Rozmowa
Szmul Zygielbojm, portret (autor: Pola Dwurnik, 116x89, olej, płótno, 2018)
Szmul Zygielbojm, portret (autor: Pola Dwurnik, 116x89, olej, płótno, 2018)

Szmul Zygielbojm nie wiedział, że świat nie ma sumienia?

Trudne pytanie, choć wydaje mi się, że musiał wierzyć w jakieś sumienie. Działalność Zygielbojma była przepełniona ideałami, które zderzyły się, niestety, dość szybko z międzynarodową rzeczywistością czasu wojennego. A wyglądała ona tak, że ani żaden polityk na Zachodzie, ani Stalin nie zaryzykowaliby prowadzenia wojny z Niemcami dla celu innego niż pokonanie Hitlera. Sprawa żydowska, Zagłada, nie odgrywała wówczas żadnej większej roli. Była nierozumiana i marginalizowana. Zresztą zaraz po wojnie nie było lepiej. Proszę zwrócić uwagę, że Holocaust nie występuje jako osobna kwestia podczas procesów norymberskich. Jest on elementem szerszego oskarżenia o zbrodnie ludobójstwa i nie zbliża się nawet do rangi, jaką ma dzisiaj.

Myśli pan, że Zygielbojm był "nadwrażliwy" nie jedynie na żydowski, ale szerzej, na ludzki los?

To bardzo możliwe, szczególnie że ów los nie był zbyt sprzyjający. Także jemu samemu. Zygielbojm, zmuszony okolicznościami wojennymi, wyjeżdża z kraju i przedostaje się na Zachód, by poinformować, co się dzieje w Polsce i organizować pomoc. Jego oddziaływanie na świat jest jednak znikome. Nie może pomóc ani swojemu narodowi, ani nawet rodzinie, która została w Warszawie. Szmul Zygielbojm znajduje się w sytuacji kompletnej bezradności.

Demonstracja pierwszomajowa Bundu, 1 V 1933 r., zbiory ŻIH.

Chcąc obudzić sumienie świata.

Ale okazuje się to niemożliwe, więc decyduje się na krok ostateczny - samobójstwo będące gestem rozpaczy. Coś, czego pojąć nie potrafimy, przynajmniej ja nie potrafię.

I coś, co dzieje się także współcześnie.

Pamiętam, że jednym z elementów mojego doświadczenia świata w młodości było samospalenie się mnichów buddyjskich w Wietnamie. Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego ludzie decydują się na coś podobnego. Potem byli inni, żeby wspomnieć Jana Palacha, który podpalił się na placu Wacława w Pradze, czy niedawno Piotra Szczęsnego na warszawskim placu Defilad. To jest bardzo tajemnicze zachowanie i wzbudzające wielkie emocje, szczególnie w zestawieniu z tradycją żydowską, w której życie zawsze ma największą wartość. 

Zobacz wideo

Ale Holocaust wywrócił wszystko do góry nogami.

Rzeczywiście, w przypadku Zygielbojma ta nadrzędna wartość weszła w kolizję z sytuacją polityczną, którą wytworzyła wojenna sytuacja Żydów. Bo co można zrobić z obliczu Zagłady? Jak zwrócić na nią uwagę świata? Wielu uważało, że jedyną drogą jest już tylko samobójstwo. Dlatego ten wybór Zygielbojma był dyktowany niejako nakazami jego wspólnoty politycznej.

Wie pan, wielu ludzi, którzy przeżyli Zagładę, popełniło potem samobójstwo. Nie wytrzymali, nie byli w stanie nieść przez życie takich ciężarów. Wielu miało poczucie winy, że przeżyło. I to poczucie dotyczyło ofiar, a nie katów. Przedziwna sytuacja. Sam doskonale pamiętam poczucie winy mojego ojca, który wyjechał z Równego na Wschód i przeżył, a rodzina, która została - zginęła. To jest taki ciężar, którego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.      

Zygielbojm pisze w liście pożegnalnym do prezydenta Raczkiewicza i premiera Andersa: "Nie było mi dane zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich, do ich grobów masowych".

Życie po takim doświadczeniu wydaje się trudnym wyborem. Szczególnie kiedy próbuje się pomóc i nic z tego nie wychodzi. Zygielbojm jeździł z odczytami po Stanach Zjednoczonych, pisał teksty do prasy, słał listy do Churchilla i Roosevelta, był członkiem Rady Narodowej w Londynie - namiastki polskiego parlamentu na uchodźstwie - ale nie zmieniło to żydowskiego losu, nie zatrzymało kolejnych transportów do obozów zagłady.

List pożegnalny Szmula Zygielbojma z 1943 roku. Zbiory ŻIH.

Szmul Zygielbojm urodził się w biednej, wielodzietnej rodzinie. Od dzieciństwa pracował, z zawodu był rękawicznikiem, nie miał żadnego formalnego wykształcenia. Ciekawa kariera z zupełnych nizin społecznych.

Akademią było życie, działalność społeczna i polityczna. To wspólnota - w tym przypadku Bundu, największa w Polsce żydowska, antysyjonistyczna i antykomunistyczna partia socjalistyczna - kierowała awansem, a nie formalne wykształcenie, które zresztą dzisiaj też na niewiele się zdaje w polityce, bo nie zauważyłem zależności między tytułem profesorskim a talentem politycznym.

Wojenne doświadczenie Zygielbojma to przede wszystkim niewyobrażalna samotność. Bez jej zrozumienia nie można zrozumieć ani Żydów, ani Izraela. Niemcy dokonywali zagłady narodu i nikt nie był zainteresowany jej powstrzymaniem. Oczywiście byli indywidualni ludzie, a na poziomie państw czy rządów nie kiwnięto palcem. Współczesnym tego pokłosiem jest coś, co można nazwać kultem Auschwitz, bo przecież troska o obóz i pamięć o tym, co się w nim działo, bierze się z poczucia winy, że nic nie zrobiono, że nie słuchano Szmula Zygielbojma i innych alarmujących, błagających o pomoc. Auschwitz to jeden wielki wyrzut sumienia.

A rodzina? To, że Zygielbojm zostawił ją w Polsce na pewną śmierć, nie miało fundamentalnego wpływu na jego decyzję o samobójstwie?

Myślę, że poprzez to osobiste doświadczenie Zygielbojm czuł jeszcze mocniej tragedię swojego narodu. Bo nie była to jakaś abstrakcyjna historia, ale życie najbliższych: rodzeństwa, żony, dzieci. Kiedy ginie twoja rodzina, pytanie o to, czy zrobiłeś wszystko, by im pomóc, jest jeszcze tragiczniejsze. Ale nie chcę tu też popadać w żadne moralistyczne tony.

To jest w ogóle wielka trudność w rozmowie o Zygielbojmie, bo czy mamy prawo z dzisiejszej perspektywy go oceniać? Czy mamy prawo do gdybania? Co by było, gdyby nie zostawił rodziny?

Dość łatwo możemy sobie wyobrazić, że zostałby zastrzelony w kwietniu 1942 roku, kiedy Niemcy wkraczają do getta i mordują co wybitniejszych działaczy politycznych. Albo zginąłby w powstaniu w getcie, albo pojechałby z rodziną do Treblinki.

Rywka Zygielbojm, 1939 r., zbiory ŻIH

Żadnych szczęśliwych zakończeń.

Niestety. I jeszcze jedno, nie możemy patrzeć na decyzje Szmula Zygielbojma z perspektywy mądrości, jaką posiadamy dzisiaj.

Po co dzisiaj wystawa o Zygielbojmie?

Po to, żeby pokazać los człowieka konfrontującego się w bezbrzeżnej samotności z cierpieniem, los człowieka decydującego się w obliczu rozpaczy na ostateczny gest. Po to, żeby się zastanowić nad politycznym użyciem samobójstwa, które nigdy przecież porządku świata nie zmieniło. W końcu po to, żeby - pamiętając o kłótni Abrahama z Panem Bogiem o liczbę sprawiedliwych potrzebnych do tego, by ocalić Sodomę - nie zginęła w nas wiara w owych sprawiedliwych. Jednym z nich był na pewno Szmul Zygielbojm, bo odważył się  zapłacić najwyższą cenę po to, by uzmysłowić ludziom o dziejącym się złu.

Na wystawie, oprócz archiwaliów, jest portret Zygielbojma namalowany na zamówienie Żydowskiego Instytutu Historycznego przez Polę Dwurnik. Portret absolutnego smutku w blasku płomieni.

To rzeczywiście portret człowieka, który w środku już nie żyje, a płomienie Pola Dwurnik namalowała bardzo dyskretnie, bo Zygielbojm nie czuł ich fizycznie, ale wiedział, że w tym ogniu piekielnym ginie jego świat.

Jego samobójstwo nabrało jeszcze większego znaczenia po Zagładzie, bo to właśnie na takich heroicznych postaciach jak on można budować pamięć narodu. Szmul Zygielbojm stał się, można powiedzieć, postacią symboliczną. Podobnie jak Krzysztof Kamil Baczyński, który wyszedł do powstania warszawskiego i nigdy nie wrócił. To też było tak naprawdę samobójstwo, bo przecież on pewnie nawet nie wiedział, jak się strzela.

Ostatnie zdjęcie portretowe Szmula Zygielbojma, 1942-1943 r., zbiory United States Holocaust Memorial Museum, dzięki uprzejmości Symy Minc Klok Crane.

Jest w Warszawie jakaś szkoła imienia Szmula Zygielbojma?

Nie, ale mam nadzieję, że to się zmieni, wbrew powszechnemu poczuciu szalejącego antysemityzmu. Odbudowywanie pamięci, także o Zygielbojmie, jest możliwe właśnie teraz, bo przez ostatnie trzydzieści lat udało nam się stworzyć bardzo silną społeczną opinię anty-antysemicką, która powoduje, że antysemici muszą się dzisiaj choć trochę wstydzić.

Wystawę "Szmul Zygielbojm. Milczeć nie mogę i żyć nie mogę" można oglądać w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie do 22 lipca. Jej kuratorką jest Zuzanna Benesz-Goldfinger. Wstęp jest bezpłatny.
Szmul Zygielbojm (1895-1943) pochodził z biednej i wielodzietnej rodziny żydowskiej. Jego ojciec uczył w chederze (żydowska szkoła dla chłopców), a matka była krawcową. Pracował od dziesiątego roku życia jako rękawicznik. Szybko wstąpił do Bundu - największej w Polsce żydowskiej, antysyjonistycznej i antykomunistycznej partii socjalistycznej - gdzie piął się po szczeblach kariery, zostając wkrótce członkiem władz partii. Był także sekretarzem generalnym Sekcji Żydowskiej Centralnej Komisji Związków Zawodowych oraz radnym najpierw Warszawy, a potem Łodzi. Niedługo po wybuchu wojny przedostaje się na Zachód, by informować o sytuacji polskich Żydów i szukać dla nich pomocy. Prezydent Władysław Raczkiewicz powołuje go do działającej w Londynie Rady Narodowej RP. Obojętność zachodnich rządów wobec Holocaustu i upadek powstania w getcie warszawskim doprowadza go 12 maja 1943 roku do decyzji o samobójstwie, które ma poruszyć sumienie świata.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Prof. Paweł Śpiewak. Socjolog, historyk idei, publicysta. Był posłem na Sejm, a od 2011 roku kieruje Żydowskim Instytutem Historycznym im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie. Autor kilku książek, w tym komentarzy do Tory, które drukuje także regularnie w "Tygodniku Powszechnym". Jest ojcem działacza społecznego i polityka Jana Śpiewaka, kandydata do fotela prezydenta Warszawy.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" oraz weekendowego magazynu Gazeta.pl.