Rozmowa
Osiedle Roździeńskiego w Katowicach (fot. Krzysztof Skłodowski)
Osiedle Roździeńskiego w Katowicach (fot. Krzysztof Skłodowski)

Co jaszczurki zwinki mają wspólnego z Leninem?

Opóźniły powrót Lenina do Berlina. W czasach NRD olbrzymi pomnik Lenina stał na placu jego imienia, przed reprezentacyjnym zespołem bloków, które układały się w litery SU, jak Soviet Union. Miał to być miły powitalny widok dla pasażerów samolotów, które nadlatywały tamtędy ze Związku Radzieckiego na lotnisko Schönefeld. Kiedy upadł mur, Niemcy bardzo intensywnie usuwali pamięć o przeszłości i pomnik Lenina trafił do lasu. Korpus poćwiartowano - jakby szlachtowano potwora, żeby już nigdy nie powstał z martwych - głowę zakopano w całości. Potem przyszło opamiętanie. Władze Berlina uznały, że pozbywanie się dowodów komunistycznej przeszłości nie jest skutecznym sposobem informowania o historii i zdecydowano, że Lenin trafi do muzeum. Odnaleziono go w lesie Köpenick, tyle że przeciw szybkiemu transportowi zaprotestowali ekolodzy. Trzeba było poczekać, aż rezydujące tam jaszczurki zwinki zapadną w zimowy sen, wcześniej prace wydobywcze mogłyby zakłócić ich spokój.

Plac Narodów Zjednoczonych w Berlinie (fot. Martin Pueschel Eastberliner / commons.wikimedia.org)

Z tymi jaszczurkami to jednak marginalna historia. Dla mnie ważniejsze jest to, co stało się z blokami przy placu, na którym stał Lenin, przemianowanym na Platz der Vereinten Nationen, czyli Plac Narodów Zjednoczonych. Przed 1989 rokiem był scenerią dla rozmaitych obchodów, alejami ze wszystkich stron nadchodziły orkiestry z bratnich krajów, odgrywały hymny. Sam plac próbowano naznaczyć jako pępek socjalistycznego świata, w którego centrum stał Lenin. Dziś zamiast jego pomnika w tym samym miejscu jest fontanna skonstruowana z kamieni zwiezionych z różnych stron świata. Zatem - znów symbol. Okazuje się, że w nowych czasach potrzeba znaczenia przestrzeni, nadawania jej symbolicznych wymiarów, nie znika, jedną symbolikę zastępuje się inną. 

Czyli bloki, w zamyśle neutralne, nie mogą być obojętne. Piszesz zresztą, że wystarczy powiedzieć w towarzystwie, że jest się z bloku i natychmiast zajmuje się stanowisko.

Piszę to ironicznie. Ja uważam, że bloki są neutralne, a to, co każdy z nas w nich dostrzega, jest odzwierciedleniem tego, co sam ma w głowie, sumy jego doświadczeń, uprzedzeń, wyobrażeń. To tylko forma architektoniczna, w którą wkładamy sobie różne projekcje.

O tych projekcjach jest twoja książka. "Betonia" to wielowarstwowa opowieść o blokach, o tym, co dzieje się, gdy idee architektów spotykają się z ludźmi. Dlaczego ją napisałaś?

Pomysł był skromniejszy. Chciałam napisać o berlińskim osiedlu Gropiusstadt, które Walter Gropius zaprojektował u schyłku życia. To miało być osiedle idealne, utopia stworzona przez jednego z ojców modernizmu, bez którego nie byłoby takiego myślenia o architekturze, jakie znamy. Jak to bywa z tego typu ambitnymi zamierzeniami, stopniowo - z powodów politycznych i społecznych - wyrodziło się z pierwotnych planów, spotężniało, spotworniało. To tam mieszkała Christiane F. z "Dzieci z dworca ZOO", książki ważnej dla mnie w okresie dorastania.

Widok na dzielnicę Gropiusstadt w Berlinie (fot. Krzysztof Skłodowski)

Kiedy zaczęłam badać Gropiusstadt, doszłam do wniosku, że pisząc o blokach, należałoby pokazać Berlin po obu stronach muru. To miasto jest dobrym punktem wyjścia, bo skupia w sobie i wschodnie, i zachodnie podejście do bloków, a z blokami się wcale nie kojarzy. Potem temat rozszerzył się na Polskę - na tle Europy i świata. W Polsce koncentruję się na Krakowie, bo jego powszechny obraz, taki, jaki mają choćby turyści, zupełnie nie uwzględnia osiedli bloków, których jest tam mnóstwo; żyje w nich prawie połowa mieszkańców. Nie pasują do turystycznego wizerunku miasta o tradycyjnej urbanistyce; zapomina się o nich, nie dostrzega, z wyjątkiem socrealistycznej części Nowej Huty, która funkcjonuje jako przeciwwaga dla starego Krakowa, rodzaj osobliwości. Wydało mi się to ciekawe.

Na krakowskim osiedlu Krowodrza Górka, dawniej Trzydziestolecia PRL, dorastałaś.

Z tamtych czasów została mi fascynacja dużymi, przeskalowanymi formami. Jeden z efektów dorastania na osiedlu to powtarzający się sen, w którym jestem w nieznanym mieście, wśród dużych bloków, i nie potrafię znaleźć drogi powrotnej. Ale dopiero zbierając materiał do książki, uzmysłowiłam sobie, że przecież ja też jestem z bloku i warto odwołać się również do swojego doświadczenia życia w nim, zastanowić się, na ile jest to doświadczenie uniwersalne. Co więcej, prawie dwadzieścia lat spędzonych w bloku nigdy mnie nie definiowało.

Osiedle Krowodrza Górka (dawniej Trzydziestolecia PRL) w Krakowie (fot. Krzysztof Skłodowski)

Nawet jak w liceum na starcie spadłaś w hierarchii społecznej, bo wszyscy inni byli z kamienic?

Nie było aż tak drastycznie. W moim liceum Nowodworskiego nie byłam jedyną mieszkanką bloku. Piszę o tym z przymrużeniem oka. Choć w szkole średniej położonej u stóp Wawelu należeliśmy do mniejszości, doświadczenie życia w bloku nie naznaczało. W moim bloku mieszkał późniejszy rektor AGH, mieszkali artyści, buddyści, świadkowie Jehowy, taksówkarze, robotnicy i alkoholicy. Nie znaliśmy słów "blokers" ani "blokowisko". To był bardzo egalitarny świat, dorastaliśmy w przekonaniu, że ludzie są różni i są równi. Jeśli więc mieszkanie w bloku coś we mnie trwale ukształtowało, to sposób, w jaki myślę o mieście, o życiu sąsiedzkim, o idei równości i otwartości.

Wspomniałaś o blokowisku. W "Betonii" rozprawiasz się z mitami, które narosły wokół związanych z blokami pojęć. Spróbujmy pokrótce wyjaśnić. Wielka płyta to.

Jeden z systemów, w których produkowano bloki. Niejedyny, choć przyjęła się zbitka słowna "blok z wielkiej płyty". W Polsce fabryki domów pojawiły się masowo dopiero w połowie lat 70. Wcześniej istniały także inne technologie prefabrykacji, czyli wykorzystywania betonu w konstrukcji domów. Zaczynało się od wytwarzania przemysłowo pojedynczych elementów. Najpierw stropy, klatki schodowe, podesty, nadproża okienne, poprzez balkony, aż do całych ścian - to tzw. technologia wielkiego bloku. Bolesław Januszaniec w pracy o budownictwie uprzemysłowionym w Polsce podaje, że spośród 215 projektów bloków przeznaczonych do realizacji w latach 1966-1970 aż 99 wykorzystywało technologię wielkiego bloku, 31 wielkiej płyty, a pozostałe technologie przejściowe lub osobne, jak monolity (w których stawiano warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą) czy rama H. Ewolucja dokonywała się stopniowo. Do tego dochodziły różne systemy, opracowywane przez inżynierów i architektów w poszczególnych miastach czy rejonach. W szczytowym okresie było ich kilkadziesiąt. Choć wydaje się, że wszystkie bloki są identyczne, tak nie jest. Za konkretnymi systemami stoją ludzie, "królowie wielkiej płyty", jak mówił o sobie jeden z moich rozmówców, nieżyjący już Krzysztof Lachert. Stopniowo można nauczyć się je rozróżniać.

Warszawskie Osiedle za Żelazną Bramą (fot. Radek Kolakowski/flickr.com)

Blok bowiem to.

Budynek z betonowych prefabrykatów. Forma jest drugorzędna, chodziło o technologię, która umożliwi tanio i szybko zapewnić dach nad głową jak największej liczbie osób. Prototypy bloków powstające już w XIX wieku, choćby w berlińskiej dzielnicy Lichtenberg, nie przypominały tych, w których dziś mieszka co najmniej 12 milionów Polaków. Pierwszy betonowy dom w Niemczech, wzniesiony w 1878 roku, jest nie do odróżnienia od sąsiednich kamienic. Forma nabrała znaczenia dopiero w międzywojniu, w erze modernizmu. W Polsce najwięcej jest bloków czteropiętrowych. Był okres, kiedy stawiano niemal wyłącznie cztero- i dziesięciopiętrowce, ustawiając je w równych rzędach, jak spod linijki. Wynikało to z niedostatków technologii - dysponowano tylko jednym typem żurawia do ich stawiania. Za Gomułki narzucono dominację czteropiętrowych ze względu na oszczędności - nie trzeba było instalować wind.

Czym różni się osiedle od blokowiska?

Nazwa "osiedle" brzmi neutralnie, może zresztą być to równie dobrze osiedle złożone z bloków, jak i domków jednorodzinnych. "Blokowisko" w takim znaczeniu, w jakim go używamy, czyli wymiennie do "osiedla", jest konstruktem medialnym, który pojawił się wraz z filmami "Blokersi" i "Cześć, Tereska" oraz zainteresowaniem nowymi subkulturami. Dziennikarze zaczęli odkrywać, że najwięcej młodych ludzi słuchających hip-hopu mieszka w blokach. A tam po prostu mieszkało w ogóle najwięcej młodych ludzi. Stamtąd było już blisko do konkluzji, że bloki to świat bez przyszłości, siedlisko ludzi przegranych, bez pracy, smutnych i biednych. To równie zafałszowany obraz, jak obowiązkowe zdjęcie zrujnowanej kamienicy przy informacji w gazecie o tym, że konkubent zamordował konkubinę. 

W PRL-u często stawiano niskie bloki, by uniknąć kosztów związanych z instalacją windy (fot. Adrian Grycuk / commons.wikimedia.org)

"Blokowisko" brzmi trochę jak "konkubent".

Jak "wysypisko", "śmietnisko". To jest po prostu brzydkie słowo. Ono nie funkcjonowało w latach 70. czy 80., choć właśnie w latach 80. należy szukać jego etymologii. Wtedy w Krakowie zebrała się grupa osób - architektów, socjologów, artystów, którzy na zlecenie zrzeszenia spółdzielni mieszkaniowych mieli "uczłowieczyć" Nowy Bieżanów, Kurdwanów i Na Kozłówku, osiedla powstałe w końcowej fazie Gierka, czyli wtedy, kiedy budowano już bez spójnej myśli urbanistycznej, tanio, szybko, byle jak, bez wdzięku i pomysłu. Przybrali nazwę "Blokowisko". Prawdopodobnie hasło rzucił szef tego przedsięwzięcia, architekt Janusz Bogdanowski, wielki przeciwnik chaotycznej zabudowy blokowej i miłośnik tradycyjnej urbanistyki Krakowa. Historia tego zespołu, którą opisuję w jednym z rozdziałów książki, jest zresztą niesamowita: w czarnych latach 80., tuż po stanie wojennym, w głębokiej komunie, garstka zapaleńców pod wodzą artysty Stefana Pappa próbuje - z kiepskim niestety skutkiem - robić to, co w Europie Zachodniej jeszcze raczkowało, a w Polsce zaczęło się na dobre dopiero po przełomie. Czyli rozmawiać z mieszkańcami, zachęcać ich do współudziału w projektowaniu osiedla, organizować akcje artystyczne.

Wydaje się, czytając "Betonię", że eksperyment z blokami lepiej powiódł się po naszej stronie żelaznej kurtyny. Przynajmniej w sensie społecznym.

To są dwie zupełnie różne historie, choć splatające się ze sobą. Zachód fascynację blokami przeszedł wcześniej. Tam bloki i wielkie osiedla w rodzaju Gropiusstadt, francuskich "grands ensembles" pod Paryżem lub brytyjskich Park Hill, Hulme Crescents czy Red Road Flats w Glasgow wznoszono głównie jako projekty socjalne, by zapewnić tanie mieszkania masie robotników.  I jak to bywa z tworzeniem gett, spiętrzyły się problemy społeczne. Czasem, jak w amerykańskim Pruitt-Igoe, później łatwiej było wyburzyć bloki niż rozwiązać problemy. Na Zachodzie bloki z prefabrykatów powstawały tylko dopóty, dopóki dopłacano do nich z publicznych środków, za ich popularność odpowiadała ideologia ówczesnych lewicowych rządów. My byliśmy spóźnieni o 10 lat ze względu na biedę, niedostatek technologii, ale też socrealizm, który uniemożliwił projektowanie w duchu modernistycznym. Zaczęliśmy nadganiać zaległości po 1956 roku, bezkrytycznie przenosząc na polski grunt rozwiązania, od których Zachód już wówczas odchodził. Potem zresztą, już za Gierka, kupiliśmy zachodnie wyposażenie fabryk domów. Ze względu zaś na system, jaki panował w Polsce i po całej wschodniej stronie żelaznej kurtyny, nasze bloki były bardziej egalitarne. Mieszkali w nich wszyscy, nie tylko najmniej zarabiający.

Barbican Centre w Londynie jest uważane za ważny przykład architektury brutalistycznej (fot. Krzysztof Słodkowski)

Architekci za to musieli mierzyć się z ograniczeniami nie tylko technologicznymi, ale i ideologicznymi. W latach 60. powstał nawet urząd pełnomocnika ds. przykładowo oszczędnego budownictwa mieszkaniowego. Co to było?

To był pomysł wicepremiera w rządzie Władysława Gomułki, Juliana Tokarskiego. On szukał oszczędności za wszelką cenę. Dążył do tego, żeby budować mieszkania bez toalet, to się nie udało, ale udało się ze ślepymi kuchniami, które zamiast okien miały okienka w ścianie łączącej je z pokojem. Zmniejszano i tak skromne normatywy, wtedy zaczęło się upychanie małych mieszkań w wysokich budynkach. Osiedla zaczęły tracić indywidualną twarz, ku rozpaczy architektów, którzy - jak wszyscy twórcy - chcieli odcisnąć na projekcie swoje piętno. W socjalizmie to było trudne, a z czasem coraz trudniejsze.

Krzysztof Bień, projektant krakowskiego osiedla Widok, pozwał miasto do sądu za zniszczenie projektu.

To był jedyny w Polsce proces architekta przeciwko miastu. Bień był jednym z tych architektów, którzy po odwilży zaczęli wyjeżdżać. W Paryżu spał w samochodzie obok osiedla La Défense, w Szwajcarii odwiedzał rodzinę i oglądał, co się tam buduje. Wymyślił osiedle z panoramą na krakowskie kopce i Salwator, złożone z bloków różnej wielkości, z zielenią i pawilonami handlowymi. No, ale projekt był własnością biura i ono mogło zrobić z nim, co chciało - zastosować inne technologie, zmienić proporcje. Zaczął się stawiać, więc wyleciał z pracy. Wtedy pozwał miasto. Proces toczył się bardzo długo, odbił się szerokim echem na świecie i skończył wyrokiem salomonowym. Czyli uznano wprawdzie, że naruszono prawa architekta, ale projektu nie naprawiono, bo niechciane bloki już stały. 

Blok na osiedlu Bronowice Nowe (d. Widok) w Krakowie (fot. Obbie / commons.wikimedia.org)

Na Krowodrzę Górkę, gdzie dorastałaś, wróciłaś po latach z badaczami. Czego się dowiedziałaś?

Zespół socjologów miasta z Uniwersytetu Jagiellońskiego pod kierunkiem dr Marty Smagacz-Poziemskiej prowadzi bardzo ciekawe badania na temat różnic i granic przy tworzeniu społeczności sąsiedzkich w wielkim mieście. Rozmowy z nimi otworzyły mi oczy na to, jak stereotypowo patrzymy na osiedla. Kiedy na tych starszych, z lat 60., 70. czy 80., realizowane są programy rewitalizacji z udziałem mieszkańców, zakłada się z góry, że stanowią jedną, zwartą społeczność zintegrowaną faktem, że mieszkają na starym osiedlu. Tymczasem to kolejny sentymentalny mit o PRL, o tym, że wówczas wszyscy się kochali i budowali więzi na lata, podczas gdy teraz - na nowych osiedlach - panuje anonimowość. Okazuje się, że ludzie grodzą się i na starych, i na nowych osiedlach, a więzi, które tworzą i tu, i tam, są tymczasowe, podporządkowane jakimś konkretnym interesom. Nie zawsze identyfikują się z osiedlem, jeśli już, to z najbliższym otoczeniem, blokiem, w którym mieszkają, nawet tylko z klatką. To ważne wnioski, bo być może dlatego właśnie niektóre programy rewitalizacji trafiają w próżnię, że ich autorzy nie znają potrzeb odbiorców.

Tak po ludzku - jak to było wrócić do miejsca swojego dzieciństwa z badaczami?

Ciekawe były rozmowy z dawnymi sąsiadami, zderzenie perspektyw. Część osób, które znam od dziecka, nadal tam mieszka. Ja bym tak nie mogła. Myśl o spędzeniu całego życia w jednym miejscu, gdzie widzisz fizycznie upływ czasu, obserwujesz, jak starzeją się przestrzeń i ludzie, przeraża mnie. Moi dawni sąsiedzi wydają się zadowoleni z tego, jak mieszkają, a przynajmniej przyzwyczajeni do bloku. Jednak na pytanie, czy gdyby mieli możliwość przenieść się do domku z ogródkiem, porzuciliby swoje mieszkania, wszyscy odpowiadali, że tak, z wielką chęcią.

Swoją drogą, ja w domku na przedmieściach mieszkałam zaledwie rok. Czułam się jak na zesłaniu.

Plac Grunwaldzki we Wrocławiu (fot. Krzysztof Słodkowski)

W latach 60. niemiecka pisarka poruszyła naczelnego architekta Berlina pytaniem, czy w Hoyerswerdzie - mieście wyglądającym jakby pochodziło z zestawu do składania - można się całować. A na Krowodrzy? Można się całować?

Teraz już nie ma tego problemu, bo na osiedlu są kawiarnie. Za moich nastoletnich czasów było trudniej uciec przed oczami wścibskich sąsiadek, wszyscy się znali. Ale też dawaliśmy radę.

Premiera książki Beaty Chomątowskiej odbędzie 23 maja (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta; Wydawnictwo Czarne)

"Betonia" ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Czarne. Książkę możecie kupic w Publio.pl >>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Beata Chomątowska. Pisarka, dziennikarka, aktywistka, stała współpracowniczka "Tygodnika Powszechnego". Autorka m.in. "Stacji Muranów" i "Lachert i Szanajca. Architekci awangardy". Współzałożycielka stowarzyszenia Stacja Muranów.

Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Autorka książek "Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL" i "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne). Współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl, Wysokimi Obcasami Extra i Vogue.pl