Jest pan szalenie zajętym aktorem. Niełatwo było nam znaleźć chwilę na spokojną, dłuższą rozmowę.
Skończyłem grać w "Kamerdynerze" Filipa Bajona i nowej produkcji brytyjsko-rosyjskiej pt. "Van Gogi" w reżyserii Sergieya Livnieva. To historia o rosyjskim dyrygencie chorym na parkinsona, w którego się wcielam. Jestem bardzo dumny, bo do tej roli podłożyłem własny głos po rosyjsku. A gram tam Rosjanina! Sam się zdziwiłem, że podołałem temu wyzwaniu.
Ostatnio wyliczyłem, że zagrałem w ponad stu filmach w obcych językach, ale przeważnie cudzoziemca albo mój głos podkładał ktoś inny. Z wyjątkiem francuskich filmów - w tym języku mówię prawie tak jak po polsku. Ale biegle porozumiewam się też po angielsku i trochę po włosku. Z niemieckim, mimo że zagrałem w tylu niemieckich filmach, mam kłopot. Choć nawet miałem romans z niemiecką aktorką, z którą mam syna, to rozmawiałem z nią po francusku.
Jestem zdziwiona, że zagrał pan w rosyjskiej produkcji.
Reżyser postarał się, żeby była to produkcja brytyjsko-rosyjska oraz by zdjęcia nie odbywały się w Rosji. Nie gram w Rosji od aneksji Krymu. Konsekwentnie odmawiam. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Podobnie jak rezygnacja z prób do spektaklu "Porwanie Europy" autorstwa i w reżyserii Eugeniusza Ławreńczuka. Premiera przewidziana była w jednym z największych teatrów dramatycznych Moskwy.
Wysłałem list otwarty do reżysera i kolegów aktorów, by na moje miejsce zaangażowano aktora z Rosji. Odpisali mi również listem otwartym, że zamiany nie będzie: "Czekamy na lepsze czasy i na ciebie". Minęły cztery lata i czekają dalej.
Jak się pan uprze, to nie ma zmiłuj?
Oj, nie. Lubię być przekonany argumentami, jeśli ktoś je ma... Jestem skrzyżowaniem cech przodków ze strony matki, z którymi łatwo się można było porozumieć, i rodziny ze strony ojca, ludzi bardzo upartych.
W kwestii Rosji podjąłem decyzję i nie zamierzam jej zmieniać. W Rosji podawano, że 90 procent obywateli poparło działania Putina na Krymie. Duży teatr moskiewski to przynajmniej tysiąc miejsc na widowni. Czułbym się więc na scenie niekomfortowo, wiedząc, że 900 widzów myśli tak jak Putin.
Kiedy jeżdżę taksówką po Moskwie, zagaduję kierowców. Oni myślą tak samo. Są przekonani, że świat się przeciwko nim sprzysiągł. Nie wiadomo dlaczego wszyscy są wrogami Rosjan, czekają, by rozebrać ich kraj. Cholera wie po co. I jeszcze to, że im się wszystko należy.
Podobne myślenie pokutuje także w Polsce, nie uważa pan?
Większość parlamentarna, która jest wyrazem bierności prawdziwej większości w tym kraju - mam na myśli absencję podczas wyborów - wychodzi naprzeciw podobnemu myśleniu. I to jest dla mnie niepojęte. Bo przecież jakie my dostaliśmy z Unii pieniądze! Jak się nasz kraj rozwinął. Jadę przez Polskę i podziwiam te nowe drogi, te imponujące domy...
Jarosław Kaczyński doszedł do wniosku, że dobrze jest manipulować społeczeństwem. Bo to najskuteczniejszy sposób dochodzenia do władzy i jej utrzymania. Do tego stosuje dewizę "dziel i rządź". Katastrofa smoleńska jest tego klasycznym przykładem.
Co ma pan ma myśli?
Podział społeczeństwa, spotęgowany katastrofą, rozbudził najgorsze emocje, z nienawiścią włącznie. Putin i tysiące moskiewskich agentów, chcący podzielić Polaków, nie byliby tak skuteczni, jak spiskowa teoria dwójki ludzi - Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Zresztą tych dwoje najlepiej wie, że żadnego zamachu nie było, i to jest największa podłość. Kiedyś w szkole będą tego uczyli na lekcjach historii. Że cały ten podział zaczął się od kłamstwa smoleńskiego. Ucierpi na tym kilka pokoleń.
Choć prawdziwe zło zaczęło się od podziału polskiego Kościoła. Na to nie wpadła nawet caryca Katarzyna. Radio Maryja nie tylko krzewiło od początku swojej działalności antysemityzm i nienawiść do największych żyjących autorytetów. Stawało ono "na rzęsach", aby przed wstąpieniem do NATO i do Unii Europejskiej zohydzić Polakom te idee. W tej zajadłości stacja toruńska przebijała nawet prasę rosyjską, a celowała w polskiego słuchacza. To już zakrawało na sabotowanie najwyższej polskiej racji stanu. A tu najwyższy prezes wynosi co chwila ojca dyrektora pod niebiosa, a przedstawiciele obecnych władz pielgrzymują do Torunia bić pokłony. "I smieszno, i straszno", jak mówią Rosjanie.
Pesymistyczna wizja.
Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Ale jednocześnie jestem przekonany, że każdego dnia trzeba walczyć z tym, co jest nie w porządku. Zgadzam się z profesorami Henrykiem Samsonowiczem i Januszem Tazbirem, że czas od 1989 roku jest najpiękniejszym w historii Polski. To, jak nasz kraj rozkwitł, można porównać tylko do okresu Kazimierza Wielkiego.
Mimo tych, którzy chcą nas powaśnić z całym światem, mimo że bijemy się sami ze sobą, Polska to kraj, z którego absolutnie nigdzie nie chciałoby mi się wyjeżdżać. Ani na tę prawdziwą emigrację, ani na tę kretyńską wewnętrzną.
Dlaczego kretyńską?
Emigracja wewnętrzna to bierność. Brak aktywności społecznej. Tak nie wolno.
Zastanawia się pan czasem, jaki będzie wynik najbliższych wyborów?
Nie jestem wróżką. Ale powiem pani, że na pewno pójdę głosować. Nasza Podkowa Leśna bije rekordy frekwencji w każdych wyborach. Nasz proboszcz powiedział niedawno z ambony, że jesteśmy rekordzistami Polski w tej dziedzinie i że tak mamy dalej trzymać.
Pięknie tu u pana w tej Podkowie. Zielono, ptaki śpiewają.
Ten teren dostał w wieczystą dzierżawę od ówczesnego burmistrza Podkowy Leśnej mój przyjaciel Adam Hanuszkiewicz. Byłem wtedy w związku z Marylą Rodowicz, a Adam powiedział, że nie ma pomysłu na to miejsce i za zgodą gminy scedował tę dzierżawę na mnie.
Potem się z Marylą rozstałem, byłem w innym związku, wyjechałem do Paryża, gdzie spędziłem wiele lat. Z końcem lat 80. wróciłem do Polski. Dzierżawę można już było zamienić na kupno. Pomyślałem, że byłoby to fajne miejsce na domek weekendowy i postawiłem tu domek fiński. Po pewnym czasie w jego miejscu powstał niewielki domek murowany i jednocześnie rozpadł mi się kolejny związek. Ale poznałem Krystynę, która jest osobą bardzo zaradną, i uznała, że najlepiej byłoby tu zamieszkać. Zebraliśmy oszczędności i rozbudowaliśmy dom. Cudownie się tu żyje i odpoczywa.
Ciekawa historia wiąże się też z tym, jak pan poznał panią Krystynę.
Poznała nas Agnieszka Osiecka, która niezależnie przyjaźniła się ze mną i z Krystyną. Powiedziała: "Krysiu, przyjrzyj się Danielowi, bo jeszcze nie spotkał kobiety, która by na niego zasługiwała". Przepraszam. Tak powiedziała Agnieszka. Bardzo mnie lubiła, z wzajemnością, choć nigdy, o dziwo, nie mieliśmy romansu. Zawsze byliśmy zajęci. A z Krystyną jesteśmy już chyba ze 20 lat.
Znaliśmy się już, kiedy wyprodukowałem dwuosobowy spektakl z Basią Wrzesińską, a Krysia, która się z nią przyjaźniła, została kierownikiem produkcji. Gdy zobaczyłem, że świetnie pracuje, zaproponowałem, żeby zajęła się moimi sprawami zawodowymi. Szybko zrezygnowałem ze swoich agencji w Paryżu, Berlinie i Rzymie, bo Krystyna przejęła moje kontrakty.
Jest też pana wsparciem w trudnych chwilach. Była przy panu, gdy niedawno pożegnał pan brata.
Była. Bardzo lubili się z moim bratem. Mój brat był fizykiem w Polskiej Akademii Nauk. Pracował intensywnie nawet kiedy zachorował. Zapadł na chorobę psychiczną. Objawiła się ona dość wcześnie, więc przyjmował leki i do siedemdziesiątki pracował w PAN na pół etatu. Gdy choroba uniemożliwiła mu pracę, znalazł miejsce w Domu Seniora PAN w Konstancinie. Renta wystarczała mu tylko na opłacenie opieki. Odwiedzaliśmy go, przywoziliśmy ubrania, papierosy, bo strasznie dużo palił, słodycze, bo lubił obdarowywać kolegów z Domu Seniora.
Brat zrobił maturę, mając 16 lat, jako 21-latek był magistrem fizyki, doktorat obronił, mając 23 lata. Jego prace z fizyki teoretycznej drukowano w wielu językach.
Nie ma pan czasem ochoty, żeby zwolnić, odpocząć? Choć widzę, że jest pan w świetnej formie i nadal z pamięci recytuje ukochanego Norwida.
Pamięci nie mam tylko do twarzy i nazwisk. Kiedy byłem młody, przedstawiłem się na ulicy znajomym, u których pół roku wcześniej byłem na ślubie. Co prawda znaliśmy się krótko, bo to para, z którą zaprzyjaźniliśmy się w Zakopanem, ale na Krakowskim Przedmieściu ich nie poznałem. Więc się im przedstawiłem, a oni: "Daniel, nie wygłupiaj się".
Teraz na przyjęciu, gdy zbliżamy się do jakichś ludzi, Kryśka szepcze mi do ucha: "Ty ich doskonale znasz". Za to tekstów uczę się szybko i dobrze je pamiętam. Na emeryturę się nie wybieram. I ku mojej radości gram w czterech różnych teatrach. Nie mogę narzekać, że mi karta nie idzie. A wieczorem wracam do tego cudownego miejsca, pięć kilometrów dalej w stajni jest mój koń. Tam za domem jest domek rowerowy, gdzie mamy rowery górskie, na których czasem jeździmy. Na dole jest salka bokserska, w której też lubię boksować. Uprawiałem ten sport, zanim zostałem aktorem.
Wie pani, już w dzieciństwie marzyłem, żeby być sławnym. Ale byłem przekonany, że zyskam tę sławę jako wybitny sportowiec, bo sportowcy bardziej mi imponowali niż artyści. Uprawiałem każdy sport po trochu, włącznie z hokejem. I każdy przydał mi się potem w rolach, grałem m.in. zawodowego hokeistę w filmie niemieckim, bez dublera wychodziłem na lód z zawodowcami. I choć wiele rzeczy tak w życiu zawodowym, jak i osobistym mi nie wyszło, bluźniłbym, gdybym powiedział, że nie miałem cholernego szczęścia.
Daniel Olbrychski. Jeden z najznakomitszych polskich aktorów. Pierwszą dużą rolę zagrał w "Popiołach" Andrzeja Wajdy, wystąpił też m.in. w takich filmach jak "Pan Wołodyjowski", "Ogniem i mieczem", "Pan Tadeusz", "Przedwiośnie". Z powodzeniem gra w zagranicznych produkcjach - w 2010 roku w filmie "Salt" partnerował Angelinie Jolie. Ma troje dzieci z różnych związków. Jego trzecią żoną jest Krystyna Demska-Olbrychska. Od młodości uprawia boks i jeździ konno.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, psów, kawy i sportowych samochodów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU