Na szkockiej wyspie Bute, w miasteczku Rothesay, rząd Władysława Sikorskiego utworzył w 1940 roku obóz odosobnienia dla oficerów Polskich Sił Zbrojnych. Kierowano tam wojskowych wiernych sanacji, krytykujących nowe władze, oskarżanych o klęskę wrześniową i "nieprawomyślność". Przez trzy lata obóz zasiedliło około 1500 oficerów. Mieszkali w pensjonatach i hotelach, czas wolny spędzali na potańcówkach i grze w brydża, ale przymusowe odsunięcie od służby traktowali jako ogromną i niezasłużoną karę.
Na zapomniany epizod z drugiej wojny światowej przez przypadek trafiła Małgorzata Szejnert. Jedna z najważniejszych polskich reporterek pojechała na Bute. Efektem jest jej najnowsza książka "Wyspa Węży", w której przeplata historię rozgrywek wojskowych frakcji z opowieścią o wojennych losach swojej rodziny.
Czy pani zdaniem naszą narodową cechą jest zdolność do kłótni w każdej sytuacji?
Na to wygląda. Pracując nad "Wyspą Węży", wyraźnie czułam, że w Polakach istnieje jakaś głęboka niemożność, wręcz niechęć do porozumienia.
Czytając pani książkę, miałem ochotę potrząsnąć bohaterami, krzyknąć: Panowie, polska w ruinie, a wy się kłócicie!
Na których był pan zły?
Na obie grupy.
To bardzo dobrze.
Kiedy zaczęłam interesować się Rothesay, byłam pod wpływem paru tekstów i forów internetowych, które ten obóz przedstawiały jako miejsce szczególnych udręk i samobójstw. To prowokowało do litowania się nad piłsudczykami, których tam zesłano. Podczas lektury dokumentów, zwłaszcza w londyńskim Instytucie Sikorskiego , zaczęłam zmieniać zdanie. To nie było tak, że po jednej stronie były całkowicie niewinne ofiary, a po drugiej zawzięci ludzie, którzy znaleźli się u władzy i niszczą oponentów politycznych. Ta niechęć nie była całkowicie nieuzasadniona. Ludzie, którzy znaleźli się w Rothesay, rzeczywiście w wielu wypadkach popełnili niewybaczalne błędy, wręcz niegodziwości. Istniały podstawy do braku zaufania.
Ale o "obozowych" represjach wobec oficerów nie może być mowy. To nie były druty, więzienie. To nie było fizyczne upokorzenie. Dostawali żołd. Wyspa oferowała im mnóstwo przyjemności: gra w tenisa, golf, dancingi. Miła wilegiatura w czasie wojennej masakry. Jednocześnie dla oficera - sytuacja straszna. Bezczynność godziła w godność Polaka, odbierała żołnierskie zadanie.
Dlaczego grupa Sikorskiego upokarzała tych ludzi?
Sikorski nie ufał wysokiej kadrze oficerskiej, która wyszła spod ręki Piłsudskiego, umocniła się po przewrocie majowym. Historia stacji zbornej oficerów - bo tak ją enigmatycznie nazwano - na wyspie Bute ma początki w głębokich podziałach między obozami Sikorskiego a Piłsudskiego. To były różne koncepcje widoczne jeszcze przed przewrotem majowym.
Różne wizje Polski?
Tak. Druga przyczyna to potrzeba osądzania. Obóz sanacyjny został oceniony jako winny klęski wrześniowej. Nie zauważyłam przy tym, czytając różne dokumenty, by zwolennicy Sikorskiego zwracali uwagę na sowiecki nóż w plecy. Nie uznano tego za element łagodzący rozliczenia.
Obsesja rozliczeń?
Ktoś musi być winien. Kto? Wiadomo - te bawidamki oficerskie od Piłsudskiego.
Trzecia przyczyna to urazy osobiste. Sikorski był przez lata odsunięty od władzy, a nawet od udziału w kampanii wrześniowej. Jego obóz czuł się głęboko upokorzony, skrzywdzony. Kiedy sytuacja się odwróciła, to oni postanowili upokorzyć "sanatorów". Widoczna jest tendencja, którą my dzisiaj nazywamy TKM, "teraz (pominę słowo środkowe) my".
Kiedy po klęsce wrześniowej generał Kasprzycki [Tadeusz, generał dywizji Wojska Polskiego, Minister Spraw Wojskowych w latach 1935-1939 - przyp. red.] prosi Sikorskiego o przydział do wojska, ten odpowiada: "Ojczyzna nie chce Pana usług". To samo on sam usłyszał we wrześniu. Trudno się dziwić jego rozgoryczeniu. Jeżeli ktoś nie jest wielkoduszny, chętnie bierze odwet na tych, którzy go wcześniej upokarzali.
To brzmi znajomo.
Ależ naturalnie! Ja pewnie nie wytrwałabym przy pisaniu tej książki, gdyby temat nie był tak aktualny. Jestem reporterką i zawsze chcę mieć żywych bohaterów. Tu ich nie miałam. Musiałam grzebać w archiwach, rekonstruować sytuacje, utożsamiać się z obiema stronami. Nie mam wykształcenia historycznego, nie jestem ekspertką od międzywojnia. Pisanie tej książki było dla mnie bardzo trudne. W 2012 roku zrezygnowałam i przerwałam pracę, żeby napisać książkę o Polesiu. Gdy jednak zobaczyłam, co się w Polsce dzieje, pomyślałam, że historia z Wyspy Węży może być dzisiaj bardzo pouczająca i wróciłam do niej. Pomogły mi pamiętniki internowanych w Rothesay, na przykład relacja Stefana Mękarskiego opracowana przez prof. Arkadiusza Adamczyka.
Czytając pani książkę, miałem wrażenie, że my się niczego nie uczymy.
Tak, bo historia niczego nie uczy, jak powiedział Hegel. Czytamy, wyciągamy wnioski, ale tych wniosków nie stosujemy.
Czy to oznacza, że zapomnimy o naszych dzisiejszych sporach?
Nie możemy ocenić, jakie będą skutki dzisiejszych podziałów. Możemy za to stwierdzić, że podziały są zawsze szkodliwe. Czasami trudno ich uniknąć, ale trzeba pracować nad tym, żeby je zmniejszać, a nie pogłębiać, by nie przyczyniały się do następnych. I trzeba patrzeć na palce władzy, która robi z podziałów polityczny instrument.
Te podziały, które stworzyły obóz w Rothesay, z czasem wygasły.
Widocznie nasycono się odwetem. Niechęci zelżały. W pewnym momencie komendantura obozu i pensjonariusze wspólnie śpiewali pieśni legionowe. Wdowa po generale Sikorskim po jego śmierci wezwała do pojednania, mówiąc, że taka była jego wola, której nie zdążył przekazać. Naczelnym wodzem został generał Kazimierz Sosnkowski. Miał inny temperament niż Sikorski, był skłonny do ugody. Po katastrofie gibraltarskiej obóz rozwiązano.
Czy pani polubiła swoich bohaterów, oficerów zatrzymanych na Rothesay?
Powiem panu rzecz dziwną. Najbardziej polubiłam komendanta obozu, generała Jatelnickiego [Bolesław Mikołaj Jatelnicki-Jacyna - przyp. red.]. To był starszy już, doświadczony żołnierz. Nie żaden sztabowiec, tylko oficer pola walki. Daleki od polityki. Traktował osadzonych na wyspie z szacunkiem. Wymagał dyscypliny i porządku, ale wiele rozumiał. Kiedy wybitny sowietolog Jerzy Niezbrzycki poprosił o prenumeratę komunistycznego "Daily Worker", Jatelnicki poparł ten wniosek. Wiedział, że ekspert nie powinien marnować czasu, ale pracować, że jego wiedza może się przydać. Sztab Sikorskiego nie wyraził jednak zgody. To też pokazuje, jak w Rothesay marnowano potencjał ludzki. Niezbrzycki, zamiast siedzieć w Rothesay, powinien doradzać Sikorskiemu w trudnym okresie rozmów ze Związkiem Sowieckim. Potem, po wyjściu z obozu, doradzał rządom zachodnim.
Interesujących postaci w obozie nie brakowało. W pani książce jest i szpieg Roman Czerniawski, i antysemita Adam Doboszyński.
Doboszyńskiego trudno lubić. Przed wojną zorganizował bandycką bojówkę, która zaatakowała Żydów w Myślenicach. Niszczyli żydowskie towary, próbowali podpalić synagogę. Po wojnie wrócił do Polski i został rozstrzelany w więzieniu mokotowskim. Był odważnym człowiekiem o niewybaczalnych poglądach.
Roman Czerniawski to inna niezwykła postać. Wybitny szpieg, przyczynił się do sukcesu Operacji Overlord, która rozpoczęła się lądowaniem w Normandii. A przy tym lekkomyślny człowiek o niespokojnym temperamencie.
Mnie zapadł w pamięć podpułkownik Antoni Gosiewski, którego los połączył z rodziną Allanów, mieszkańców Rothesay. Poznała pani potomka rodu, Charlesa Allana.
To jedyna bezpośrednia relacja, w której zachowano żywą pamięć o Polakach. Kryła się za tym dramatyczna historia osobista. Polskiego lotnika zakwaterowano w domu Allanów. Pomagał odrabiać lekcje, kosił trawnik. Szybko zaczęli traktować go jak członka rodziny. Trzymali kciuki za los jego żony i dzieci.
Ale może nie zdradzajmy czytelnikom szczegółów?
Ważną częścią książki są wojenne losy pani rodziny.
Zwłaszcza los mojego wuja Ignacego Raczkowskiego; przez niego dowiedziałam się o wyspie. Umarł na Bute, jest tam jego grób. Tę historię koniecznej bezczynności na Bute zestawiłam z opisem dramatów wojennych mojej rodziny, są w nich Katyń, lagry, oflagi, Auschwitz.
"Wyspa Węży" to także opowieść o współżyciu rdzennych mieszkańców wyspy z polskimi uchodźcami. Nie zawsze było to łatwe.
Dzięki archiwalnym numerom wychodzącego na wyspie dziennika "Buteman" zbudowałam opis życia codziennego mieszkańców. Widać, że byli skromni, pracowici, zdolni do licznych wyrzeczeń na rzecz wysiłku wojennego. Do tego gotowi do przyjmowania obcych. Polakami z początku byli zachwyceni. Traktowali ich jako przedstawicieli dzielnej, nieszczęśliwej Polski. Potem zaczęli patrzeć krytyczniej. Oficerowie popijali, obijali się na wyspie, czego mieszkańcy nie mogli zrozumieć. Nikt im zresztą tego nie tłumaczył. Polscy kawalerzyści, artylerzyści i sztabowcy nie znaleźli wspólnego języka ze szkockimi rybakami. Sami Szkoci zresztą nie byli tylko altruistyczni. Polacy za pobyt płacili. W czasie wojny, gdzie zanikł ruch turystyczny, to było ważne źródło dochodu.
Pojechała pani na Bute razem z synem.
Okazało się, że śladów pamięci o Polakach prawie tam nie ma. Wyspa zapomniała. Ale nadal jest gościnna - teraz mieszkańcy Rothesay przyjęli 15 syryjskich rodzin. Maleńka wysepka zrobiła to, czego nie może zrobić cała Polska.
Pani też bardzo chcieli pomóc.
Czułam dużą życzliwość. Bardzo pomogła mi reporterka lokalna, która dała ogłoszenie w prasie. Odpowiedziało na nie kilka osób. Przyszedł na przykład potomek właściciela hotelu, w którym stacjonowali polscy generałowie. Oficerów zapamiętano jako towarzyskich, sympatycznych i eleganckich. Mieli jeden feler: lubili przypinać do butów ostrogi, które darły hotelowe dywany.
Otwarcie pisze pani też o reporterskich porażkach.
Reporter, który opisuje swoją pracę jako nieustający sukces, to jakieś kuriozum.
W tej książce, podobnie jak w kilku innych, jest pani widoczna - jako autorka i jedna z bohaterek.
Tylko poprzez działanie. Staram się nie ujawniać swoich opinii. Czasami obecność reportera w tekście jest konieczna. Trudno zdać relację bezosobowo.
A gdzie pani stoi w sporze, który ostatnio dotyka środowisko reporterów? Ważniejsza jest wierność faktom czy świetna forma tekstu, którego autor nie podchodzi do faktów na kolanach?
Ja nie widzę tu żadnego pola do dyskusji. To jakiś wymyślony temat.
W czasach cenzury mieliśmy inne problemy niż reporterzy dzisiejsi. Musieliśmy czasem nadużywać formy. Kamuflować miejsca pobytu, nazwiska, zmieniać sytuacje, by nie wsypać rozmówców. Uważaliśmy ten kamuflaż za dopuszczalny. Teraz takie sytuacje nadal mogą się zdarzać, ale zazwyczaj nie występują. Dlatego dzisiaj obowiązek wierności faktom jest znacznie silniejszy. I forma musi temu sprostać. Nie dopuszczam dominacji formy literackiej nad faktami. W tej książce nie ma takich numerów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU
Małgorzata Szejnert. Jedna z najważniejszych polskich reporterek. Pracowała m.in. w "Kurierze Polskim", "Tygodniku Demokratycznym", tygodniku "Literatura". Po 13 grudnia 1981 r. odmówiła pracy w mediach państwowych, pisała w prasie podziemnej. Współtworzyła "Gazetę Wyborczą", gdzie przez 15 lat szefowała działowi reportażu. Autorka książek, m.in. "Śród Żywych Duchów" (o szukaniu grobów więźniów stalinowskich), "My, właściciele Teksasu" (zbiór jej reportaży z lat 70.), "Wyspa Klucz" (o nowojorskiej Ellis Island) i "Usypać Góry. Historie z Polesia". Za książkę "Czarny ogród" otrzymała Literacką Nagrodę Mediów Publicznych "Cogito". Była laureatką Nagrody Literackiej Gdynia, finalistką Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz dwukrotnie Nagrody Literackiej Nike.
Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.