Rozmowa
Marcin Dorociński na premierze filmu 'Plan B' (fot. Franciszek Mazur/AG)
Marcin Dorociński na premierze filmu 'Plan B' (fot. Franciszek Mazur/AG)

Masz w życiu plan B?

- Nie mam.

Nie? Na przykład na wypadek taki, że szlag ci trafia karierę aktorską. Przecież z tego żyjesz.

- Wiesz co - nigdy się w ten sposób nad tym nie zastanawiałem. Ja naprawdę zawsze wierzyłem, że będzie dobrze. Chodziłem do podstawówki imienia Leonida Teligi, wielkiego polskiego żeglarza, który pływał na jachcie "Opty" i jestem optymistą (uśmiech). Wierzę, że jak człowiek ma siłę i jest sprawny, to da radę. Znam ludzi bez kończyn, albo urodzonych z jakimś defektem - i też dają sobie radę. To, przepraszam, ja nie dam?

Dlatego nad tym, co by było gdyby, staram się nie zastanawiać.

Premiera filmu 'Plan B' Kingi Debskiej w Warszawie (fot. Franciszek Mazur/AG) ()

W filmie "Plan B" grasz faceta, który musi zacząć wszystko od zera. Przenieśmy się do rzeczywistości. Co robisz na jego miejscu?

- Już w takim wieku jestem, że czas kończyć tę robotę, tak?! (śmiech). Miałbym co robić. Mam przyjaciół, wąskie grono. Spytałbym ich, czy mógłbym im jakoś pomóc. Ale myślę, że byłbym dobrym taksówkarzem. Znam miasto, lubię rozmawiać z ludźmi. Ale potrafię też milczeć i ich słuchać.

A opiekunką do dzieci byś był dobrą?

- Chyba nie mam na tyle silnych nerwów.

Twój bohater z "Planu B" ma.

- Mnie paraliżuje ten pomysł, bo moje dzieciaki mało spały, gdy były malutkie. O wiele większą pracę przy nich wykonała Monika, moja żona, ale i ja się kiepsko wysypiałem.

Scenka z filmu, jak Mirek, twój bohater, śpi sobie spokojnie, z przytulonymi dzieciakami, psem i kotem, to marzenie każdego niewyspanego ojca.

- Czasem nie tylko marzenie, czasem tak się zdarza (śmiech). To zależy w jakim wieku są dzieci. Moje mają teraz 9 i 11 lat, mamy bardzo dobry kontakt. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę być dla nich partnerem do dyskusji. Nie chciałbym teraz wyjść na takiego, co sprzedaje jakieś złote myśli i genialne rady - ale ja po prostu niezwykle to cenię. To są tak ulotne chwile, tak magiczne, że gdy się zdarzają, to nie fotografuję ich, nie wrzucam na Instagrama. Chcę je przeżyć.

Niejednego rodzica kupiłbyś tymi słowami na rozmowie o pracę jako opiekun do dzieci.

- Tylko przez opiekuna ja rozumiem kogoś, kto jest dla nich partnerem - do zabawy i do rozmowy. Kimś, kto jest w stanie z nimi współpracować. To musi działać w dwie strony: dzieci też muszą tego chcieć. Tak, takim opiekunem mógłbym być. Ale ze względu na odpowiedzialność wolałbym jednak jeździć tą taksówką. Albo wozem strażackim - marzyłem o tym, kiedyś miałem nawet plan zdawania do szkoły pożarniczej, gdybym się nie dostał do szkoły aktorskiej.

W filmie przełamujesz tabu, bo mało jest męskich opiekunów do dzieci. Najczęściej opiekunkami są kobiety.

- Ale czasy się zmieniają. Coraz więcej ojców zostaje w domu po narodzinach dziecka, a to kobiety wracają do korporacji - konkurować o stanowiska i domagać się wyrównania płac. I to one są tymi walczącymi, atakującymi.

I słusznie.

- Pewnie, że słusznie. Bardzo dobrze. I tak samo dobrze, że więcej mężczyzn chce opiekować się dziećmi. Czy cudzymi, czy swoimi - przecież to jest najtrudniejszy zawód świata! Ktoś go wykonywać musi.

Premiera filmu 'Plan B' Kingi Debskiej w Warszawie (fot. Franciszek Mazur/AG) ()

Dla Mirka, twojego bohatera, opieka nad innymi: dziećmi, zwierzętami - jest wyjątkowo ważna.

- Ten gość powraca do domu po dłuższej nieobecności, a tam czekają złe wiadomości. Po drodze obcokrajowiec poprosi go o pomoc, a on nie dość, że nie umie mu pomóc, to jeszcze niechcący wytrąca mu telefon. No pierdoła taka, pechowiec, ale o dobrym sercu, który się w życiu po raz kolejny potknął, a nie miał planu B. Dlatego go tak lubię.

Wychodzę z założenia, że niestety każdego można oszukać. Tak, można. Ale to jest twój problem, człowieku, który mnie oszukujesz. Bo to ty mnie oszukałeś. I to ty musisz z tym żyć. Bardzo lubię i szanuję ludzi ufnych. Takich, którzy wierzą innym ludziom i wierzą w ludzi. Ja wierzę w ludzi, choć przejechałem się kilka razy.

Nie zmieniłeś zdania po tym, jak się przejechałeś?

- Nie. Wierzę, że ludzie są dobrzy i warto im dawać szanse. Szczególnie, jeśli nie zrobili nikomu olbrzymiej krzywdy, tylko potknęli się w życiu. Mnóstwo takich ludzi chodzi po ulicach. To pozorni przegrani, którzy mają talent i potencjał, tylko zastajemy ich w takim momencie życia, że są w dupie. Ale się z tej dupy wygrzebują! Walczą.

W filmie wygrzebują się głównie dzięki pomocy innych ludzi. Ale Mirek ma zupełnie innego pomocnika.

- Na casting przyszło około 20 psów. Wchodzę do sali i patrzę - wszystkie przemiłe, przefajne, przeróżne. Ale jak zobaczyłem Kotleta, to od razu pomyślałem: "Kurde, to jest zbój, bandyta! To mi się podoba! To jest przeciwnik!". Podchodzę do jego opiekunki Pauliny. Przedstawiam się, mówię "cześć, jestem Marcin". Pytam, pytam, jak ma na imię psiak. "Kotlet". "Podoba mi się, fajny chłopak" - mówię. I słyszę: "A to jest dziewczyna". A mogę coś spróbować z nią? "Tak".

Wziąłem linę, którą miała Paulina, i staję z Kotletem. A to jest taka bestia, co tylko na to czeka - będzie zabawa! Na dwoje babka wróżyła, myślę, albo mnie dziabnie w rękę, albo w tę linę. Patrzę na Kotleta i tak mówię (Marcin warczy półszeptem) "Dawaj!". A ona hyc! Skoczyła i haps! tę linę w zęby. I się zacząłem tak z nią kręcić. Nic mi nie zrobiła. Pomyślałem, że jak pies ma takie zaufanie do mnie przy pierwszym kontakcie, to super, będzie dobrze. A potem się okazało, że Kotlet ma charyzmę, osobowość, pokorę, jest pracowita, bardzo dużo się od niej nauczyłem. Bo jak na planie czułem zmęczenie, patrzyłem na psa. I myślałem: "pies nie jest zmęczony, a ty będziesz wydziwiał?".

Jak się pracuje w na planie filmowym ze zwierzakiem?

- Spędziliśmy ze sobą osiem dni. Paulina nabrała na tyle zaufania do mnie, że spróbowałem skrócić drogę komunikacji z Kotletem. Poprosiłem, żeby mi zaufała i żebym to ja mógł wydawać psu komendy. No i oczywiście na początku Kotlet cały czas się za Pauliną odwracała, a potem chyba zrozumiała tę konwencję, że na czas filmu to my stajemy się parą i to ja wydaję polecenia. I reagowała wspaniale, wykonywała wszystkie sztuczki. Już nie mówię scenie  wspólnego jedzenia kiełbasy - tu miałem argument nie do odparcia. Ale wszystkie inne sceny, w parku, na łóżku - to było niesamowite. W filmie jest scena, gdy wbiegam do lodowatej wody. Próby były bez wbiegania. Ale gdy Kotlet zobaczyła pierwszy raz, że wbiegam do wody, nie wiedziała, co się dzieje. Cały czas asystowała, pilnowała, sprawdzała, co ja robię. Potem poszedłem do przyczepy przebrać się z mokrych ciuchów. Przebrałem się, wychodzę, a tam na drzwiach przyczepy odbity ślad psiej łapy. A Paulina mi mówi: "była u ciebie i pukała do drzwi, żeby zobaczyć, co z tobą jest".

W "Planie B" każdemu coś jest. Wszystkich dotyka zło, krzywda, a pomocą okazuje się otwarcie na drugiego człowieka, który sam też mierzy się z jakąś swoją traumą.

- I to mi się w tym filmie podoba. To są tacy ludzie, jakich ja chciałbym spotykać. Będąc w totalnym dole są mimo wszystko empatyczni i umieją zauważyć, że ktoś inny też ma problem, i to być może większy niż oni sami. I piękne jest to, że gdy tacy ludzie staną twarzą w twarz, nie zaczynają się hejtować, tylko pytają: jak ci pomóc? Jest też scena, w której stają naprzeciw siebie dwie kobiety...

Które miały jeden, wspólny powód, żeby nienawidzić się na śmierć i życie.

- Obie poniosły stratę. I co robi ta skrzywdzona? Znajduje w sobie zrozumienie dla tej drugiej. I wyciąga rękę. To jest niesamowity gest. To jest mistrzostwo świata. Wierzę, że takie rzeczy dzieją się nie tylko w filmie, że tacy ludzie istnieją. Bo jak masz dobry humor, wszystko ci się udaje, masz rodzinę, pieniądze, robotę, to łatwo jest się odzywać się do ludzi tak (Marcin zaczyna mówić ciepłym, delikatnym, pewnym głosem niczym guru od rozwoju osobistego): "hej, dzień dobry, co słychać, jaki jest twój problem, powiedz, mogę ci pomóc!". To jest cudowne, owszem, jeśli sami mamy na tyle dobrze, że innym możemy pomagać. Natomiast zobaczyć innego człowieka, kiedy samemu ma się problem - to już nie jest taka prosta sprawa. Chociaż pomoc w ogóle nie jest prosta, czasem można się nieźle zdziwić, kiedy zaproponujemy pomoc.

Edyta Olszówka, Marcin Dorociński i Kinga Preis na konferencji przed premierą filmu Plan B (fot. Franciszek Mazur/AG) ()

Jak to?

- Natknąłem się kiedyś na panią, która grzebała w śmietniku. Zapytałem, czy mogę jej jakoś pomóc. Zostałem po prostu wyśmiany. Aż mi się głupio zrobiło, bo chciałem dobrze. Dopiero potem zrozumiałem, że ta pani była po prostu dumna. Że jakoś sobie radziła. A że grzebała w śmietniku, no to co? Trochę mnie to nauczyło. To była jedna z dziwniejszych sytuacji w moim życiu -  ja zdziwiony, że ktoś nie chce pomocy, ona zdziwiona, że ktoś chce pomóc.

Zdziwienie, że ktoś chce pomóc. Smutne.

- Tym bardziej, że pomoc nie zawsze musi oznaczać wsparcie materialne. Pomoc to też to, co ja dostałem od moich nauczycieli - nie powiem, od kogo, chronię ich prywatność. Jestem im wdzięczny za to, że potrafili subtelnie przemyconym jednym zdaniem coś we mnie zmienić. Zamiast autorytarnego "słuchaj, k...a, co do ciebie mówię" dostawałem komunikat: "wyznaję jakąś zasadę. Może się mylę, ale ci ją polecam". Został we mnie do tej pory ten sposób życia - nienachalnego współżycia z innymi ludźmi. Metoda kija na mnie nie działa.

Cisza i spokój ponad wszystko?

- Tak. Ale nie w taki sposób, że mam wszystko w dupie, bo mi na wielu sprawach bardzo zależy. Zależy mi między innymi na tym, żeby ludziom, w bliższym i dalszym moim otoczeniu, było po prostu dobrze. Zawziętość i zaciekłość to ja lubię w pracy, a nienawidzę siebie prywatnie doprowadzać na skraj wytrzymałości.

Jest taka scena, gdy Mirek głaszcze psa, i na jego twarzy maluje się błogość i spokój. To tylko film, czy ty jesteś w stanie sobie wyobrazić, że zwierzę potrafi aż tak psychicznie pomóc człowiekowi?

- Oczywiście, że tak. Sam akurat nigdy nie byłem w aż takim dołku, jak mój bohater, ale wielokrotnie nasze psy doskonale czuły, kiedy jest źle. Dogoterapia nie jest wymysłem, tylko faktem, psy wykorzystuje się do leczenia ciężkich schorzeń u dzieci i dorosłych. Zwierzaki, które szanujemy, odpłacają się tym samym, pomagając wydobrzeć w sposób psychiczny, duchowy.

A wiesz, że dokładnie tej rasy pies, co Kotlet, grał w pierwszym Mad Maxie? Uwielbiam ten film. O, zobacz (Marcin znajduje zdjęcie). Jestem przekonany, że dziadek Kotleta grał w Mad Maxie (śmiech).

Oj widzę, że ktoś tu by chciał zagrać Maxa.

- Kurde, totalnie! Mad Max to jest taki film! Mel Gibson charyzmatyczny, co za gość! Do tego i za******y pies i zaje****y samochód z V8. A ja kocham samochody. Myślę o przerobieniu jakiegoś starego pięknego opla na coś, co w środku będzie nowoczesne, a na zewnątrz będzie miało dalej starą karoserię.

W filmie o wyścigach samochodowych powinieneś zagrać.

- Chętnie! Tylko kto mi go w Polsce zrobi?! A jest o czym opowiadać. Weź sobie historię Roberta Kubicy. Temu facetowi bardzo kibicuję! Jest dla mnie wzorem determinacji, wytrzymałości. Facet, na którym mnóstwo ludzi położyło krzyżyk, który miał - i właściwie ma - prawie zmiażdżoną rękę, wraca! Na razie jako kierowca testowy, ale wraca! Widziałeś ten jego samochód po zderzeniu z barierką?

Widziałem. Wrak.

- I Kubica po czymś takim wraca do królowej motorsportu. To jest mój idol. Patrzę na niego, albo na Karola Bieleckiego, który wraca na najwyższy poziom gry w piłkę ręczną po utracie oka i mówię mojemu synowi: zobacz! To są ludzie, którym stała się olbrzymia krzywda, ale tak kochają to, czym się zajmują, że nie mają pretensji i dalej to robią.

Więc jak ty mnie pytasz, czy mam plan B, czy sobie wyobrażam, że mogę robić coś innego niż aktorstwo, "gdyby nie daj Boże coś", to mówię - nie!

Marcin Dorociński podczas konferencji prasowej przed premierą filmu 'Plan B' w reżyserii Kingi Dębskiej (Franciszek Mazur/AG) ()

Marcin Dorociński. Aktor filmowy i teatralny. W 1997 roku ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Był aktorem Teatru Dramatycznego i Teatru Ateneum. Rola podkomisarza Sławomira ''Despero'' Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi "PitBull" przyniosła mu Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Zagrał w największych polskich przebojach kinowych ostatnich lat, jak "Vinci", "PitBull", "Ogród Luizy", "Rewers", "Róża", "Jack Strong", "Drogówka" czy "Obława". Jego najnowszy film to "Plan B".

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU