Janek, ty jesteś prawdziwym "Majamim"? Bo słyszałam, że za "Majamiego" podaje się już czterech policjantów.
Ja słyszałem o dwóch. W Warszawie ja, a w Trójmieście Jarosław Pieczonka.
Ale z tego, co pamiętam, Jarosław Pieczonka jest łysy.
No to zostaję ja. Popatrz na moje zdjęcie z czasów służby, z irokezem.
Rzeczywiście, wyglądałeś jak "Majami" z filmów Vegi.
Irokeza nie mam od dwóch lat. Ścięli mi go w filmie "Pitbull. Niebezpieczne kobiety", w którym zagrałem policjanta.
Taka charakterystyczna fryzura nie przeszkadzała ci w pracy tajniaka?
Skąd! Lata 2006-2008, kiedy pracowałem jako tajniak, były bardzo kolorowe. Ludzi z irokezami czy dredami było wtedy na polskich ulicach dość dużo, więc właściwie się nie wyróżniałem. Jak się zakładałem o pół litra czy piwo, że ktoś odgadnie, gdzie pracuję, to nigdy nie przegrałem.
Poza tym, gdy trafiłem do wydziału kryminalnego stołecznej policji, uczyłem się od starszych kolegów, jak się zachowywać, by ludzie nie wyczuwali, że jestem policjantem. W dodatku operacyjnym. Żeby osiągać efekty w pracy, ćwiczyłem mimikę, ruchy, sposób poruszania się, żeby upodobnić się do gangsterów.
Brałeś udział w organizowaniu na nich zasadzek?
Często uczestniczyłem w likwidowaniu dziupli z kradzionymi autami czy fabryk amfetaminy. W latach 90. takie akcje były na porządku dziennym, podobnie jak unieszkodliwianie arsenałów broni. Tamta Polska stała bronią, z magazynów wojskowych znikała ona w ilościach masowych. Inwentaryzacje przeprowadzano wówczas rzadko, mnóstwo broni zostało po opuszczających Polskę wojskach radzieckich. Kałasznikow, amunicja - tym się wtedy u nas handlowało. Dlatego wiele akcji, w jakich brałem udział, to było zabezpieczanie tras kolejowych. Pilnowaliśmy torów, bo przy torach się tymi kałachami handlowało.
Ta broń trafiała pewnie potem do gangów?
Też. W pewnym momencie było jej w Polsce naprawdę dużo. Żartowaliśmy nawet, że jak się sąsiad z sąsiadem pokłóci, to w ruch idą kałachy.
A wracając do akcji - brałem też udział w najróżniejszych obserwacjach.
Podobnych jak ta w filmie Patryka Vegi "Pitbull. Nowe porządki", gdzie policjanci czekali na przestępców na zapleczu baru?
Obserwacje policyjne tak właśnie wtedy wyglądały. Czasem prowadziliśmy je w zamknięciu, czasem gdzieś zamaskowani w terenie. Najdłużej czekałem na przestępców przez 72 godziny bez przerwy.
Coś jadłeś?
Coś tam jadłem, czasem miałem kanapki. Zawsze byliśmy przygotowani na podobną ewentualność. Jeden kolega codziennie przychodził do pracy z wielkim plecakiem. Nawet jak nie planowaliśmy żadnej akcji, wiedział, że w każdej chwili może się to zmienić. W plecaku miał chleb i mielonki, żadnych frykasów. Ale wystarczyło, żeby przetrwać. Przecież nie mogliśmy pod obserwowany adres zamówić pizzy czy chińszczyzny! Później, już w XXI wieku, w obserwacjach zaczęli nas wyręczać policjanci z Centralnego Biura Śledczego.
Jak wy w tych warunkach załatwialiście potrzeby fizjologiczne?
Często mnie o to pytają. A to jest tak, że niektóre funkcje organizmu wchodzą w stan "uśpienia". Sam nie wiem do końca, jak to się dzieje.
Ale chyba nie przez 72 godziny?!
Aż tak to nie, ale przecież zawsze znajdzie się gdzieś jakaś umywalka czy butelka, z której można skorzystać. Pamiętasz tę scenę z "Pitbulla" - "lej w butelkę"? Tak to wyglądało. W terenie wcale nie było lepiej, bo przecież nie można się często kręcić pod obserwowanym domem. To by nas zdemaskowało, co zniweczyłoby pracę wielu, wielu osób.
Najtrudniejsza akcja?
Ciężko wybrać jedną, bo niebezpieczne sytuacje zdarzały się często. Ale opowiem ci o wojnie polsko-ruskiej, która wybuchła na Dworcu Warszawa Wschodnia w 1994 roku. Pasażerowie międzynarodowego pociągu z Moskwy do Frankfurtu zostali okradzeni przez towarzyszy podróży. Rosjanie zablokowali pociąg, co jest bardzo kosztowne, nagle w ich rękach znalazły się ostre narzędzia. I zaczęła się regularna rozróba.
Pojechaliśmy na miejsce, żeby zmusić Rosjan do opuszczenia pociągu. Udało się i skład wreszcie ruszył. To było krótko przed szczytem NATO, na który Rosjanie nie przyjechali, bo twierdzili, że ich w Polsce zaatakowano. Politycy mieli więc pretensje do nas, mówili, że to nasza wina, że przekroczyliśmy uprawnienia. Była to dla mnie cenna lekcja. Nauczyłem się, że ważni ludzie nie zawsze mówią prawdę.
Pamiętasz swojego pierwszego trupa?
Owszem. To była kobieta, która zamarzła zimą. Miała uniesione ręce, więc lekarz musiał jej je połamać, żeby ją rozebrać i stwierdzić zgon bez udziału osób trzecich. Kości chrupnęły, zrobiłem się zielony. Potem zwłok naoglądałem się naprawdę dużo. Byli samobójcy, ofiary porachunków, ofiary przemocy domowej... Teraz jest lepiej - nie ma tylu strzelanin i podkładania bomb, co w dzikich latach 90.
Czy to jakoś zmienia człowieka?
W pewnym momencie obojętniejesz. Kolejne zwłoki stają się znanym ci już elementem pracy. Oczywiście są sytuacje, kiedy emocji nie da się wyłączyć. Zabite dziecko, posiekane ciało... Ale za każdym razem płakać nie możesz. Musisz przecież wykonywać swoje obowiązki. Jesteś w robocie. Jedziesz na miejsce, oglądasz ślady, rozpytujesz, przesłuchujesz... Policjant nie jest zbawcą świata.
Kim więc jest?
Raczej kimś, kto ten świat porządkuje.
Często strzelałeś?
Często. Broń służbową ma się po to, żeby jej użyć w razie potrzeby. Oczywiście zgodnie z zasadami.
Zdarzyło ci się te zasady złamać?
Miałem takiego jednego delikwenta, na którego nie było sposobu. Wszyscy wiedzieli, że popełnia przestępstwa, a nie było dowodów, żeby go zamknąć. Same poszlaki. Czuł się pewnie, był bezczelny. Pokazywał mi "fucky", mówił "spie***laj piesku" albo "i tak mi nic, ch*ju nie zrobisz".
Więc co zrobiłeś?
Akurat miałem gorszy dzień. Wywiozłem go do lasu i trochę do niego postrzelałem. Do wszystkiego się przyznał. A potem się poskarżył, że zeznania były wymuszone. Zarzucono mi przekroczenie uprawnień i ograniczenie wolności, bo wywiozłem go związanego w bagażniku. I zwolniono mnie dyscyplinarnie. Koniec służby. Bez prawa do emerytury. Po 18 latach.
Kiepsko.
Zawsze powtarzam, że nie żałuję tego, co zrobiłem. Zrobiłbym tak samo drugi raz, trzeci i kolejny. To samo zeznałem w sądzie, zwłaszcza że wszystko, co ten człowiek mi powiedział w lesie, potwierdziło się podczas procesu.
To był wyjątkowy zwyrodnialec. Napadał na staruszki po osiemdziesiątce. Jego grupa nazywała się "Żelazka". Mieli na koncie 18 napaści, cztery ofiary nie przeżyły. Żeby staruszki nastraszyć, prasowali im ręce. I zmuszali do oddania kosztowności. Bestialstwo. Lubili się znęcać nad słabszymi, czuli się wtedy silni i ważni.
Widzę, że nawet teraz wciąż to przeżywasz.
Nie wyłączyłem emocji i skończyło się tak, jak się skończyło. A w tej robocie emocje trzeba wyłączyć. W mojej najnowszej książce, "Majami zły pies", pokazuję, jak cienka jest granica, którą policjant może przekroczyć. Chcę ostrzec tych, którzy pracują w policji albo zamierzają do niej iść: jeśli zdarzy im się przekroczyć tę granicę, nikt się za nimi nie wstawi.
Ty złamałeś prawo.
Powodowała mną bezradność. Dobijająca bezradność. Wiedziałem, że ten gość jest przestępcą, a nie było na niego haka. Nie chciałem, żeby mu to uszło na sucho. Ostatecznie sąd go skazał, dostał sześć lat za pomaganie w tych napadach, a nie główny udział. Frustrujące. Podobnie jak to, że zatrzymywaliśmy kogoś, ale potem, dzięki układom, go wypuszczano. To był efekt rozmów przy zielonym stoliku.
Rozmów przy zielonym stoliku?
Tak mówiliśmy na narady szefów. Decydowali, że jednak kogoś trzeba wypuścić.
Jak to uzasadniali?
Różnie. Czasem tym, że to informator, kiedy indziej - że świadek koronny. A czasem po prostu mówili, że "może się jeszcze przydać". Wyobrażasz sobie tę frustrację? Narobiliśmy i wszystko na nic. Zakulisowe rozgrywki. Tymczasem my chcieliśmy, żeby wyglądało to tak: dowody, zatrzymanie, proces karny, wyrok. A nie zawsze tak było. W latach 90. nie weryfikowano świadków koronnych tak drobiazgowo jak dziś. Niektórzy robili, co chcieli. Odpuszczano im właśnie ze względu na status świadka koronnego. Takie to były gierki.
Kto je toczył?
Nasi przełożeni, ministrowie, prokuratorzy... Tak jak mówiłem, to frustrujące. W latach 90. frustrujący był też brak sprzętu. Permanentny. Gangsterzy mieli lepsze auta i broń niż my. Nawet lepszą łączność. Operowali takimi krótkofalówkami, że mogliśmy tylko pomarzyć. Patrzyliśmy na te ich motorole i mówiliśmy z zazdrością: "Kurczę, ale fajny sprzęt". A potem wyjmowaliśmy z kabur te swoje archaiczne 35-letnie P-64... Oni mieli już broń półautomatyczną.
Ale nam pomagała determinacja. Nikt nie patrzył, czy pracuje 10, czy 12 godzin. A na początku XXI wieku zaczęliśmy dostawać lepszy sprzęt. W miejsce polonezów, nysek i dużych fiatów pojawiły się nowe auta, głównie skody i volkswageny.
Pensje nie były frustrujące?
Pod tym względem mieliśmy się bardzo dobrze, zawsze to podkreślam. Ja, przyjmując się do policji, dostałem więcej, niż zarabiała moja mama, księgowa z 30-letnim stażem. Do służby przyciągało też prawo do emerytury po 15 latach, co prawda minimalnej, ale zawsze. Były dodatek stołeczny za pracę w Warszawie, mieszkanie służbowe lub pieniądze za jego brak, rozłąkowe, trzynastka, mundurówka. Nie narzekaliśmy.
No może tylko na sikanie do butelki...
Kierowcy tirów też sikają do butelki. Można się przyzwyczaić. Jedyne, na co mógłbym narzekać, to na to, że w pewnym momencie zaczęli się pojawiać tak zwani spadochroniarze, czyli przełożeni, którzy nie mieli pojęcia o tej robocie. Wydawali nam polecenia, a nie wiedzieli, co i jak trzeba zrobić. Z kolei my między sobą byliśmy bardzo zżyci, jeden za drugim by w ogień wskoczył.
To pewnie szczególnie ważne, gdy człowiek na co dzień ma do czynienia z gangsterami, tak jak to było w twoim przypadku w latach 90.
Podstawowa zasada była taka, że gangus nigdy nie dał policjanta.
To znaczy?
Nigdy policjanta nie pomówił. Pilnowali się jej wtedy. Do pewnego momentu było też tak, że gangsterzy nie czepiali się rodzin policjantów, nie uprowadzali ich dzieci. Była niepisana umowa, że rozgrywki są między nami, a nie między naszymi bliskimi.
Oczywiście zdarzały się odstępstwa od tych reguł. Nie stosowali się do nich na przykład Mutanci - niektórzy członkowie tej grupy zginęli w Magdalence. Kiedy granica raz została przekroczona, policjanci zaczęli być traktowani jak kaczki, do których można strzelać.
Większość gangów udało wam się rozbić.
Od lat 90. mapa polskiej przestępczości zmieniła się diametralnie. Sporo gangusów udało się zamknąć, niektórzy zginęli, pozostali się przebranżowili. Po co mają się narażać i zbierać haracze, skoro mogą, nie ruszając się z domu, wyłudzać VAT? Ale obawiam się, że przestępczość zorganizowana się reaktywuje. Ten rok i dwa najbliższe lata to czas, kiedy większości gangusów kończą się 15-letnie wyroki. Mam na myśli mafię pruszkowską, ożarowską, mokotowską - w sumie będzie kilkaset osób. A przecież oni nie potrafią robić nic innego, jak żyć z łamania prawa. Na VAT się nie przerzucą, bo są za tępi. Znów zaczną popełniać poważne przestępstwa, na przykład uprowadzać ludzi.
Janek Fabiańczyk , pseudomin "Majami". Przez 18 lat był policjantem kryminalnym. Grał funkcjonariusza operacyjnego w filmach "Pitbull. Nowe porządki" i "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" Patryka Vegi. Obecnie zajmuje się detektywistyką i bezpieczeństwem wewnętrznym.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU