Pierwszy odcinek pana serialu "Rojst" zebrał bardzo pozytywne recenzje. Od 2002 roku, gdy w filmie "Superprodukcja" grał pan chłopaka niosącego kamerę, sporo się u pana wydarzyło.
To prawda, nadal pracuję jako operator filmowy, ale po drodze zostałem też reżyserem i scenarzystą.
Postawił pan na wszechstronność w branży filmowej? To pana strategia zawodowa?
Nigdy nie kierowałem się żadną strategią. Przez lata próbowałem pracy na różnych stanowiskach. Chociażby przygoda z produkowaniem filmu daje pojęcie o problemach, które w przyszłości mogą mnie spotkać jako reżysera. Reżyser, który zebrał doświadczenia operatorskie i producenckie, a nawet mikroaktorskie, ma większą szansę, by porozumieć się z ekipą. Bo wie, jakie będą przed nią stały problemy i jak je pokonać.
Albo powiedzieć: "Nie ściemniajcie, że czegoś się nie da".
Skąd! Przy "Rojście" nie chciałem mieć w swoim zespole nikogo, kogo mógłbym pouczać czy czuć się od niego lepszym. Dobrałem ludzi, którzy dadzą mi coś od siebie, czego sam nie wymyślę. I tak się rzeczywiście stało. Każdy na planie serialu dołożył coś od siebie.
Jerzy Stuhr mówił mi, że podczas pracy nad filmem lubi pytać ekipę o zdanie. A pan?
Miałem okazję być operatorem kamery przy filmie Jerzego Stuhra "Pogoda na jutro", więc wiem, że praca z nim jest twórcza. Ja staram się dostarczyć scenariusz, który otwiera ludziom głowy. Jest on precyzyjnie skonstruowany, ale zostawia miejsce na kreację. Moja dewiza brzmi: "Pytam was, co jeszcze możemy zrobić, by to, nad czym pracujemy, było lepsze". I nie obrażam się, jeśli ktoś zgłasza swoje pomysły. Ludzie, którzy się obrażają, nie zrobią nic dobrego.
Od kogo się pan tego nauczył? Od ojca, Gustawa Holoubka?
Nauczyłem się tego, pracując przez lata z różnymi reżyserami. Obserwowałem, w jaki sposób prowadzą ekipę. Zawsze sprawdzało się jedno: reżyserzy, którzy nie słuchali swoich współpracowników, wychodzili na tym źle. Jako operator, idąc na plan, zawsze byłem nakręcony. Czułem się częścią projektu, chciałem zgłaszać swoje pomysły. Jeśli któryś z reżyserów blokował je już na wstępie, zmieniałem swoje nastawienie. Uznawałem wtedy, że trzeba zrobić swoje i jak najszybciej uciekać. Dobry reżyser powinien zarażać wszystkich entuzjazmem do projektu i zbierać plony tego entuzjazmu.
Nazwiska poproszę. Chciałabym się dowiedzieć, kto zaraża, a kto nie słucha pomysłów ekipy.
Tych, którzy nie słuchają, nie podam. Jeśli chodzi o ludzi, których lubię i szanuję, trudno mi kogoś szczególnie wyróżniać, ale przyznam, że ważnymi postaciami w moim życiu byli i są Marcin Wrona, Maciek Pieprzyca, Filip Zylber.
Jest pan równocześnie reżyserem i scenarzystą "Rojsta". To duże obciążenie. Musi pan mieć świetną organizację pracy.
Nauczyłem się pisać w każdych warunkach. Nie mogę sobie pozwolić na trzytygodniowy wyjazd do domu pracy twórczej. Scenariusz "Rojsta" powstawał między zdjęciami do innych projektów.
Projekty projektami, ale jeszcze ma pan rodzinę.
Umiem pisać nawet przy dwójce dzieci skaczących na kanapie. Nie zawsze to potrafiłem, ale nauczyłem się, bo nie miałem innego wyjścia.
Najdziwniejsza sytuacja, w jakiej pan tworzył, to...
Już ta z dziećmi skaczącymi nad głową jest dziwna dla kogoś, kto pracuje nad tekstem. Fakt, że wokół jest hałas, dużo się dzieje. Pisałem też na lotniskach, w pociągach. Łapię każdą wolną chwilę, jeśli muszę coś napisać. Zawsze mam przy sobie laptopa.
Przy "Rojście" ma pan też przy sobie Kaspra Bajona, syna reżysera Filipa Bajona. Kasper jest współautorem scenariusza.
Kasper Bajon jest świetnym pisarzem! Kilka lat temu przeczytałem jego książkę "Klug" i mnie zachwyciła. Ale przez następne dwa czy trzy lata się do niego nie odezwałem, bo się... wstydziłem. Wydawało mi się, że nie będzie chciał ze mną pracować. Aż w końcu, zupełnie przypadkowo, spotkaliśmy się na planie reklamowym. Podszedłem do niego i powiedziałem: "Cześć Kasper, jestem Janek. Napisałem scenariusz. Czy miałbyś ochotę go przeczytać i może dołożyć coś od siebie?". Odparł: "Tak, oczywiście". I tak się zaczęła nasza współpraca.
Kasper jest najlepszym script doctorem [doradca scenariuszowy - przyp. red.] scenariusza "Rojsta". Kooperatywa jest świetna.
Może także dlatego, że - podobnie jak pan - jest on "obciążony" rodzinnie?
Tak, ale w ogóle tego po nim nie widać.
Po panu też nie.
Dziękuję. Wracając do Kaspra - przez wiele lat szukałem kogoś, kto napisze mi scenariusz. Sądziłem, że mnie na to nie stać, nie mam wystarczających zdolności. Bałem się. Moim największym osiągnięciem życiowym jest chyba to, że w końcu usiadłem na tyłku, wziąłem komputer i nie bardzo wiedząc, dokąd to zmierza, postanowiłem jednak samemu coś napisać. Dopiero kiedy miałem pierwszą wersję scenariusza, spotkałem Kaspra.
Czyli pańskie obawy, że nie potrafi pan pisać, okazały się przesadzone?
To już ocenią widzowie. Pisanie jest dla mnie wielką przygodą, której nie miałem w planach. Zresztą scenariusz to produkt, który przechodzi przez wiele rąk, jest poddawany wielu opiniom. Podczas pisania targają mną różne wątpliwości. Nie do końca wiem, czy to, co powstało, jest dobre, czy jakaś scena albo dialogi nie mogły być lepsze. Najciemniejsza strona pisania to nieustanna wątpliwość.
Ale nie ma pan chyba wątpliwości, że pana droga zawodowa jest właściwa.
Nie wiem, czy jest właściwa, na pewno jest ekscytująca. A mieć ekscytujące życie zawodowe to wielka rzecz.
Serial "Rojst" można oglądać w Showmax, premiery w piątki.
Jan Holoubek . Rocznik 1978. Reżyser, scenarzysta i operator. Absolwent wydziału operatorskiego w łódzkiej "filmówce". Syn Magdaleny Zawadzkiej i Gustawa Holoubka. Prywatnie związany z Magdaleną Różczką.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.