Rozmowa
Działka wiejska (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)
Działka wiejska (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

W raporcie "Wieś w Polsce 2017: diagnoza i prognoza" pisze pan - razem ze współautorkami Katarzyną Murawską i Zofią Włodarczyk - o tym, że w ostatnich dekadach polska wieś na tle całego kraju doświadczyła najintensywniejszych przemian społecznych i ekonomicznych. Mimo to większość z nas o wsi myśli, używając klisz. Czego dotyczą te stereotypowe przekonania?

- Już samo sięgnięcie po termin "wieś" opiera się na stereotypie. Wieś jest bardzo różnorodna, a różnice w ramach całej kategorii wydają się większe niż w wymiarze miasto-wieś. Mamy skłonność do przypisywania wsi i jej mieszkańcom określonego poziomu rozwoju, zamożności, dominujących postaw.

Dobrzyń pod Nidzicą (fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta)

Kiedy w ubiegłym roku organizowałem badania terenowe imprez dożynkowych, jedna ze studentek pytała, czy aby na pewno będzie tam dostęp do prądu. Musiała w międzyczasie dokończyć i przesłać pracę zaliczeniową. "Oczywiście biorę mobilny Internet, ale czy będzie gdzie naładować komórkę i laptop?" - pisała. Tymczasem dane GUS wskazują, że już w zeszłym roku zamknęła się luka cyfrowa między miastem a wsią. Tu i tam jest taki sam dostęp do szerokopasmowego Internetu. Wielu postrzega jednak wieś jako Polskę B w pigułce. To ta część III RP, która w nowej kapitalistycznej rzeczywistości nie odnalazła się tak dobrze i szybko jak obszary wielkomiejskie. Dziś jest przesiąknięta mentalnością homo sovieticusa, a jej typowy mieszkaniec to roszczeniowy "wieśniak" lub "cham", który żyje z unijnych dopłat, a mimo to pozostaje niewdzięczny. Ostatnio dał się kupić za 500+.

W mainstreamowej opowieści dominuje też historia o eldorado, jakim jest dla wsi członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Od 2004 roku sytuacja rolników znacząco się zmieniła.

- Właśnie - rolników, i to jedynie tych, którzy w ogóle do tego 2004 roku dotrwali. Pytanie, ilu ich zostało. Kolejnym silnie zakorzenionym przekonaniem jest utożsamianie wsi z problemami rolnictwa. Tymczasem z badań CBOS-u wynika, że jedynie dla 10,5 proc. mieszkańców wsi uprawa roli stanowi podstawowe źródło dochodu, 18 proc. deklaruje osiąganie z tego źródła dodatkowego przychodu. Reszta pracuje w zupełnie innych sektorach.

Ale do nich wsparcie też trafia, tyle że nie w sposób bezpośredni, lecz np. poprzez programy rozwoju infrastruktury.

- Podstawowy problem, jaki nie został rozwiązany od lat 90. do dziś, to brak przemyślanej polityki rozwoju wsi. Dramatyczny przebieg transformacji oczywiście nie dotknął jedynie społeczności wiejskich, ale wielkomiejska klasa robotnicza mimo wszystko miała większe szanse na zorganizowanie się i walkę o swoje interesy niż rzesze pracowników byłych PGR-ów. Ci ludzie zostali pozostawieni sami sobie - co bardziej przedsiębiorczy wyjechali, reszta została w blokach w szczerym polu. Państwo najpierw wybudowało całą infrastrukturę ich życia, a potem w kilka lat po prostu zniknęło.

W podobny sposób potraktowano przedsiębiorczych rolników. Zachęcano ich do zaciągania kredytów na inwestycje, a potem zostawiono bez wsparcia. Nieprzypadkowo lata 90. są pamiętane jako czas ogromnych protestów rolniczych. Nieprzypadkowo najbardziej populistyczna partia, jaka kiedykolwiek powstała w Polsce, to znaczy Samoobrona, miała swój rodowód właśnie na wsi. Do 2004 roku wieś trwała w stagnacji, oczekując na wejście do Unii, która według polityków miała załatwić wszystkie jej problemy. W efekcie przez kilkanaście lat państwo de facto nie prowadziło żadnej aktywnej polityki rolnej i wiejskiej. Natomiast akcesja do UE stała się rodzajem wygodnego alibi, dzięki któremu politycy mogli spać spokojnie, nie proponując żadnych kompleksowych i zrównoważonych strategii rozwoju dla obszarów niemiejskich.

Kamienica Polska koło Częstochowy. Stary dom przy głównej ulicy (fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Mimo wszystko sami piszecie, że 39 mld euro, jakie Polska uzyskała w latach 2004-2015 w ramach Wspólnej Polityki Rolnej - większość przeznaczona została na dopłaty bezpośrednie lub programy rozwoju obszarów wiejskich - umożliwiło powrót państwa na wieś.

- Jasne, ale myślę, że warto przyjrzeć się tym procesom dokładniej. Dziś z dopłat korzystają albo sprofesjonalizowane prywatne gospodarstwa wielkoobszarowe, albo rolnicy indywidualni. Przedstawiciele pierwszej grupy prowadzą produkcję na dużą skalę, w maksymalny sposób eksploatując zasoby. Nie ma to nic wspólnego z ekologią ani zrównoważoną wytwórczością, ale dziś tylko taka formuła przynosi zyski. Drudzy w sporej części dopłaty traktują jako formę renty socjalnej, ponieważ posiadając zbyt mało zasobów, nie funkcjonują na rynku.

Co więcej, z rolnictwem prowadzonym na wielką skalę wiąże się jeszcze inne zagrożenie: będzie ono przejmowane przez korporacje spożywcze, czemu sprzyjają międzynarodowe umowy handlowe CETA i - jeszcze niepodpisana - TTIP. Podstawowy problem polskiej wsi polega na tym, że na jej funkcjonowanie wpływają globalne procesy ekonomiczne oraz polityka unijna właściwie bez udziału polskich decydentów. Należałoby wypracować sensowną wizję rozwoju rolnictwa, która mogłaby stać się przedmiotem ponadpartyjnego konsensusu.

Na czym miałaby się ona opierać?

- Jest wiele pomysłów, które sprawdziły się w innych krajach. Na przykład państwo mogłoby wspierać rozwój "klasy średniej" wśród przedsiębiorców rolnych, to znaczy gospodarstwa rodzinne, które będą w stanie tworzyć stabilne miejsca pracy i produkować zdrową żywność. Innym sposobem może być powrót do promowania spółdzielczości opartej na współpracy zamiast na rywalizacji. Ruch spółdzielczy musiałby się odrodzić na wielką skalę, co wcale nie byłoby proste w społeczeństwie o jednym z najniższych w Europie wskaźników zaufania społecznego. Przypomnijmy, że jedynie kilkanaście procent Polaków deklaruje, że ludziom warto ufać, podczas gdy w Skandynawii liczba ta sięga 60 proc., a średnia unijna to 30 proc. Zresztą ta erozja zaufania, a w szczególności wiary w instytucje, jest konsekwencją historii sięgającej jeszcze zaborów, gdy państwo było postrzegane jako siła obca. Z kolei w PRL-u rzadkie dobro, jakim jest współpraca oparta na wzajemnym zaufaniu, zostało wyeksploatowane przez przymusowe udziały w pochodach 1-majowych czy odgórnie zarządzane czyny społeczne. Wreszcie III RP metodycznie niszczyła idee spółdzielczości, promując indywidualizm.

Goleszów, indyki w zagrodzie (fot . Marta Błażejowska / Agencja Gazeta)

Jeśli nie spółdzielczość, której przywrócenie to projekt rozpisany na lata, to co?

- Państwo i instytucje publiczne trzeba zmobilizować do tego, by stworzyły bodźce sprzyjające nie tylko spółdzielczości, ale też innowacyjnym pomysłom takim jak rolnictwo wielofunkcyjne. Jego najbardziej znanym przykładem jest agroturystyka, ale pomysłów jest wiele: na przykład łączenie rolnictwa z opieką i pomocą. Na świecie powstają gospodarstwa rolne pełniące funkcje domów opieki i komuny seniorskie zajmujące się produkcją żywności ekologicznej. Tego typu inicjatywy wymagają jednak inwestycji, właściwego skierowania środków, ogłoszenia konkursu, następnie rzetelnej ewaluacji i pomysłów na kolejne programy.

U nas wielkie nadzieje na obudzenie potencjału innowacyjnego na wsi wiązano z ludźmi powracającymi z emigracji zarobkowej w Europie Zachodniej. Wyobrażano sobie, że oni, poznawszy inne style życia, wartości, środowiska pracy, staną się liderami społeczności wiejskich. Być może w pojedynczych przypadkach tak się stało, ale najczęściej ci ludzie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że znaleźli się w zupełnie innym porządku, dlatego raczej próbowali się do niego dostosować niż go zmieniać.

Migracje jednak znacząco zmieniły układ sił na polskiej wsi, na którą coraz liczniej sprowadza się klasa średnia. Jedną z najbardziej zaskakujących tez waszego raportu była ta, że dziś więcej osób migruje na wieś niż do miasta. Według badań CBOS-u marzy o tym aż 40 proc. Polaków, podczas gdy jedynie 18 proc. pragnie mieszkać w dużej metropolii. Czym podyktowana jest ta ucieczka z miast?

- Pamiętajmy, że klasa średnia napływa do wsi położonych w pobliżu miast albo tych pod jakimś względem atrakcyjnych turystycznie. Miejsca niespełniające tych wymogów, położone "daleko od szosy", podlegają zupełnie innym procesom migracyjnym: młodzi uciekają, pozostawiając starzejące się społeczności samym sobie. Tam, gdzie osadnictwo jest wysoce rozproszone, dramatycznie rośnie zapotrzebowanie na pomoc społeczną, ale też dużo wyższe stają się koszty jej dostarczenia. Z tym problemem także będzie musiało się zmierzyć państwo.

Wśród przedstawicieli klasy średniej, którzy przeprowadzili się na wieś lub mają taki zamiar, dominuje wizja wsi sielskiej, umożliwiającej życie blisko natury i w zgodzie z jej rytmem oraz dochowanie wierności tradycji. Ta fantazja w dużej mierze opiera się na marzeniu o autentyczności i prawdziwym życiu, które nastąpi, gdy wreszcie porzucimy pracę w korporacji i otworzymy coś własnego, pojedziemy pomagać dzieciom w Afryce lub właśnie przeprowadzimy się na wieś. Oczywiście tylko część z nas realizuje tę fantazję w praktyce. Czasem wygląda to tak, że klasa średnia przybywa na wieś i zaczyna ją budować według swojego wyobrażenia. Jednym z wątków pojawiających się, gdy mówimy o trendach związanych z przemianami wsi, są wioski tematyczne. Mieszkańcy tworzą jakąś narrację wokół miejsca swojego zamieszkania, czyniąc je w ten sposób atrakcyjnym turystycznie. W tym nurcie powstały już parki dinozaurów, wioski archeologiczne, ale najpopularniejszym tematem jest właśnie fantazja o ponadczasowej wsi sielskiej i tradycyjnej, gdzie można przyjechać na weekend i odciąć się od zgiełku współczesnych metropolii.

Masłów. XVII Świętokrzyskie Dożynki Wojewódzkie (fot. Paweł Malecki / Agencja Gazeta)

Nie wierzę, że przyzwyczajona do miejskich wygód klasa średnia tak łatwo z nich rezygnuje. Badani przez was liderzy społeczności wiejskich twierdzą, że uciekinierzy z metropolii szybko stają się najbardziej roszczeniową grupą, domagającą się na przykład poprawy infrastruktury.

- Oczywiście, że oni nie chcą rezygnować z komfortu, bo rustykalny klimat ma być wyłącznie fasadą. Internet czy dobry dojazd do miejsca pracy musi być zapewniony, podobnie jak dostęp do oświaty i kultury, ale pytani przez nas eksperci podawali też przykłady wsi, gdzie napływowi mieszkańcy blokowali wyasfaltowanie lokalnej drogi, bo chcieli mieć poczucie sielskości. Sam zebrałem mnóstwo podobnych przykładów w czasie badań w różnych regionach Polski. Infrastruktura ma więc być w zasięgu ręki, ale nie może szpecić widoku. Dla kogoś, kto zamiast SUV-a jeździ starym autem, asfaltowa droga jest pierwszą potrzebą, dlatego nie rozumie zafiksowania nowych przybyszów na estetyce. Na tym tle dochodzi pomiędzy tymi grupami do konfliktów.

Czy mimo wszystko klasa średnia może być motorem zmian na wsi, czy może uruchomić jej potencjał innowacyjny?

- Kilka lat temu z Maciejem Gdulą i Mikołajem Lewickim prowadziliśmy badania, podczas których przedmiotem naszego zainteresowania była między innymi niewielka wieś w okolicach byłego miasta wojewódzkiego we wschodniej Polsce. Deweloperzy sporo zainwestowali tam w budowę nieruchomości, które miały przyciągnąć do miejscowości klasę średnią. W niedługim czasie tak się rzeczywiście stało. Gdy liczba napływowych mieszkańców przekroczyła masę krytyczną, "nowi" wzięli się za lokalną politykę. Co też jest zjawiskiem charakterystycznym, bo na wsi maleje zainteresowanie polityką globalną czy nawet krajową na rzecz polityki lokalnej. Nowi mieszkańcy wygrali wybory, obsadzili swojego kandydata na stanowisku wójta, a potem zaczęli przejmować instytucje publiczne.

W uproszczeniu we wsi aktywność społeczno-kulturalna opiera się na dwóch filarach: Kole Gospodyń Wiejskich i Ochotniczej Straży Pożarnej. Pierwsza dość szybko została przejęta przez przedstawicielki klasy średniej, podobnie jak przedszkole. Ostoją swojskości pozostało jedynie coraz bardziej izolowane OSP. W efekcie tych działań na rzecz zmiany i ożywienia wsi lokalna społeczność podzieliła się na dwa równolegle funkcjonujące światy.

Masłów. XVII Świętokrzyskie Dożynki Wojewódzkie (fot. Paweł Malecki / Agencja Gazeta)

Ale co to właściwie znaczy, że ci "nowi chłopi" przejęli instytucje, przecież nie zaczęli nagle pracować w przedszkolu czy domu kultury?

- Nie musieli. Wystarczy, że świetlice miejskie i inne instytucje publiczne przełączyły się z obsługi klasy ludowej na klasę średnią. Napływowi mieszkańcy często łatwiej dogadują się z zatrudnionym w nich personelem, bo też są wykształceni, cenią te same wartości czy mają podobne aspiracje. Coraz częściej jest tak, że konkursy o skromne środki publiczne z budżetu gminy wygrywają właśnie ludzie napływowi. W oparciu o ich potrzeby buduje się programy instytucji, które co prawda cały czas są dostępne dla wszystkich, ale lokalsi coraz rzadziej je odwiedzają. To jest proces stopniowej kolonizacji wsi, która powoli staje się miejscem nie do życia dla miejscowych.

Nawet jeśli nowi mieszkańcy działają z intencją włączania w zamiany całej społeczności, niekoniecznie osiągają sukces. Edwin Bendyk opowiadał mi kiedyś o tym, jak odwiedził jeden z festynów organizowanych przez napływową klasę średnią. Miejscowi oczywiście też byli na niego zaproszeni, tyle że nikt się nie pojawił. Impreza odbywała się na otwartym terenie, na którego fragmencie pozostawiono parkan. Po jakimś czasie część lokalsów postanowiła przełamać lody, przyszła i niemal odruchowo ustawiła się za tym ogrodzeniem. Sytuacja w sposób symboliczny pokazała, że pomiędzy tymi ludźmi istnieje ogromna klasowa różnica i trzeba ją w sposób świadomy przekraczać.

Pytanie, w jaki sposób, skoro dobre intencje nie wystarczą?

- W ten proces powinno się zaangażować państwo, funkcjonujące na miejscu instytucje publiczne. One muszą zacząć generować kapitał społeczny, czyli zaufanie i chęć współpracy z innymi. Szczególnie istotną rolę w tym procesie może odegrać kultura rozumiana nie tyle na modłę klasy średniej jako uczestnictwo w koncertach muzyki poważnej, ale jako obszar, w którym wytwarzane są więzi pomiędzy ludźmi. Biblioteki, domy kultury czy wiejskie świetlice pełniły taką funkcję do momentu, gdy w latach 90. państwo przestało być szkieletem podtrzymującym tkankę społeczną.

Garcz na Kaszubach, sianokosy (fot. Beata Kitowska / Agencja Gazeta)

Poprzedni kierowany przeze mnie projekt Fundacji Pole Dialogu realizowany w Ornecie, niewielkim miasteczku na Warmii i Mazurach, był próbą stworzenia wraz z pracownikami domu kultury programu włączającego różne klasy i grupy społeczne. Do tego typu działań świetnie przydaje się koncepcja Pierre'a Bourdieu. Gdy pojęcia tego dość hermetycznego francuskiego myśliciela przełoży się na język zrozumiały dla normalnego człowieka, okazuje się, że pracownicy kultury doskonale się w nim odnajdują. Najprościej mówiąc, Bourdieu twierdził, że o przynależności do klasy ludowej, średniej bądź wyższej nie decyduje jedynie zasobność portfela - kapitał ekonomiczny. Istotne są również wiedza i umiejętność jej wykorzystania - kapitał kulturowy, oraz sieć więzi społecznych, w jakich na co dzień funkcjonujemy, i zdolność nawiązywania nowych relacji - kapitał społeczny. Pracowniczka domu kultury czy pracownik biblioteki często łatwiej dogadują się z mieszkańcami napływowymi, bo choć różni ich kapitał ekonomiczny, dysponują podobnym kapitałem kulturowym. Klasę ludową od średniej odróżnia też sposób uczestnictwa w kulturze. O ile dla tej ostatniej kultura to obszar realizowania aspiracji, zaspokajania potrzeb intelektualno-estetycznych, o tyle dla klasy ludowej kultura stanowi często przestrzeń zabawy, wspólnego, wielozmysłowego doświadczania zdarzeń.

W naszym badaniu narzędziem zmiany społecznej stała się sieć wiejskich świetlic, w których konsultowano z mieszkańcami program domu kultury. Zadbaliśmy o to, by przeważającego głosu w tych dyskusjach nie miała klasa średnia. Zazwyczaj w takich sytuacjach aktywniejsi są ludzie o wyższym kapitale kulturowym, świadomi tego, że mogą wpływać na rzeczywistość, a klasa ludowa sama się z nich wyklucza. Rezultatem jest przyspieszenie procesu kolonizacji instytucji, a w szerszym kontekście całej wsi, przez klasę średnią. 

To, co mówisz, jest też ciekawe w szerszym kontekście układu sił na scenie politycznej. Sondaże wskazują, że ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne PiS wygrał głosami wsi. Natomiast wśród komentatorów i badaczy dość powszechna jest opinia, że zwycięstwo tej partii było reakcją różnych grup społecznych na lata marginalizacji. Z tego wynika, że kolonizacja wsi przez klasę średnią tylko ten proces pogłębiła.

- Sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo na PiS głosowała też spora część klasy średniej. Poza tym zwycięstwo w wyborach czy obecne wyniki sondaży niekoniecznie świadczą o sile PiS-u, ale o słabości opozycji, która od dwóch lat nie jest w stanie zaproponować żadnej sensownej kontrnarracji. PiS jest postrzegany jako partia skuteczna i dotrzymująca obietnic, które jeszcze podczas kampanii wydawały się demagogicznym hasłem wyborczym - choćby 500+.

Dr Przemysław Sadura - socjolog (fot.Krzysztof Żuczkowski)

Mimo wszystko na wsi poparcie dla PiS-u wcale nie jest tak jednoznaczne. Kiedy na zlecenie Greenpeace'u pod koniec ubiegłego roku przeprowadzaliśmy wywiady focusowe, okazało się, że ich uczestnicy - w przytłaczającej większości zwolennicy PiS-u - przedstawiali sprzeczne z polityką rządu stanowisko, jeśli chodzi o aborcję, 500+, ekshumację i reformę edukacji. Zgadzali się jedynie w kwestii trybunału.

Dlaczego mieszkańcy wsi krytykują 500+?

- Moi rozmówcy to byli głównie przedstawiciele klasy ludowej: rolnicy i robotnicy. Kiedy krytykowali 500+, mówili o tzw. "podklasie", np. bezrobotnych rodzinach wielodzietnych, eksmitowanych do ich wsi z pobliskiego miasta za zaleganie z czynszem. Mieli do nich taki sam stosunek, jak klasa średnia do środowisk ludowych jako całości. Argumentowali, że program powinien zostać ograniczony wyłącznie do ludzi pracujących, a niektórym powinien być wypłacany w formie bonów.

To zgadza się z tezą, jaką niedawno sformułował Maciej Gdula, sugerując, że PiS ma poparcie klasy ludowej, bo pozwala jej identyfikować się jako wspólnota "normalnych" w przeciwstawieniu do "patologii" (bezrobotni pobierający 500+), elit (kasta sędziów i opozycja) czy obcych (uchodźcy).

- Trzonem programu PiS jest dowartościowanie państwa i instytucji publicznych, które nawet jeśli są im całkowicie podporządkowane, to wciąż stanowią inwestycję w to, czego ludziom brakowało. Z naszych badań wynika, że klasa ludowa nieszczególnie intensywnie korzysta z instytucji kultury, mimo to zawsze bardzo aktywnie przeciwstawia się ich likwidacji. Ich obecność bowiem stanowi symboliczny dowód przynależności do cywilizowanego świata. Gdy znikają, ludzie czują się wykluczeni ze wspólnoty. PiS ma tak duże poparcie, bo używa polskiego państwa do tego, by budować społeczeństwo.

Tylko ono nie będzie obywatelskie.

- Bo inwestowaniem w państwo i społeczeństwo od lat powinna zajmować się lewica i środowiska liberalne.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Przemysław Sadura. Socjolog, adiunkt w Instytucie Socjologii UW, współzałożyciel fundacji Pole Dialogu. Bada relacje zachodzące między państwem i strukturą klasową w różnych obszarach życia społecznego. Wkrótce nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukaże się jego najnowsza książka: "Państwo, szkoła, klasy" poświęcona m.in. reformom systemu edukacji.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni".