat się o niej dowiedział i się w niej rozsmakował.

Może pani książka będzie inspiracją dla decydentów?

Zastanowię się, komu by ją wysłać. Może pan ma też jakiś pomysł?

KSIĄŻKĘ MOŻNA KUPIĆ W PROMOCYJNEJ CENIE>>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Marta Sztokfisz. Pisarka, publicystka, autorka dziesięciu książek biograficznych. Do księgarni, nakładem Wydawnictwa Literackiego, trafiła właśnie jej najnowsza: "Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia".

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".