Artykuł opublikowany został w lipcu 2018 roku.
Wstałam dziś o siódmej. Na śniadanie zjadłam kanapki z pełnoziarnistego pieczywa, popiłam je zieloną herbatą. Jest dziesiąta, piję pierwszą kawę. Czy sposób, w jaki zaczęłam dzień, sprawi, że będę efektywna?
Zajmuję się zapracowanymi i zestresowanymi menedżerami, którzy prowadzą niezdrowy styl życia. Codziennie odpowiadają na kilkadziesiąt maili, odbywają kilka spotkań, prowadzą niezliczone rozmowy telefoniczne. Żyją w pędzie. Potrzebują wspomagaczy. Kawa, którą pani właśnie pije, jest jednym z nich. Ale nie obwiniałbym jednej czy dwóch kaw dziennie o negatywny wpływ na nasze życie i zdrowie.
A co ma taki wpływ?
Chodzi o nasz styl życia w ogóle. Dwa lata temu Nagrodę Nobla otrzymali naukowcy badający cykl dobowy muszki owocówki. Ich analizy pokazały, że około godziny 14 następuje u niej spadek aktywności. Ta prawidłowość dotyczy większości organizmów, także ludzi. Ciało mówi: odpocznij. Ale maile i spotkania gonią. Zamiast posłuchać ciała, sięgamy po kolejną kawę lub inne używki i pędzimy dalej.
W pracy trudno znaleźć czas na regenerację. Szczególnie około godziny 14, czyli często już po lanczu, a jeszcze przed kolejnymi spotkaniami.
Niektóre firmy, na przykład w Australii czy w Stanach Zjednoczonych, promują power nap, czyli krótką, dwudziestominutową drzemkę, w czasie której organizm się regeneruje. Może to być nawet sjesta przy biurku. Ważne jest, by na chwilę zmniejszyć aktywność. Organizm nabierze wtedy energii do działania.
Ale to nie jest też tak, że siedem miliardów ludzi na Ziemi powinno drzemać codziennie o godzinie 14. Kluczowe jest słuchanie swojego organizmu.
Co się dzieje, kiedy go nie słuchamy?
Jeśli jesteśmy pozbawieni uważności, nie dostarczamy sobie we właściwym momencie jedzenia, wody, nie dotleniamy się. Żeby się dotlenić, potrzebny jest oddech przeponowy. Trudno oddychać w ten sposób, siedząc wiele godzin za biurkiem ze spiętym brzuchem. Dlatego tak ważny jest sport, na przykład pływanie, jogging albo joga.
Źle traktujemy swoje ciała?
Bardziej dbamy o swój samochód niż o własne ciało. Samochód serwisujemy, pilnujemy tego, kiedy wymienić klocki hamulcowe, kiedy dolać oleju, a kiedy paliwa. Dodatkowo zwracamy uwagę na to, jakie paliwo tankujemy. Nie można przecież nalać ropy do auta benzynowego i odwrotnie. A ciało, które mamy jedno na całe życie, "tankujemy" czym popadnie, bo albo nie mamy czasu zdrowo jeść, albo sięgamy po używki, by dodać sobie energii. W pewnym momencie dochodzimy do ściany. Organizm mówi: basta.
I co wtedy?
Zaczynają się choroby.
Samochód daje znaki, ostrzega nas, że trzeba dolać paliwa.
My też mamy kontrolki, ale nie zwracamy na nie uwagi. W pędzie nie zauważamy, że brzuch daje nam sygnał, że powinniśmy coś zjeść, a suche gardło wysyła komunikat: daj mi pić.
Jest chyba jakiś sposób, by się zatrzymać, nim dojdziemy do ściany.
Teoretycznie można czytać książki, słuchać porad albo nawet chodzić na kursy, by uświadomić sobie, że powinniśmy swój organizm traktować z uwagą. Ale jeśli nie odczuwamy potrzeby, żeby zająć się swoim zdrowiem, wszystkie te informacje będą przez nas wypierane. Może być też tak, że ktoś spróbuje żyć uważnie, ale szybko dojdzie do wniosku, że nic się nie zmieniło na lepsze, więc wróci do starych nawyków.
Mam prywatną teorię, tłumaczącą, kiedy zaczynamy zwracać uwagę na to, co mówi nasze ciało. Nazywam ją teorią dziurki od klucza.
Na czym ona polega?
Przez część naszego życia musimy się tak zapędzić, żeby się wcisnąć w tę przysłowiową dziurkę od klucza. Biegamy, załatwiamy sprawy, realizujemy projekty i nie zwracamy uwagi na siebie. Nasza energia się kurczy. Ale nadchodzi moment, w którym zdajemy sobie sprawę, że tak dalej żyć się nie da. Mogą się wtedy pojawić nie tylko problemy ze zdrowiem, ale także trudności w radzeniu sobie z emocjami. Energii mamy wówczas już tak mało, że przeszłaby ona przez dziurkę od klucza. Zaczynamy wtedy poszukiwać innego sposobu na codzienne funkcjonowanie. Dopóki jest dobrze, nikt nie myśli o tym, by coś zmienić.
Polscy menedżerowie chętnie sięgają po taką wiedzę? Chodzi mi nie tylko o ich osobiste podejście do tematu, ale i traktowanie pracowników.
Z tym różnie bywa. Obserwuję, że im więcej trudności ktoś pokonał w życiu, tym bardziej rozumie, że należy dbać o ludzi, o ich miejsce pracy, o to, żeby robili sobie przerwy. Ale jest też tak, że jeśli menedżer "z góry" ma parcie na wynik, sam jest zaganiany, zestresowany, będzie w taki sam sposób traktował pracowników. Pokolenie X jeszcze akceptuje taki styl zarządzania. Ludzie zaciskają zęby i pracują, bo trzeba spłacić kredyt, wykształcić dzieci. Młodsi, tak zwana generacja Y, po dwóch tygodniach takiej pracy mówią: "dziękuję".
Ich rodzice w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku dążyli do zdobycia jak największej ilości dóbr. To wymagało harówki. Pamiętajmy też, że część harowała nie tylko dla majątku, ale po to, by w ogóle utrzymać stanowiska, bo mieliśmy bezrobocie. Ludzie, którzy dziś wchodzą na rynek pracy, rodziców widzieli zazwyczaj rano, gdy całowali ich w czółko i wychodzili do pracy, oraz wieczorem, kiedy dostawali buziaka na dobranoc. Te dzieci dorastały bez rodziców, albo z jednym rodzicem. Dziś same nie chcą tak żyć. Można powiedzieć, że wyssały z mlekiem matki informację, że taki styl życia nie jest dobry, więc dziś bardzo szybko reagują na wszelkie nadużycia w pracy.
Ale w Polsce najlepiej widziana jest ciężka praca. Ten, kto co godzinę robi sobie przerwę, nie jest dobrze postrzegany.
Na szczęście zaczynamy zauważać, że przerwa na złapanie oddechu pomaga być bardziej produktywnym w kolejnych godzinach pracy. Co więcej, będąc w ciągłym pędzie, nie potrafimy słuchać siebie nawzajem. Na szkoleniach, które prowadzę, proszę menedżerów, by przez jedną minutę słuchali drugiej osoby, ale tak autentycznie, bez oceniania tego, co ona mówi, bez myślenia o tym, co jej odpowiedzieć. Ta minuta okazuje się ogromnym wyzwaniem w dzisiejszym świecie. By nauczyć się słuchać, muszą trenować.
Co im to daje?
Do tej pory zamiast słuchać, wymyślali kontrargumenty. Teraz zaczynają dostrzegać, że czasami ten drugi człowiek potrzebuje się wygadać i dzięki temu sam dochodzi do rozwiązania problemu. Niby oczywistość, ale w zaganianym świecie wydaje się to odkrywcze. Sposób, w jaki pracowaliśmy przez ostatnie lata, odhumanizował miejsca pracy.
Co się z nami dzieje, gdy mamy za mało czasu, a za dużo zadań do zrobienia?
Ludzie wtedy mówią: "termin robi mi robotę". Organizm się mobilizuje, wyrzuca dużą ilość kortyzolu i w bardzo krótkim czasie jesteśmy w stanie wykonać zaległą pracę lub sprostać nadmiarowi obowiązków. Powinniśmy wtedy zacząć od dużych zadań, które zazwyczaj wymagają więcej czasu i większego skupienia. Ale większość osób, mając 100 zadań, z których dziesięć wymaga dużej koncentracji, a 90 to drobiazgi, skupi się na tych drobiazgach.
Dlaczego?
Kiedy jesteśmy bardzo zestresowani, mamy wrażenie, że wszystkie rzeczy, które musimy zrobić, są równie ważne. Mózg chwyta się wtedy tego, co w danym momencie jest najprostsze, najszybsze do zrobienia. Zamiast usiąść i zrobić analizę rynku, która wymaga dużo czasu, łatwiej jest odpowiedzieć na piętnaście e-maili. Wtedy mamy poczucie, że wykonaliśmy sporo zaległej pracy. A fakty są takie, że te piętnaście maili jest często mniej ważnych niż analiza, która ciągle nad nami wisi. Żeby móc selekcjonować zadania i nadawać im priorytety, musimy się zatrzymać. Żeby mózg się wyciszył, potrzebujemy kilku godzin odpoczynku, a kiedy jesteśmy bardzo rozdygotani, nawet kilku dni. Dopiero po tym czasie potrafimy spojrzeć z dystansu na to, co jest naprawdę istotne do zrobienia.
Potrafię sobie wyobrazić, że jeśli ktoś będzie chciał się zatrzymać i spojrzeć z dystansu na to, co ma do zrobienia, mogą się pojawić naciski ze strony współpracowników, by działał szybciej.
Z mojego doświadczenia wynika, że gdy menedżerowie dają jasny komunikat: "Słuchajcie, będę się z wami spotykał między godziną 9 a 11. Ale między 11 a 13 pracuję kreatywnie i proszę mi nie przeszkadzać", okazuje się, że przez pierwszy tydzień ludzie to nie zawsze respektują, w drugim - biorą bardziej pod uwagę, a w trzecim - wszyscy się przyzwyczajają do nowego trybu pracy. Mało tego, po jakimś czasie koledzy i przełożeni odkrywają, że ta osoba jest bardziej efektywna. Mówią wtedy, "O! To może ja też spróbuję", i powoli, powoli zaczyna się to zmieniać.
Ale tu jest potrzebna konsekwencja.
Zdecydowanie tak.
Pewnie łatwo ją zachować, jeśli nie dzieje się nic niespodziewanego. Co w sytuacji, gdy trzeba się skonfrontować z jakimś problemem?
Występuje wtedy zazwyczaj jedna z trzech reakcji organizmu. Pierwszą jest atak, czyli bierzmy się do roboty i zaczynamy szybko działać, mobilizujemy się. Druga reakcja to ucieczka - im więcej mamy pracy, tym bardziej zamiatamy ją pod dywan. Zadania się gromadzą, a my udajemy, że ich nie widzimy. Jeśli to trwa długo, może prowadzić do lęku i depresji. Trzecia reakcja to paraliż, strach znany ze świata zwierząt, na przykład ptaszek, który ze strachu przed kotem leży na plecach i udaje, że jest martwy. W świecie biznesu, mam wrażenie, że to jest najrzadziej spotykana reakcja. Nie zamieramy przecież w bezruchu, gdy do biura wchodzi menedżer. Najczęściej więc działamy szybko i intensywnie lub odwlekamy wszystko w czasie.
O ile dobrze rozumiem, te reakcje są niezależne od naszej woli? Z czego one wynikają?
Z działania naszego mózgu. Jedna z teorii mówi, że, w dużym uproszczeniu, mamy mózg gadzi, ssaczy i korę mózgową. Mózg gadzi steruje naszymi pierwotnymi reakcjami, które odpowiadają za przetrwanie - na przykład zaspokajanie głodu czy reakcje obronne. Mózg ssaczy odpowiada za emocje.
Kiedy kora mózgowa jest źle odżywiana, czyli gdy brakuje jej tlenu, wody i glukozy, nie jesteśmy w stanie myśleć alternatywami, reagujemy automatycznie. Bardziej pierwotne układy przejmują dowodzenie naszym organizmem.
W dzisiejszym świecie, w którym człowiek ma duże poczucie sprawstwa, trudno mi uwierzyć, że to biologia nami rządzi.
Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo biologia wpływa na nasze działanie. To, w jaki sposób się czujemy, rzutuje na to, jak podejmujemy decyzje. Podobno jeśli spada nam poziom wody w organizmie o 2-3 proc., to nasza koncentracja, a tym samym zdolność do rozwiązywania zadań, jest niższa o 30 proc. Jeżeli mózg jest odżywiony, mamy dystans do świata. Gdy jest zaniedbany, każdy problem zaczynamy traktować jako atak. Powiedziałbym, że jesteśmy bardziej ciałem niż umysłem, ale nie chcemy przyjąć tego do wiadomości, bo jesteśmy przecież homo sapiens.
Gdy pan o tym opowiada, przypomina mi się jeden z pierwszych wyjazdów z moją przyjaciółką. Trzy tygodnie w Gruzji. Przez pierwsze siedem dni, zamiast zwiedzać, kłóciłyśmy się. Potem odkryłyśmy, że mamy zupełnie inne pory jedzenia posiłków. Kiedy byłam głodna i zmęczona, wszystko wyprowadzało mnie z równowagi. Ustaliłyśmy więc, że gdy jedna z nas robi się głodna, robimy przerwę na posiłek. Zadziałało rewelacyjnie.
O, i właśnie odpowiedziała sobie pani na pytanie, czy jesteśmy bardziej ciałem, czy umysłem.
Nikolay Kirov . Ekspert w dziedzinie negocjacji, budowania relacji i przywództwa z Akademii Leona Koźmińskiego. Wykładowca i trener. Zajmuje się rozwojem osobistym menedżerów. Jako praktyk z dwudziestoletnim doświadczeniem doradza polskim i zagranicznym firmom w zakresie rozwoju pracowników i przeprowadzania zmian w organizacjach. Na co dzień jako dyrektor ds. strategii i rozwoju w Akademii Leona Koźmińskiego odpowiada za tworzenie programów studiów podyplomowych, kursów oraz MBA.
Anna Sulińska. Absolwentka socjologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikowała w "Wysokich Obcasach" i "Dużym Formacie". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jej debiutancka książka "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u".
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU