Za chwilę rusza pani nowy program telewizyjny. Jest pani przygotowana na komentarze w stylu "znowu ci Mellerowie" czy "o, brat jej załatwił"?
Może jakbym miała 20 lat, tobym się przejmowała takimi komentarzami. Co ja zrobię, takie mam nazwisko, z takiej jestem rodziny. Brat próbował mnie już na to przygotować. Powtarza na przykład, żebym nie czytała komentarzy na forach internetowych, na które nie mam wpływu.
Mówi pani: "z takiej jestem rodziny", czyli z jakiej?
Mój tata był znany, mój brat jest znany. Tata był smakoszem, ale do gotowania miał dwie lewe ręce. Mama z kolei była w tym fenomenalna, zajmowała się też historią kuchni. Tata był pożeraczem smaków, a jedzenie, tak jak książki, filmy i dobra muzyka, było dla niego ważną częścią życia.
Panią też ciekawią kulinaria.
To prawda, gotuję od małego. W domu, kiedy chciałam porozmawiać z mamą, szłam do kuchni. Tam toczyło się życie. Nie sposób było nie połknąć bakcyla. Moi bracia też bardzo dobrze gotują. Za to tata miał dwie lewe ręce do gotowania, ujmując rzecz eufemistycznie. Raz próbował nam zrobić jajecznicę, ale nie mając pojęcia, gdzie jest sól, przez pomyłkę użył cukru. Musieliśmy tę "delicję" zjeść. Marcinowi tata przyrządził jajecznicę na oleju z puszki sardynek. Bratu do tej pory wykręca twarz na samo wspomnienie.
A teraz w moim programie "Przepis na sukces" w Food Network wynajduję charyzmatycznych szefów kuchni i gotuję z nimi popisowe dania. Zostaję ich podkuchenną i wykonuję polecenia. Kroję, przyprawiam, jestem kelnerką. Podglądam i uczę się od najlepszych. To fascynujące.
Co się jadało u was przy rodzinnym stole?
Mama najbardziej lubiła tradycyjną polską kuchnię. Marcin wybierał schabowego, a ja pierogi, leniwe, kopytka i łazanki. Przez rok mieszkaliśmy w Stanach, gdzie mieliśmy dostęp do kuchni z całego świata. Mama się wtedy bardzo rozwinęła. Poza tym z wiekiem gotowała coraz lżej, robiła więcej ryb i sałat. I najlepszy kawior po żydowsku, jaki do tej pory jadłam.
Nie znam tego dania.
Kawior po żydowsku to rodzaj pasty. Składa się z wątróbki cielęcej lub drobiowej zasmażonej z cebulką i dużą ilością czarnego pieprzu. Mieli się ją z jajkiem na twardo.
Jak mama zapowiadała, że jest obiad o 16, to musiał być na czas. To było święte. Zresztą mój ojciec bardzo pilnował dyscypliny wojskowej.
Rozmawialiście o polityce?
Trudno było nie rozmawiać. Tata przeszedł do MSZ w 1992 roku. Zaczynał jako wicedyrektor, a pięć lat później mianowano go ambasadorem Polski w Paryżu. Był też na placówce w Moskwie, a później został ministrem spraw zagranicznych. Późno wszedł w politykę. Wcześniej był profesorem historii i ta erudycyjna wiedza bardzo mu się przydała w dyplomacji. Tata wychował nas na państwowców.
Świadomie nie użyła pani słowa "patriotów"?
Na patriotów też, ale to bardzo duże słowo, którym się dzisiaj szafuje. Dlatego powiedziałam "państwowców". Kiedy dyskusja polityczna traci pewien poziom, jest to bardzo przygnębiające. Wczoraj oglądałam dokument HBO o ostatnim roku polityki zagranicznej Baracka Obamy. Jak on rozmawiał o największych problemach świata! Naprawdę był zajęty tym, by ten czas wykorzystać na zrobienie czegoś dla dobra ogólnego.
Miałkość dyskusji politycznych w Polsce sprawia, że emigruję wewnętrznie. Mój patent na święty spokój to unikanie newsów, dużo książek i rodzina. No bo co można zrobić, gdy Krystyna Pawłowicz wypowiada się w taki sposób?
Można pójść w czarnym proteście.
Wspieram protesty kobiet. To ważne. Ale mam poczucie beznadziei i bezsilności. Wydaje mi się, że wszelkie zasady zostały już złamane. Wprowadzanie ustaw nocą, pod zamknięciem.
Pani ojciec co by zrobił w takiej sytuacji?
Mój ojciec podał się do dymisji, kiedy Lepper wszedł do rządu. Nie wiem, co by zrobił teraz. Chyba by leżał i płakał. Dla niego już Lepper z Giertychem byli przekroczeniem granic. A teraz tamto myślenie wydaje się śmieszne, to była zabawa w przedszkolaków w porównaniu z tym, co się obecnie dzieje w Sejmie.
Natomiast w kwestii ustawy o IPN byłby, jak myślę, do głębi smutny. Że zaprzepaszcza się wszystko, co zostało osiągnięte przez ostatnie dwadzieścia kilka lat. Bezradność doprowadzałaby go do szału, bo tata był człowiekiem czynu.
Czy rodzina, którą pani stworzyła, przypomina model, w jakim pani wyrosła?
Jestem mniej surowa niż mój tata. On wprowadzał dyscyplinę, był bardzo zasadniczy. Ja jestem zasadnicza, jeśli chodzi o wspomniane spotykanie się przy stole. To przeszło na mnie. Jak jest obiad i umawiany się na konkretną porę, wszyscy muszą być. Kiedy krzyczę, że gotowe, na dotarcie do stołu jest kilkadziesiąt sekund. Szlag mnie trafia, jak się wszyscy nie zejdą. Wtedy rzeczywiście przypominam mojego ojca, i to jest bardzo dziwne doświadczenie.
Nieco męczące?
Bywa. I dziwne. Walczę z tymi trudnymi cechami taty w sobie, bo on był w domu bardzo trudny. Miał silną osobowość. Po całym dniu napięć w pracy musiał się wyładować, jak to zwykle bywa.
Dziś wychowaniu dzieci poświęca się więcej czasu. Rodzice są bardziej świadomi. Ja dość późno zostałam matką - miałam 34 lata, gdy urodziłam pierwsze dziecko. Moja mama na przykład wyszła za mąż, mając niecałe 21 lat i chwilę później już urodził się Marcin, a 8 lat później ja z moim bratem bliźniakiem. Mama była wówczas uważana za starą matkę, a miała zaledwie 31 lat. To były inne standardy.
Mama nie miała pojęcia, że jest w ciąży z bliźniakami, nie było w ogóle wtedy USG, a ja i brat mieliśmy zgrane bicie serca. Urodziłam się ja, lekarz powiedział: "dziękuję bardzo", a mama na to, że czuje, jak coś się jeszcze rusza. "Nie, to macica się obkurcza" - ocenił lekarz. Pięć minut później przyszedł na świat mój brat Andrzej. Ojciec zemdlał, jak się dowiedział, że nagle jest nas trójka.
Dlaczego?
Bo niczego nie mieli. Mężczyzn wtedy nie wpuszczano do szpitala, więc mama pisała do taty listy. Zawierały szczegółowe instrukcje, do której koleżanki ma się zgłosić po wanienkę, a do której po kocyk, który przetną na pół i będą dwa. To były niesłychanie wymagające czasy. My jesteśmy dziś rozpieszczeni, wszystko mamy.
A jak wyglądała wasza asymilacja? Pani ojciec pochodził ze spolonizowanej rodziny żydowskiej.
Normalnie się u nas o tym mówiło, bez obrzędowości i religijności. Tata nie był wierzący, jego rodzice też nie. Ale od małego wiedzieliśmy, że w '68 tatę wyrzucono z pracy ze względu na pochodzenie. Że musiał być kasjerem, zresztą po znajomości. Przez lata był poszkodowany - młody, ambitny facet, który w dodatku miał na utrzymaniu rodzinę, nie mógł się rozwijać. Właśnie ten brak możliwości rozwoju intelektualnego, zakaz publikacji były dla niego największą karą. Wiem, że dorabiał, pisząc "Tygryski", popularne wówczas kryminały. Pisał pod pseudonimem, więc albo się nie zorientowano, albo ktoś życzliwy przymykał na to oko.
Często zastanawiam się, w jaki sposób znajdował siłę w tych trudnych okresach. Myślę, że ratowało go życie towarzyskie i rodzinne. Mama stworzyła niesłychanie ciepły dom, w którym dobrze się czuł. Ten dom był zawsze otwarty.
Nagminnie się zdarzało, że tata wracał z pracy i wołał do mamy: "Beatko, wpadnie parę osób". "Bliżej dwóch czy bliżej dziesięciu?" - dopytywała mama. "Ciężko powiedzieć, ale zrób coś do jedzenia" - odpowiadał. A mama ruszała do pracy. Mieliśmy w piwnicy taką wielką zamrażarkę, w której spokojnie można było schować zwłoki. I mama zawsze coś wyczarowywała z przechowywanych tam produktów.
Pamięta pani nieprzyjemne sytuacje związane z pochodzeniem waszej rodziny?
Pamiętam jedno takie zderzenie z rzeczywistością w pierwszej klasie podstawówki, kiedy nie poszłam na religię. Zostałam przez rówieśników wyzwana od bezbożnic. Bo na czterdzieścioro dzieci w klasie na religię poza mną i moim bratem bliźniakiem nie chodził jeszcze tylko jeden chłopak. Dla dzieci inność jest zawsze gorsza, wtedy było mi bardzo przykro. Byłam zszokowana. Ale po rodzicach jestem dość harda i odporna na przeciwności losu. Zostawiam je od razu za sobą, nawet do granicy całkowitego wyparcia. To pozwala iść do przodu i żyć. A mam po rodzicach dziką miłość życia.
Więcej podobnych wspomnień nie mam, być może je wyparłam. Jednak zdecydowałam, że w związku z szaloną liczbą godzin religii nie puszczę dzieci do państwowej szkoły. Nie zgadzam się na to. Religia jest tak jakoś dziwnie planowana, że zazwyczaj znajduje się w środku planu lekcji i co te biedne dzieci mają ze sobą zrobić w tym czasie?
Nie ma mojej zgody na państwo, w którym Kościół ma tak wiele do powiedzenia. Kobieta ma niezaprzeczalne prawo do decydowania o swoim ciele. Ale nie lubię o tym rozmawiać, bo się od razu denerwuję. Szkoda energii.
Premiera programu Katarzyny Meller "Przepis na sukces" w Food Network w niedzielę 20 maja o g. 13.15.
Katarzyna Meller. Córka Stefana Mellera i siostra Marcina. Anglistką, mówi też biegle po francusku. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim i Sorbonie. Kocha gotować.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU