Pierwszy proces Rity Gorgonowej zaczął się 25 kwietnia i trwał do 14 maja 1932 roku. Przypominamy rozmowę o tej sprawie.
Sprawą Rity Gorgonowej żyła cała przedwojenna Polska. Pisały o niej wszystkie gazety, proces we Lwowie śledziły tłumy gapiów. Feministki związane z "Wiadomościami Literackimi" brały ją w obronę, brukowce wydały wyrok, jeszcze zanim rozpoczął się proces. O co dokładnie chodziło? Gorgonowa, kochanka znanego architekta Henryka Zaremby, została oskarżona o zamordowanie jego nastoletniej córki Elżbiety (Lusi). Miała ją zabić kilofem, porzuconym potem w przydomowym basenie. Skazano ją na karę śmierci, ale po odwołaniu do Sądu Najwyższego sąd w Krakowie zmienił wyrok na więzienie.
Po ponad 80 latach do tych wydarzeń wraca w książce "Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej" Cezary Łazarewicz, reportażysta nagrodzony w ubiegłym roku Nagrodą Literacką Nike za "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka". Łazarewicz spotyka się z córkami Rity Gorgonowej. Jedna z nich jest jedynym żyjącym świadkiem zbrodni z lat 30. Po latach proces Gorgonowej można porównać tylko do sprawy mamy małej Madzi, ale rozgrywającej się bez udziału mediów społecznościowych i stacji telewizyjnych.
Gdyby Gorgonowa była mężczyzną, to miałaby łatwiej?
Nie sądzę. W połowie lutego 1932 roku zostałaby powieszona.
Po kilku tygodniach od morderstwa?
Tak, ponieważ proces odbyłby się w trybie doraźnym. Od decyzji po takim procesie nie można było się odwołać, a jedną karą była śmierć przez powieszenie. Na mocy obowiązującego wtedy we Lwowie XIX-wiecznego prawa procedura była przyspieszona i uproszczona. Przeglądałem gazety z tamtego okresu i takie sprawy były załatwiane dosyć szybko, najdłużej w dwa tygodnie.
Dlaczego więc nie zdecydowano się na taki proces w jej przypadku?
Przed wojną powszechnie uważano, że konstrukcja psychiczna kobiety nie pozwoliłaby na dokonanie brutalnego morderstwa. Dlatego ten proces był intrygujący.
Pierwszy taki przed wojną?
Na pewno pierwszy, który dotarł do opinii publicznej. Gdyby sprawa dotyczyła faceta, to nie miałby obrońców w "Wiadomościach Literackich" - Elgi Kern, Stanisławy Przybyszewskiej i Ireny Krzywickiej.
Dlaczego broniły Gorgonowej?
Były feministkami, ważna była dla nich kobieca solidarność, poza tym czuły, że Rita jest niewinna.
Jedna z nich, Elga Kern, niemiecka dziennikarka, która obserwowała proces, słabo mówiła po polsku. To chyba niezbyt dobrze świadczy o tym środowisku.
To prawda, niewiele rozumiała, ale wykonywała wobec Gorgonowej ważne dla części opinii publicznej gesty: obejmowała ją, całowała, podchodziła w przerwach między przesłuchaniami, dodawała otuchy. Dzięki kobietom współpracującym z "Wiadomościami Literackimi" zasiane zostało ziarno niepewności. Ich teksty były dobrze napisaną, wywołującą emocje, żarliwą obroną. Autorki dobierały fakty w taki sposób, żeby potwierdzały tezę o niewinności Gorgonowej.
O sprawie Gorgonowej pisano we wszystkich gazetach. Dlaczego?
Zanim odpowiem, proszę zobaczyć, że w najważniejszym dzienniku międzywojnia, czyli w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym", publikowano obszerne, nawet pięciokolumnowe relacje z procesu. Czegoś takiego nikt wcześniej nie robił. Pamiętajmy, że nie istniały dyktafony, więc wszystko, co działo się na sali sądowej, trzeba było stenografować. Na rozprawach siedzieli więc specjalnie tam wysłani stenografowie, którzy na przemian dyktowali przebieg rozprawy maszynistkom. Teksty te później były telefonicznie przekazywane kolejnym maszynistkom w redakcji w Krakowie. Czy wyobraża pan sobie coś podobnego dzisiaj?
Dzisiaj mamy inne media.
Zgoda. Zwracam tylko uwagę na to, że "Ilustrowany Kurier Codzienny" stanął na wysokości zadania. To było naprawdę coś wielkiego.
Jak to wyglądało w innych tytułach?
Tygodnik "Tajny Detektyw" od razu po zbrodni wysłał na miejsce dziennikarza. Ta redakcja jako pierwsza miała zdjęcia z pokoju Lusi, a w wielu jej tekstach pojawiała się niedostępna dla innych wiedza. Prawdopodobnie "Tajny Detektyw" współpracował blisko z policją.
A oprócz tego, tak jak dzisiaj, wychodziła prasa ideologiczna. Jej "dziennikarze" opisywali świat przez pryzmat konkretnej ideologii, najczęściej endeckiej: że obcy roznoszą zarazę [Gorgonowa urodziła się w Austro-Węgrzech, na terenie dzisiejszej Chorwacji - przyp. red.], że są wrogami Polski, że to pełzający zamach na polskie dzieci, a nie zwykły mord. Wszystko można w ten sposób udowodnić.
Były też brukowce, nazywane wtedy prasą rewolwerową, które bez żadnych skrupułów zajmowały się głównie szczuciem. To im się opłacało, tak jak dzisiaj "Faktowi" i "Super Expressowi".
Nie zaskoczyło pana, że prasa brukowa tak szybko wydała wyrok? Dziennikarze byli przekonani od samego początku, że Gorgonowa zabiła.
A jak to dziś wygląda? Zamykają faceta, nie ma do niego dostępu, do świadków trudno dotrzeć. Co robi dziennikarz? Idzie do policjanta albo prokuratora, którym nie zależy na rozwianiu wątpliwości, tylko obarczeniu winą podejrzanego.
Korzystał pan z takich znajomości podczas swojej pracy w mediach?
Sam się kiedyś na to nabrałem. Pisałem o prywatnym detektywie, którego zamknęli. Prokurator i policjant bardzo chętnie udzielali informacji, ale bez podania źródła. Zmanipulowali informacje, zrobili z niego przy mojej pomocy najgorszego kryminalistę. Posiedział trochę w areszcie śledczym, w końcu go wypuścili. Przy jakiejś okazji zadzwoniłem do niego, w zupełnie innej sprawie, a on mówi: no tak, znam pana. To pan ze mnie zrobił bandziora . Byłem wtedy młody, nie myślałem o mechanizmach manipulacji, tylko o wyrwaniu informacji. Nabrałem doświadczenia, dzisiaj już nie ufam bezgranicznie organom ścigania.
W przypadku Gorgonowej i opisywania jej sprawy w prasie informacje pochodziły głównie od policji, której zależało na szybkim ujęciu sprawcy. Do momentu, aż adwokat Maurycy Axer, który doskonale wyłapywał wszystkie słabe punkty procesu, nie zażądał dodatkowej ekspertyzy, wszystko było jasne, winna siedziała na sali sądowej. Po wniosku obrońcy eksperci się pogubili.
Chodziło o badanie krwi?
Tak. Axer doprowadził do tego, że próbki krwi, które ostatecznie nie były zbyt silnym dowodem w sprawie, stały się kluczowe, miały przesądzić o winie.
Wracając do mojego pytania - dlaczego ta sprawa cieszyła się tak ogromną popularnością?
Ze względu na tajemniczość, oskarżenie kobiety o morderstwo i wątki obyczajowe.
Obyczajowe?
Z punktu widzenia przedwojennej obyczajowości dom Zaremby w podlwowskich Brzuchowicach, gdzie Rita mieszkała, to była Sodoma i Gomora.
Czy miało znaczenie to, że oskarżono kochankę znanego we Lwowie architekta?
No pewnie! Proszę pamiętać, że jego żona była zamknięta w zakładzie psychiatrycznym, a poza tym pochodziła ze znanej lwowskiej rodziny aptekarzy. A Gorgonowa była zwykłą pomocą domową, służącą, którą ładnie się wtedy nazywało boną. Wkrada się w łaski pana, omamia go, pan się w niej zakochuje. Mają wspólne dziecko.
A w trakcie procesu okazuje się, że Gorgonowa jest w kolejnej ciąży.
Tak. Porównam to zainteresowanie opinii publicznej do niedawnej afery podsłuchowej: ludzie kochają zaglądać za kulisy. Szczególnie jeśli są to kulisy życia bogatego architekta, który miał willę w przedwojennym kurorcie, a za sąsiadów - oficerów, pisarzy i bankowców.
Lwowska elita?
Tak. O Lwowie dzisiaj myślimy inaczej, ale przed wojną był obok Warszawy i Poznania jedną z najważniejszych polskich metropolii. Wojciech Pszoniak, którego rodzina pochodzi ze Lwowa, mówił mi kiedyś, że w porównaniu z Lwowem Kraków jest małym, prowincjonalnym miasteczkiem. Tak mu o tym mieście opowiadał jego ojciec. Wychodziły tam trzy dzienniki, działały teatry i uniwersytet.
I sprawny sąd?
Zaskoczyło mnie, że w procesie, który rozpoczął się w kwietniu, już w maju sąd wydał wyrok. Świadkowie byli szybko wzywani na przesłuchania, z dnia na dzień były zamawiane ekspertyzy. W świecie bez internetu! Pokazałem akta sprawy współczesnym adwokatom. Mówili, że proces był świetnie prowadzony. Wszystkie wątpliwości zostały rozwiane, a czego nie można wyjaśnić, to nie zostało wyjaśnione. Nikt nie poszedł na skróty. Jednocześnie odniosłem wrażenie, że dla adwokatów, sędziego i prokuratora tamten proces był ważny.
Dlaczego? Ze względu na zainteresowanie prasy?
Tak. Każde ich słowo było zapisane na maszynie. Prasa, tak jak w przypadku "Ilustrowanego Kuriera Codziennego", drukowała dosłownie wszystko, co mówiono na sali sądowej. Adwokaci musieli więc mieć przemyślane każde słowo, każdą decyzję, każdą odpowiedź. Opinia publiczna miała potężny wpływ na przebieg procesu. W kilku gazetach przeczytałem relację z ogłoszenia wyroku: kiedy ludzie usłyszeli, że Gorgonowa będzie wisieć, wpadli w euforię.
Proces krakowski, po odwołaniu od pierwszego wyroku, też był tak obserwowany?
Tak, to się nie zmieniało. Dlaczego można odtworzyć losy Ewy, córki Rity Gorgonowej? Dlatego, że prasa ciągle o niej pisała, była bohaterką tekstów, zanim się urodziła. Nawet o dzieciach aktorów nie pisano w taki sposób. Wiemy, kiedy przyszła na świat, w jakich okolicznościach, co matka powiedziała tuż po jej urodzeniu. Opinia publiczna, czyli zwykli ludzie, była tym zainteresowana. Na szczęście dziennikarze dosyć skrupulatnie wszystko odnotowywali.
Gdzie jeszcze znalazł pan źródła?
Mam mentalność kury, wygrzebuję wszystko i wszystko czytam. Ważne więc były akta, zeznania, badania krwi, kwity z depozytów.
Akta przetrwały wojnę?
W cudowny sposób. Odnalazł je pod koniec lat 50. Jan Olbrycht, biegły z Krakowa. A później Edmund Żurek, który trafił na nie w Ministerstwie Sprawiedliwości w latach 70., po 40 latach wrócił do sprawy i zaczął drukować artykuły o procesie Gorgonowej w "Prawie i Życiu". Wtedy ta niszowa gazeta zaczęła być rozchwytywana, ludzi nadal poruszała historia Rity. W latach 70. Janusz Majewski nakręcił film "Sprawa Gorgonowej", który do dzisiaj wywołuje emocje. Kiedy ostatnio wydawnictwo Czarne wrzuciło na Facebooka okładkę mojej książki, dziesiątki wpisów odnosiło się właśnie do tego filmu.
I dlatego zajął się pan tą sprawą? Z powodu "mitu Gorgonowej"?
Cztery lata temu Ewa Ilicz, czyli druga córka Gorgonowej, powiedziała, że chce rehabilitacji sądowej matki. Napisały wtedy o tym wszystkie gazety. I wszyscy ją pytali, czy matka była winna? Też mnie to zainteresowało. Poza tym pamiętam z dzieciństwa, że moja babcia, która była z Chełma w województwie lubelskim, ciągle o tej sprawie mówiła.
Jak ją wspominała?
Mówiła, że zaszczuto biedną kobietę, która cierpiała przez wiele lat, a na końcu ogrodnik przyznał się do zamordowania Lusi. Dla niej był to symbol niesprawiedliwości. Co do ogrodnika - ta informacja była fake newsem rozpowszechnionym tuż po wojnie przez jedną z dziennikarek. Jednocześnie przez tyle lat nikt nie próbował przeprowadzić dziennikarskiego śledztwa. Zacząłem się zastanawiać dlaczego. Przed wojną nie było to możliwe, ponieważ dziennikarze nie mieli dostępu do akt. Po wojnie ludzie zajmowali się innymi sprawami. Jedynie Olbrycht napisał w latach 60. pracę, w której starał się wszystko wyjaśnić.
A Żurek?
On raczej relacjonował, to nie było śledztwo.
A co pana interesowało?
Kto zabił i co się działo z Ritą Gorgonową w trakcie wojny i po jej zakończeniu.
Wyjaśnił to pan, ale nie będziemy o tym mówić, żeby "nie spojlerować". Dotarł pan do dwóch żyjących córek Gorgonowej.
Starsza z nich, Romusia, pamięta wieczór, w którym dokonano zbrodni. Miała wtedy cztery lata. To było fenomenalne: spotkałem się z jedynym żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń. Opowiadała mi o tamtej nocy.
Czy to, co mówi, jest wiarygodne?
Pyta pan, czy to wtórne wspomnienie? Rozmawiałem z psychiatrami. Mówili, że mogła zapamiętać silne przeżycie. Romusia pamięta ogromny strach, ojca, który nie pozwolił jej opuszczać łóżka. Po 80 latach to jedyne świadectwo. O drugiej córce wielokrotnie pisały media w PRL-u, poza tym sama domagała się cztery lata temu rehabilitacji matki, więc łatwo było do niej dotrzeć. Obie ciągle żyły w cieniu tej tragedii, nigdy się od niej nie uwolniły. Jakby przechodziła z pokolenia na pokolenie. Córka Romusi nie chciała, żeby mama o tym rozmawiała. Do pewnego czasu była bardzo dobrze ukryta: zmieniła imię, nazwisko miała po mężu, a pod koniec lat 30. ojciec wpisał jej w metryce inną datę urodzenia niż prawdziwa.
Jak pan ją znalazł?
Przez dziennikarza "Do Rzeczy" Jakuba Kowalskiego, który jest z nią spokrewniony. Więcej piszę o tym w książce.
To na koniec klasyczne pytanie: co sprawiało największą trudność przy pisaniu książki?
Hanna Krall kiedyś powiedziała, że pisarz może sobie wszystko wymyślić, a reporter musi wszystko odtworzyć. W przypadku Gorgonowej odtwarzam świat z lat 30., miasto, które już nie jest polskie, atmosferę, o której nikt nie może mi opowiedzieć. Nie mogłem też z nikim porozmawiać o swoich wątpliwościach.
A co ta sprawa mówi nam dzisiaj?
Po pierwsze to, że chcielibyśmy wydawać wyroki na ulicy. Po drugie - łatwo można rozchwiać społeczne emocje i upiec na tym jakąś pieczeń. Sprawa Gorgonowej była najważniejszym procesem w II RP. Ludzie nie pamiętają zamachu na Wojciechowskiego, zabójstwa Narutowicza czy nieudanego zamachu na Piłsudskiego. Najważniejsza była historia Rity, która poruszyła wtedy wyobraźnię i porusza ją do dzisiaj.
*Wywiad opublikowaliśmy po raz pierwszy w 2018 roku. Autopromocja: książki Cezarego Łazarewicza w promocyjnych cenach można kupić w Publio.pl.
Cezary Łazarewicz. Reportażysta, laureat Nagrody Literackiej Nike za książkę "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka". Opublikował ostatnio razem z Andrzejem Boberem wywiad rzekę z Lechem Wałęsą, a także zbiór reportaży z Pomorza. Nakładem wydawnictwa Agora wydał właśnie, wspólnie z Ewą Winnicką, "1968. Czasy nadchodzą nowe".