Rozmowa
Magda Brzeska na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)
Magda Brzeska na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Po wyborach samorządowych napisała pani na Facebooku: "życie nie ma sensu". Dlaczego?

Przyczyna była prosta. Przed wyborami zwróciłam się na Twitterze do każdego z kandydatów na prezydenta Warszawy. Nawet do tych mniej znanych. To było już po telewizyjnej debacie, podczas której prężyli się niczym koguty przystrojone w eleganckie piórka. Zapytałam, jak po ewentualnej wygranej podejdą do procesów o odszkodowania dla ofiar reprywatyzacji. Nikt mi nie odpowiedział. Ani jeden. Trzaskowski mnie olał, tak samo Jaki. Nic nie odpisał Śpiewak, i to mnie najbardziej zaskoczyło, a nawet zgorszyło. Bo opowiada, jak działa na rzecz warszawskich lokatorów, robi mapę reprywatyzacji, a na moją wiadomość nie odpisuje.

Na jaką odpowiedź pani liczyła?

"Będę walczyć" albo "nie można czegoś ze względów proceduralnych, ale co będę mógł, to zrobię". Zupełnie by mi to wystarczyło. A oni mnie zlekceważyli. Jedną z czterdziestu tysięcy osób poszkodowanych w wyniku reprywatyzacji. Zlekceważyli istotny problem społeczny. Pomyślałam sobie: nic się nie zmieni.

Afera reprywatyzacyjna mocno zaistniała w kampanii warszawskiej. Aż dziwne, że do pani się nie zwrócono. Byłaby pani idealnym symbolem dla walczących z dawnym "układem".

Wiedzieli, że nie jestem bezwolną kurą, która daje się przestawiać i która będzie gdakać, co jej się każe. Mam swoje prospołeczne poglądy, jestem za ludźmi, a nie za partiami. Robię to, co uważam za potrzebne. Staram się omijać brudny świat polityki.

Jeden z posłów Platformy, który mieszka w mojej miejscowości, na Twitterze wypisywał różne rzeczy o mojej mamie. Do mnie nigdy się w tej sprawie nie odezwał, nie zapytał, czy potrzebuję pomocy. Napisałam mu, żeby przestał wycierać klawiaturę Jolantą Brzeską. Więcej nic nie opublikował na ten temat.

Otwarcie skweru im. Jolanty Brzeskiej (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Wiązała pani nadzieje na rozstrzygnięcie sprawy odszkodowań z kandydaturą Patryka Jakiego?

Możliwe, że tak by się stało, bo on w tym temacie siedział dość mocno. Nie chcę wychwalać Jakiego, ale jednak on wysłuchał historii prześladowanych ludzi. Może spojrzałby na nich po wygraniu wyborów trochę z innej perspektywy niż obecne władze Warszawy? Może nie kierowałby spraw o odszkodowania do sądu? Może nie powtarzałby jak mantrę, że bez dużej ustawy reprywatyzacyjnej się nie da?

A jednak to za kadencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego w ratuszu wydano decyzję o przekazaniu nieruchomości przy Nabielaka, w której mieszkali pani rodzice.

Ja nie szukam winnych w partiach. Nie mówię: zwrot Nabielaka podpisał ktoś od Kaczyńskiego, a inny polityk zrobił coś innego. To nie ma znaczenia. Platforma nic nie zrobiła, żeby pomóc lokatorom. Ignorowała ich. Brakowało rozwiązań systemowych. Każdy robił, co chciał. Wolna amerykanka. Moja mama ostatnie pismo do ratusza zarządzanego przez HGW napisała 28 lutego 2011 roku i nie dostała żadnej odpowiedzi. Razem ze znajomymi składali zawiadomienie o zorganizowanej grupie przestępczej do Ministerstwa Sprawiedliwości i prokuratury, też ich olano. Niespecjalnie interesowały się też media. Przed śmiercią mojej mamy przychodziła do nas jedynie Iza Michalewicz, której nikt nie chciał opublikować reportażu. Później za ten tekst dostała nagrodę "Grand Pressa". Gdziekolwiek rodzice o tym próbowali opowiedzieć, to robiono z nich wariatów.

O co mama walczyła?

Uważała, że są pewne zasady sprawiedliwości, których trzeba się trzymać. Jeżeli umawiamy się, że na drodze dozwolona prędkość to 70 kilometrów na godzinę, to wszyscy jedziemy 70, a nie 150. Nie była typem awanturnika, pieniacza sądowego, nie lubiła się kłócić. 

Co wydawało się jej najbardziej niesprawiedliwe?

To, że przychodzi jakiś facet, taki na przykład M., nigdy nie pokazuje dowodu osobistego, do naszego domu wchodzi jak do siebie i mówi: to jest moje mieszkanie. Czasem przyprowadza swojego asystenta osiłka. Piłuje sztaby w drzwiach. Wystawia naszą pralkę z pralni. Pisze pisma, w których straszy nas wyrzuceniem rzeczy z sutereny. Obcina całe ogrodzenie budynku. Takie fajne metalowe kikutki. Nie wiem, dlaczego one mu przeszkadzały.

Otwarcie skweru im. Jolanty Brzeskiej (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Ostatecznie Marek M., po negocjacjach, zaproponował pani rodzicom 120 tysięcy złotych "rekompensaty" za wyprowadzkę z mieszkania.

Tak, i moja mama na to przystała. Miała tylko jeden warunek: formalności zostaną załatwione u notariusza. Nie chciała przyjąć gotówki. Pod tym względem była bardzo strachliwa, bardzo się bała nosić pieniądze przy sobie. Wiele lat wcześniej złodziej w autobusie próbował ją okraść i pociął jej torebkę żyletką.

Umówili się więc u notariusza. Pół godziny przed spotkaniem ktoś zadzwonił, że spotkanie się nie odbędzie. Mamę to zestresowało. Miała nadzieję, że wszystko pójdzie, jak ustalili, a tu nie wiadomo z jakiej przyczyny podpisanie umowy przełożone. Zbliżał się nowy termin. Znów został odwołany.  Spotkanie anulowane na kilka godzin przed spotkaniem. I tak było kilka razy. Mama przestała planować, że cokolwiek z tego wyjdzie. I nie wyszło, nie dożyła tej chwili. Rodzice nigdy nie dostali tych pieniędzy.

Jak pani myśli o tym przekładaniu terminów, to co pani przychodzi do głowy?

Staram się nie wykonywać pracy śledczej, nie zastanawiać się, czy coś z czegoś wynika, czy coś się z czymś łączy. Stwierdziłam, że jeśli tak zacznę robić, to zwariuję. A i tak byłam w bardzo ciężkim stanie. Choć są tacy, którzy twierdzą, że mnie śmierć matki w ogóle nie obeszła. Nie widzieli, co się ze mną działo, co przeżywałam w czterech ścianach mojego domu. Nie wiedzieli, że wolę wziąć środki uspokajające, niż rozpaczać wniebogłosy. Uważam, że spokojem na pogrzebie wyraża się szacunek.

Pani mama zginęła w płomieniach, to wiemy na pewno. Dochodzą hipotezy dotyczące okoliczności. Pierwsza wersja śledczych to samobójstwo.

Jeżeli miałaby popełnić samobójstwo, to nie w środku lasu. Moja mama kochała las, ale bała się go, nawet u mnie pod Warszawą nie chodziła nigdy na samotne wycieczki do lasu. To byłoby wbrew jej charakterowi, zupełnie do niej niepasujące. Nikt mnie nie słuchał! Wszystkie jej dokumenty, torebka zostały w mieszkaniu na Nabielaka. Miała przy sobie tylko zegarek i klucze. Nie znaleziono przy niej aparatów słuchowych, nie wtopiły się w ciało. Miała spory ubytek słuchu. Aparaty założyła niecały rok wcześniej, wszędzie w nich chodziła, zdejmowała je jedynie na noc. Do tej pory się nie odnalazły.

Inna teoria mówiła o tym, że pani mama zginęła, bo działała przeciwko tak zwanej mafii reprywatyzacyjnej.

Teorii było mnóstwo. Moja mama nie miała wrogów, wszyscy ją lubili, była bardzo otwarta i pomocna, z wszystkimi rozmawiała. Gdy jeszcze pracowała, wiele osób przychodziło do niej na imieniny, przynosili jej kwiaty. Potem, mimo że już odeszła na emeryturę, koleżanki nadal o niej pamiętały, dzwoniły do niej. Gdziekolwiek się pojawiała, to roztaczała wokół siebie dobrą atmosferę. Miała wiele interesujących rzeczy do powiedzenia, dużo czytała, potrafiła ciekawie dyskutować, mówiła ładnym językiem.

Pracowała w wydawnictwach.

Była tam sekretarką. Miała tylko średnie wykształcenie, kończyła maturę ze mną w brzuchu. Chyba późniejszym doczytywaniem rekompensowała sobie brak studiów. Zawsze starała się szukać argumentów, uzasadnień, nie mówiła: ty jesteś głupi i tyle. Mnie też tego uczyła.

Niektórzy twierdzili, że miała intuicję prawniczą. Nic takiego! Po prostu przychodziła do mnie i mówiła: ty miałaś podstawy prawoznawstwa na pierwszym roku ekonomii, masz może jakąś książkę o tym? Tłumaczyła innym, żeby odrobili pracę domową - przeczytali jedną, drugą ustawę. "Też będziecie mądrzy" - mówiła. Wieczorami siedziała nad przepisami, podkreślała flamastrami odpowiednie fragmenty. Była bardzo skrupulatna, wszystkie ustawy miała poukładane w segregatorze. Każdy mógł to zrobić. To nie wymagało polotu czy wykształcenia, a pracowitości. Uważała, że przy swoich sprawach trzeba posiedzieć, uzupełnić wiedzę.

Patryk Jaki podczas posiedzenia komisji weryfikacyjnej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Przed reprywatyzacją mama też działała społecznie?

Nie, i powiedzmy sobie szczerze: mama nie działała społecznie. Dopiero później zrobiono z niej superdziałaczkę, legendę, bo potrzebna była osoba na flagę, na symbol. W rzeczywistości rodzice walczyli dla siebie. Gdy były blokady organizowane przez innych lokatorów, to owszem, oni też tam szli, bo potem ktoś przychodził do nich. To działało bardziej na zasadzie wymiany niż chęci stworzenia ruchu społecznego.

Problem w środowisku lokatorów polegał na przejściowości sytuacji. Ludzie byli zagrożeni eksmisją reprywatyzacyjną, angażowali się, a jutro nowy właściciel kamienicy wywalał ich z mieszkania i problem przestawał ich dotyczyć. Myśleli, jak dalej przetrwać, jak zapomnieć. Chcieli zaczynać nowe życie, stare odkreślić grubą kreską. Tylko nieliczni zostawali w rozdrobnionych ruchach lokatorskich, przeważnie wokół konkretnych nieruchomości lub dzielnic. Fajnie, gdyby kiedyś się dogadali mimo różnic politycznych. Ikonowicz ze Śpiewakiem, lewicowi z prawicowymi.

Pani nie chciała się zaangażować w ruch lokatorski?

Nawet jak jeszcze żyła moja mama, nie angażowałam się w jego działania. Pojawiłam się może na dwóch demonstracjach. Przychodziłam na rozprawy. Nigdy nie czułam tego tematu. Była to sprawa moich rodziców. Miałam wrażenie, że oglądam film.

Co było najtrudniejsze dla bohaterów tego filmu?

Kiedyś nawet rozmawiałam o tym z mamą. Mówiła, że dom to bezpieczeństwo, a bezpieczeństwo to podstawa. Proszę więc sobie wyobrazić, co czuli ludzie, którym to odbierano. Tata zmarł w 2007 roku na raka. Szybka diagnoza i w ciągu tygodnia śmierć. Na pewno kwestia mieszkania przyłożyła się do pogorszenia stanu jego zdrowia. Uważam go za cichą ofiarę reprywatyzacji.

Problem też dotykał rodzin jako bliskich sobie ludzi, zmieniających się pod wpływem kłopotów. Obserwowałam to u nas. Moja rodzina żyła kolejnymi pismami, wnioskami. Mama, gdy już nie żył tata, pierwsze, co robiła po moim wejściu do domu, to wyciągała segregator i pokazywała nowe listy polecone. Mówię: mamuś, ja ci chciałam opowiedzieć o twoim wnuku, o moich sprawach. W jej mózgu siedziały przede wszystkim sądy, reprywatyzacja, M. Potem się odkręcała i już rozmawiałyśmy normalnie. Przypominało mi to fiksację, jak u osoby z autyzmem. Wiem, co mówię.

Dlatego pani wolała stać z boku?

Mam czternastoletniego syna z autyzmem, którego samodzielnie wychowuję. Dokładanie sobie problemów, które bezpośrednio mnie nie dotknęły, przygniotłoby mnie zupełnie. Każdy mój dzień to walka o pieniądze i o czas.

Aktualnie nie pracuję. Przez prawie 20 lat byłam sekretarką, bardzo to lubiłam, nie tylko ze względu na pieniądze. Zatrudnienie na cały etat nie wchodzi w grę, odkąd Misiek coraz częściej zapada na depresję. Praca na pół etatu się nie opłaca, bo stracę zasiłek. Kto będzie siedział wtedy w domu z Misiem, gdy ja będę w pracy, a on nie da rady pójść do szkoły? Mój syn ma 90 procent nieobecności w szkole. Kto zajmie się odrabianiem z nim lekcji? Ktoś musi się nim opiekować. Uczyć go samodzielności, po to by kiedyś jak najlepiej funkcjonował w społeczeństwie.

Chciałabym pracować, mieć kontakt z ludźmi, brakuje mi tego. Niestety, mam związane ręce.

Demonstracja stowarzyszeń lokatorkich przed Komendą Stołeczną Policji w sprawie niewyjaśnienia morderstwa Jolanty Brzeskiej (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Na portalu Pomagam.pl umieściła pani swój apel z prośbą o pomoc: "To wszystko mnie przerasta już. Psychicznie. Dlatego, że czuję, że zawiodłam. Że nie daję już rady. Że nie czuję dobrze prosząc o pomoc. Że chciałabym być niezależna". I napisała pani, że jest córką Jolanty Brzeskiej.

Przez kilka pierwszych dni nic się nie ruszyło. Dopiero potem ktoś udostępnił moją zbiórkę. Czytałam w komentarzach w mediach społecznościowych, że w Gdańsku jakaś osoba dostała tyle, a tej córce Brzeskiej to powinno się pomóc systemowo, bo jej matka tyle zrobiła dla Warszawy.

Moja zła sytuacja, ale i bardzo wielu ludzi, nie wynika z nieporadności, ale skutków reprywatyzacji. Jakoś sobie radziłam, dopóki nie musiałam spłacić zaległości czynszowych Markowi M. Chociaż wyprowadziłam się z mieszkania na Nabielaka w 2002 roku i tylko czasami tam pomieszkiwałam, z przyczyn osobistych ciągle byłam tam zameldowana. Kiedy M. podwyższył czynsz, rodzice nie byli w stanie go spłacać, ale też uważali to za niesprawiedliwe. Ja również. Odsetki z każdym miesiącem rosły.

Dług odziedziczyła pani po mamie?

Nie. Byłam współpozwana, bo miałam adres zameldowania na Nabielaka. Ja mam to "szczęście", że po mojej mamie, która spłonęła w Lesie Kabackim i jej sprawą żyły media, mam znane nazwisko. Nikt się nie zainteresuje tym, że jakaś pani Zosia czy pani Krysia do dziś odczuwają dawne długi.

Ile to jest w pani przypadku?

Prawie 30 tysięcy złotych. Dla mnie to była ogromna kwota. Komornik zaczął mi wchodzić na konto w 2011 roku. Zarabiałam 1800 złotych na umowę-zlecenie, a on miał prawo zabrać mi połowę wypłaty. Z pozostałych 900 złotych i 1100 złotych alimentów musiałam jakoś przeżyć. Tysiąc szedł na spłatę kredytu hipotecznego, bo po wyprowadzce w 2002 roku kupiłam mieszkanie na kredyt. Na życie dla mnie i mojego syna zostawał tysiąc złotych.

Człowiek wtedy przekłada pieniądze z kupki na kupkę i wybiera, co opłacić w pierwszej kolejności. Na pewno nie zrezygnuje się wtedy z turnusu rehabilitacyjnego dla dziecka z autyzmem. Jeden turnus kosztuje kilka tysięcy złotych, ale syn jest najważniejszy. Tym bardziej że wychowuje się go samodzielnie i rekompensuje mu się brak ojca na co dzień.

Posiedzenie komisji weryfikacyjnej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Co się wtedy robi?

Nie płaci się więc za czynsz, za wodę. Nie robi się opłat za prąd aż do czasu, gdy przestają świecić żarówki w lampach. Jeśli tak się dzieje, szuka się gdzieś tych pieniędzy, żeby włączyli prąd z powrotem. Nie można się załamać, chociaż czasem brakuje sił. U mnie takim brakiem sił było umieszczenie prośby o pomoc na portalu "Pomagam".

W takiej sytuacji nie jestem sama, a wielu z nas, czyli ludzi po reprywatyzacji. Tyle osób, ilu jest mieszkańców Słupska. Proszę sobie to wyobrazić. Ludzi po podwyższonych przez "czyścicieli kamienic" czynszach, po przegranych rozprawach, zasądzonych kosztach sądowych, po wielu przeprowadzkach. Przywalano nas jakimiś chorymi kwotami, które musieliśmy uiszczać. Długi rosły. W pewnym momencie okazuje się, że niezależnie ile byśmy zarabiali, nie ma już skąd wziąć pieniędzy. To ciągłe walenie nas po głowie przypominało mi film "Dług".

W grudniu 2017 roku komisja weryfikacyjna stwierdziła, że decyzję o reprywatyzacji kamienicy przy ulicy Nabielaka wydano z naruszeniem prawa, cofnięto decyzję ratusza z 2006 roku. Skoro okazało się, że zwróciła pani pieniądze bezprawnemu właścicielowi, to dlaczego nie można tych pieniędzy - niesłusznie przez niego pobranych - odzyskać

?

Owszem, można. Złożyłam wszystkie dokumenty potwierdzające egzekucję komorniczą. Co z tego? Od kogo ściągnąć te pieniądze? Od Marka M.? Przecież oficjalnie on nic nie ma. Ktoś podpowiedział mi, że z sądu. Sąd jest instytucją, więc się nie da. Od kogo więc? Jestem zawieszona w przestrzeni, zapłaciwszy 30 tysięcy.

Komisja weryfikacyjna Jakiego przyznała pani odszkodowanie.

Czytałam nawet, że już je wydałam. Ha! Pięćset razy! Bardzo bym chciała. Mówię, że to są piękne wirtualne pieniądze, których nigdy nie dostanę. Ratusz odrzucił moje podanie, bo aktualnie nie mieszkam w Warszawie. Tłumaczyłam, że w czasie reprywatyzacji byłam zameldowana w stolicy nie tylko ja, ale i mój syn. Chodziłam na wszystkie sprawy sądowe, poświęciłam na to wiele prywatnego czasu. Z jakichś powodów komisja uznała moje roszczenie za zasadne. Ponowiłam wniosek.

Dlaczego odszkodowań nie da się tak po prostu wypłacić?

Przez lukę w prawie nie ma możliwości wyegzekwowania tych pieniędzy. Urząd miasta skierował wszystkie sprawy o odszkodowania i zadośćuczynienia do sądu. Sąd zgodnie z przepisami prawa od każdego, kto wniósł taki wniosek, zażądał tak zwanego wpisu stosunkowego. Ja musiałam wpłacić pięć tysięcy złotych, żeby moje postępowanie ruszyło. Do tego dochodzą koszty adwokatów. Akurat mnie udało się znaleźć prawniczkę, która zgodziła się pomagać mi za darmo. Nie każdy ma taką możliwość. Nie każdy sam potrafi napisać pismo o zwolnienie z kosztów sądowych, nie każdy dostanie obrońcę z urzędu. Mam wrażenie, że urzędy chcą zniechęcić ludzi, żeby nie walczyli o swoje odszkodowania.

Miejmy nadzieję, że sprawę rozwiąże ustawa reprywatyzacyjna. O ile ktoś przygotuje ją w sensownym kształcie.

Obawiam się, że ustawa reprywatyzacyjna będzie dotyczyć tylko nowych "wysiedleńców". Bo tacy są. W zeszłym tygodniu słyszałam o trzech osobach z Pragi Północ. Udało im się wynegocjować wejście do swojego mieszkania komunalnego po ciepłe rzeczy na zimę. Wcześniej zostali z niego wyrzuceni.

A co się stanie z ofiarami reprywatyzacji poszkodowanymi od 2006 roku? Od początku afery minęło już 12 lat. Od spalenia mojej mamy kilka. Wiem, że jej śmierć nie poszła na marne, bo coś się w walce z mafią reprywatyzacyjną ruszyło. Choć oficjalnie nie było bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy reprywatyzacją a śmiercią mojej mamy.

Manifa 2017 pod hasłem ''Przeciw przemocy władzy'' (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Nie było? Jak pani czuje?

To, jak ja czuję, to jest moja prywatna sprawa. Nigdy tego nie udowodniono. Jeżeli w przyszłości znaleziono by osobę bezpośrednio odpowiedzialną za śmierć mojej mamy, wtedy mogę walczyć o odszkodowanie na tej podstawie. W aktualnej sprawie musiałam opierać się na istniejących ustaleniach.

W śledztwie zbyt wiele nie ustalono. Jak pani to przeżywała?

Mówi się, że człowiek ma przeciętnie rok na przeżycie żałoby. Ja po prawie roku dopiero matkę pochowałam. Przez 12 miesięcy ciągle byłam wzywana na policję, do prokuratury, jednocześnie starając się wyciszyć emocje. To była psychiczna masakra.

Po roku - pogrzeb, przeżywanie wszystkiego na nowo. Potem znowu spokojniej, a za chwilę duże demonstracje, kolejne przesłuchanie. Już człowiek myśli sobie: no dobrze, nie znaleziono sprawców, jest jak jest, zadowolony czy nie, pogodzony czy nie, ale trzeba w sobie tę przeszłość powoli zamykać. Raptem pojawia się minister Jaki, tworzy komisję i rozdzwania się telefon. Dzwonią media i pytają: a może pani wypowie się na ten temat, może pani do nas przyjdzie? I te ładnie zabliźnione rany znowu są otwarte. Rwą to wszystko, o tak, żeby ziało na świeżo.  

Aktualne postępowanie miało być zakończone 30 września, ale je przedłużono.

Dowiedziałam się o tym z mediów. Zadzwonił do mnie jakiś dziennikarz z prośbą o komentarz. Bardzo fajna metoda informowania o postępach w śledztwie. Nie czuję się z tym dobrze. Chciałabym, żeby potraktowano mnie jak stronę i jak osobę mającą uczucia.  

Wierzy pani, że uda się wyjaśnić okoliczności śmierci mamy?

Skąd! Gdyby mieli coś do znalezienia, to już by znaleźli. To, co zaniedbali na miejscu, już się nie odwróci. Może przez przypadek coś się okaże. Czasem po 20 latach znajduje się jakieś dowody.

Dlaczego teraz ich nie znaleziono?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Dlatego nie chcę mówić.

A gdyby śledczy odkryli, że to było zabójstwo?

Nic by się nie stało. Wie pani, ja mam już dość tych przesłuchań. Ostatnio znowu mnie wezwano. Trwało to cztery godziny. Każde takie przesłuchanie sprawia, że czuję się jak po przerzuceniu tony węgla. Odchorowuję je przez najbliższe dwa dni. Niektórym wydaje się takie fajne, bo sprawa jest przecież wyjaśniana. Pytają: czemu ty chodzisz z taką smutną twarzyczką? Według nich powinnam podskakiwać i cieszyć się, że spalili mi matkę. Musiałabym być wyzuta z wszelkich uczuć. Chciałabym zamknięcia tej sprawy.

Nawet bez znalezienia winnych?

Chcę mieć swoje życie, które nie należy do najlżejszych, jednak jest moje, zwykłe. Bez prokuratury, mediów. Nieraz mam ochotę wykrzyczeć: ludzie, odczepcie się ode mnie. Nie chcę być celebrytką, do której życia się zagląda z ciekawości, co znowu zrobi córka tej spalonej Brzeskiej.

Agnieszka Żądło. Dziennikarka i redaktorka, współpracuje m.in. z "Dużym Formatem" i "Polityką". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ("Światła małego miasta", "Ni zaciszna.", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Studentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER