Żałuje pan czegoś?
Jak najbardziej. Wiele życiowych szans przegapiłem, wielokrotnie nie potrafiłem docenić tego, co mam. Było, minęło, nie rozpamiętuję przeszłości. Nie będę ronić łez z powodu kilku zawalonych castingów. Zdarzało się, że byłem po prostu na kacu i naprawdę nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie. Czy żałuję? Mam w dorobku takie kace, że tylko mogę uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć w duchu: stary, przestań się mazgaić, było warto! Coś za coś. Uwielbiałem imprezy, brawurowe, graniczące z głupotą akcje, spontaniczne zachowania. Często nie liczyłem się z konsekwencjami. Mam co wspominać.
Skończył pan pięćdziesiąt lat. Może czas najwyższy się ustatkować?
Nie wiem, co to miałoby znaczyć, od dawna wiodę żywot dość emerycki.
Choć gram w produkcjach na całym świecie, od wielu lat mieszkam w Brazylii. Nieważne gdzie dokładnie - najprościej tłumacząc: odnalazłem tu luz. I tak, wiem, jak to brzmi. Pewnie myśli pani w tej chwili o mnie niezbyt pochlebnie.
Czyli jak?
Jak o rozkapryszonym francuskim piesku, który dla fanaberii pojechał w egzotyczny rejon świata, by poczuć się jak król postkolonialnej egzystencji. Ale to nie jest prawda. Po prostu żyję bez presji i ingerencji osób trzecich. Chyba to najbardziej mi się podoba: dla sąsiadów jestem nikim. Mogę być i fajnym gościem, i dupkiem, ale nie ma to nic wspólnego z wykonywaną profesją. Cudowne uczucie móc pracować na dobre lub złe imię w oderwaniu od ról, które gra się na ekranie. Ci naprawdę sprawdzeni znajomi i przyjaciele mają w dupie to, że nominowano mnie do jakiejś tam nagrody, jak również to, że poczytny magazyn uznał mnie 42. najseksowniejszym mężczyzną globu. Spadłem o cztery pozycje? Kogo to obchodzi. Brazylia skusiła mnie wizją normalnego, prozaicznego życia. Dała mi szansę na stabilizację psychiczną. We Francji byłoby to niemożliwe. Myślę, że udało mi się uciec od megalomanii.
Były oznaki?
Tak. Na szczęście potrafiłem odciąć się od spraw błahych i nieistotnych. W tym od samego siebie. Od roztrząsań typu: co o mnie myślą inni? Dlaczego wciąż nie dzwonią z propozycją roli? Czy lepiej mi w bokobrodach, czy w irokezie? Ten zawód sprawia, że ma się niemal non stop wymówkę, by skupiać się na sobie. Co za niedorzeczność! Z ulgą przestałem zajmować się niemal wyłącznie sobą.
Z imprez też pan zrezygnował...
Zdrowie nie to. Zdarza mi się nie spać o piątej nad ranem, ale nie dlatego, że kładę się do łóżka o tej porze - właśnie wstaję i idę na lokalny targ po świeże ryby.
Może to hedonizm? A może kryzys wieku średniego, tylko objawia się w ten dziwny sposób...
(śmiech) Bardzo możliwe. Jeśli takie zachowania uznać za hedonistyczne, to Brazylia jest bardzo epikurejskim krajem. Wszyscy dbają tu o zdrowie, dobrze się odżywiają, biegają rano lub wieczorem. Fakt, jest kult fizyczności i pięknego ciała, sporo osób ulega na przykład modzie na operacje plastyczne w dość młodym wieku. Ja po prostu ograniczyłem palenie i picie. Ćwiczę też capoeirę. Nigdy wcześniej nie miałem takiego kontaktu z własnym ciałem. Nie miałem nad nim kontroli nawet, gdy byłem młodszy. Wspaniałe uczucie.
Wiele osób z przekąsem komentowało pana przeprowadzkę do Brazylii, wiążąc ją z możliwością płacenia mniejszych podatków.
Jeśli prawdą jest to, co pani sugeruje, mój księgowy będzie wniebowzięty. (śmiech)
Podobnie jak księgowy Gérarda Depardieu, który przeniósł swoje interesy do Belgii.
To Gérard nie mieszka w Rosji? Muszę do niego zadzwonić i spytać. Ostatni raz widzieliśmy się... dziesięć lat temu na planie filmu "Wróg publiczny" w reżyserii Jean-François Richeta.
Zastąpił pan też Depardieu w obsadzie doskonałego francuskiego thrillera pt. "Fleuve noir" w tym roku. Wcielił się pan w policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie zniknięcia nieletniego chłopca. W tle pański bohater boryka się z alkoholizmem. Wyśmienita rola, gratuluję.
Istotnie, to mocna postać. Partnerujący mi Romain Duris podobnie jak ja był zachwycony scenariuszem, który atmosferą i stopniowaniem napięcia przywodzi na myśl najlepsze skandynawskie kryminały. Znamy się z Romainem od lat, nie tylko zawodowo - bo zdarzało nam się towarzysko podróżować razem - to była prawdziwa przyjemność grać z nim w tak mocno sprofilowanym kinie gatunkowym. Dobrze się czuję w takim świecie. Cieszę się, że pewien rodzaj ról mam już za sobą.
Jakich na przykład?
Młodych gniewnych. Wystarczy na mnie spojrzeć - bez zerkania w metrykę - jestem już za stary na rewolucje.
Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie pańska kreacja w filmie "Nienawiść" Mathieu Kassovitza.
Był rok 1995 i rozpierała mnie duma. Mathieu "wyjął mnie" z mojej włóczęgowskiej wędrówki. Nie odstawałem tak bardzo od postaci, którą przyszło mi zagrać. Jak Vinz byłem łobuzem, rebeliantem, wagabundą. Próbowano mnie utemperować, wysyłając do kilku elitarnych szkół poza Paryżem, ale szybko wracałem. Nie spełniałem norm, nie trzymałem dyscypliny. Wolałem snuć się z kumplami po klubach i squatach 19. dzielnicy. Uczciwie przyznaję, że byłem świadkiem narodzin francuskiego hip-hopu. To nie żart ani moja rozbuchana fantazja. Nie byłem aż tak skrajny jak Vinz, choć kto wie gdzie bym się zatrzymał - lub jako kto - gdyby nie kino.
Dziś role jak ta w "Nienawiści", w "Dobermanie" czy w kontrowersyjnym obrazie "Nieodwracalne" to już oczywiście przeszłość. Trzeba znać swoje miejsce. Nigdy nie byłem narcystycznym czy introwertycznym typem, ale jeśli miałbym teraz zdecydować się na to, by na przykład świecić tyłkiem na ekranie - czy "wypruwać sobie flaki" dla roli, powiedzmy najogólniej - to robiłbym to dla naprawdę innych powodów niż dwadzieścia lat temu. Jestem aktorem fizycznym, ale coraz częściej ważniejsze stają się dla mnie psychologia i emocjonalność.
Jak u Maiwenn w filmie "Moja miłość"?
Chociażby. U niej wcieliłem się w faceta, który balansuje na granicy namiętności i okrucieństwa wobec partnerki. Myślę, że w przypadku wielkiej miłości, czy wielkiej namiętności, tak właśnie jest: okrucieństwo czy ból nie wykluczają szacunku i czułości, po prostu ludzie w emocjach ranią się, czy wręcz chcą się ranić. Ale nie chcę usprawiedliwiać mojego bohatera.
Naprawdę przychodzi taki czas, gdy człowiek z ulgą patrzy w lustro, bo dochodzi do niego, że role niepokornych kochanków będą coraz rzadsze.
Skąd to poczucie ulgi?
Chcę żyć, a nie udawać, że żyję. Są filmy, które zawsze przenoszą się na prywatność, na partnera, na życie codzienne. Infekują rzeczywistość lepszą wersją nas samych, wielokrotnością niby łatwych wyborów. Wszystko ma swoją cenę, już to wiem. Obym tylko nie musiał teraz grać wyłącznie ojców, emerytów, podstarzałych policjantów lub zgorzkniałych gangsterów. Niestety, ludzie zawsze chcą szufladkować. Bez wątpienia wciąż będę sporo odrzucał.
Wraca pan do filmów z przeszłości? Ogląda siebie na ekranie?
Nie mam takiego zwyczaju, choć są filmy, które raz na jakiś czas lubię sobie przypomnieć - nie przeszkadza mi nawet to, że w nich gram. (śmiech) Mam na przykład sentyment do "Braterstwa wilków" Christophe'a Gansa. Z kolei do filmu "Nieodwracalne" nigdy nie powróciłem. Widziałem go raz na premierze. Wstrząsnął mną, chyba nawet płakałem. Inna sprawa, że według mnie Gaspar Noé jest jednym z najciekawszych i najlepszych współczesnych reżyserów.
W tym roku w Cannes pojawił się pan na czerwonych schodach ze swoją żoną, modelką Tiną Kunakey. Rzadko kiedy pokazujecie się razem.
Trudno o prywatność podczas oficjalnych gal i imprez. To nieco krępujące, kiedy wszyscy cię obserwują: patrzą na twój tyłek, śledzą najdrobniejszy gest, punktują potknięcia. Jestem za stary, by oceniano moje zachowanie, strój i pojawiającą się łysinę.
Chyba raczej siwiznę?
Zauważyła pani? Dziękuję, to szalenie miłe. (śmiech) Nie przejmuję się, bo zawsze byłem zdania, że łysienie jest gorsze od siwizny. I tu wracamy do wcześniejszego pytania: nie ma znaczenia, czy gubi się włosy, czy dochodzą siwe, nie sposób dobrze się bawić, gdy inni wokół tylko patrzą. Podczas premier i galowych imprez jestem cały czas w pracy. To nie jest dla mnie wyjście prywatne czy raut mający cokolwiek wspólnego z rozrywką. A poza tym wieczory lubię mieć wolne...
Z Tiną podjęliśmy decyzję, że ograniczymy oficjalne wyjścia do minimum. W Cannes pojawiliśmy się razem, bo Tina chciała zobaczyć, jak to jest przejść się po słynnych czerwonych schodach. Nie dziwię się jej, to może być frajda - wielkie przeżycie, przygoda, tym bardziej jeśli nie ma związku z zawodowymi obowiązkami. Ale i ja zrobiłem to z wielką przyjemnością - promocja takiego filmu jak "The World is Yours" dała mi radość i satysfakcję.
No właśnie, u Gavrasa gra pan przestępcę obdarzonego filozoficznym podejściem do życia.
Zżyłem się z moim Henrym. Polubiłem poczciwinę.
Znam wielu takich facetów. Henry ma niedosyt prawdziwej egzystencji. Czuje to, szczególnie teraz, gdy stoi na progu jesieni życia - nie ma rodziny, przyjaciół. Nie wie kim jest. Wiele lat spędził w więzieniu. Rozmawialiśmy z reżyserem, że to ma być bohater, który czuje się wykluczony - nie nadąża za obyczajami, technologią, pędem i możliwościami, jakie daje współczesna rzeczywistość. Jego pobyt za kratkami nałożył się na czas transformacji, to był moment między latami dziewięćdziesiątymi a nowym millennium. Poszedł siedzieć w "starych czasach", a wyszedł, gdy każdy miał telefon komórkowy, a w nim więcej funkcji niż stary komputer Henry'ego. Facet jest przerażony. Potrafi zabijać z zimną krwią, co nie oznacza, że nie boi się samotności. Ta mieszanka wydała mi się prawdopodobna i intrygująca zarazem. Mała rola, ale perła.
Odkąd zobaczyłam film, cały czas nucę piosenkę Daniela Balavoine'a, której tytuł "La Vie Ne M'apprend Rien" [Życie niczego mnie nie uczy - przyp. red.] staje się motywem przewodnim tak historii, jak i egzystencji Henry'ego.
Znam bardzo dobrze ten utwór. Zgadzam się z jego przesłaniem w stu procentach.
Nie uczy się pan na błędach?
Chciałbym, ale nie, albo bardzo rzadko. Naprawdę nie wierzę w to, że z czasem ludzie stają się mądrzejsi. Większość z nas ma ten problem, ale udajemy lepszych, bardziej obytych. Cwaniakujemy, a w środku jesteśmy tak samo pogubieni - jeśli nie bardziej - jak na początku drogi. Ile razy mamy złamane serce, a i tak zakochujemy się ponownie? Gdyby ludzkość potrafiła uczyć się na błędach, nie dopadałyby nas uzależnienia, hazard, zdrady. Nawet niektóre choroby można by wyeliminować. Życie byłoby proste. Być może także nudne.
Jak pan z perspektywy czasu patrzy na swoje aktorskie wybory?
To trudne pytanie, bo nie sposób być mądrzejszym po czasie. Mam jakieś żale, nie tylko do siebie, ale takie rozpamiętywanie jest bez sensu. Być może mogłem zrobić większą karierę, na przykład międzynarodową, ale nie potrafiłem zadbać o to odpowiednio. Cieszę się z tego, co jest, z tego, co mam. Im dłużej gram, dochodzi do mnie, jak prostym zawodem jest aktorstwo. Łatwiej jest grać niż żyć. Proszę mi wierzyć, łatwiej jest - i bezpieczniej - obnażyć wielkie emocje w filmie, niż zdobyć się na prawdziwe uczucia czy szczerość, stojąc twarzą w twarz z człowiekiem. Do pewnego momentu bardziej świadomie, czy też głębiej, przeżywałem swoje filmowe role i dylematy kinowych postaci niż wyzwania, jakie stawiało przede mną życie. Mówię to z przykrością, ale tak było.
To co się stało?
Wypaliłem się, niemal jak główny bohater filmu "The World is Yours".
Tyle że on jest przestępcą...
A aktorzy to nie hochsztaplerzy? François - główny bohater filmu Gavrasa - próbuje zerwać z kryminalną przeszłością. Marzy mu się legalny interes, stateczne i spokojne życie, rodzina. Próbuje odmienić los, ale ciężko mu przekonać chociażby bliskich do tego, że chciałby stać się lepszym człowiekiem. Nie jest tak, że oni nie wierzą w jego transformację, oni mu na nią nie pozwalają. Ciągną go w dół.
Dlaczego?
Bo dobro nie jest atrakcyjne. Bo ludzie boją się zmian. Bo żyjemy w systemie, który na każdym kroku sugeruje nam, że powinniśmy chcieć więcej, czuć mocniej. Bo nie chcemy, by komuś innemu powiodło się, by okazał się lepszy od nas...
Długo prowadziłem dość płytkie, powierzchowne życie. Proszę mnie dobrze zrozumieć: byłem i jestem szczęściarzem, ale kino zabierało sporą część mnie. I dawało niewiele w zamian. Sława jest przyjemna, ale do czasu. Pieniądze? Musisz mieć z kim je wydawać. Nagrody? Cieszą, ale co z nimi robić? Eksploatowałem się cały, grając - z emocji, z potrzeb, z przemyśleń, z lęków. Schodziłem z planu pusty, nie potrafiłem przeżywać, nie wiedziałem... co dalej. To między innymi Brazylia obudziła we mnie potrzebę kontaktu z naturą, z człowiekiem, z samym sobą. I dzisiaj kino nie zastępuje mi już życia.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.
KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>
Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje m.in. w: "Zwierciadle", "Harper's Bazaar", "Wysokich Obcasach Extra", "Magazynie Filmowym SFP" i "FilmPro". Propaguje kino artystyczne - w warszawskiej klubokawiarni Znajomi Znajomych prowadzi autorski cykl filmowy "Nie znajdziesz tego na torrentach". Konsultuje scenariusze filmowe, m.in. wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą film "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego. Od trzech lat dyrektor artystyczna Festiwalu Cinergia. Forum Kina Europejskiego w Łodzi. Współautorka albumu "Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina".