Rozmowa
Warszawa nocą (fot. jackguzuta / iStockphoto.com)
Warszawa nocą (fot. jackguzuta / iStockphoto.com)

Usiłujesz zobaczyć, co nas czeka "pojutrze" i prorokujesz zwycięstwo miast. To jest ruch tylko w jednym kierunku? Nie przewidujesz żadnych zwrotów akcji i zaskakujących puent?

- Na razie miasta rosną i przepoczwarzają się w nowy, olbrzymi rodzaj bytu, dla którego określenia "megamiasto" czy nawet "konurbacja" nie są już wystarczające. W Azji, Afryce, USA rodzi się typ organizmu urbanistycznego pochłaniający ogromne obszary lądu. Od Tokio do Osaki powstał gęsty, połączony siecią komunikacyjną, gigant, w którym żyje 80 milionów ludzi. W Chinach, w Delcie Rzeki Perłowej, w sieci miast mieszka już ponad 100 milionów, a wokół Lagos rośnie strefa zurbanizowana, która za kilkanaście lat przekroczy granice kilku państw i obejmie 200 milionów ludzi. Miasta zmieniają mapę globu - z rysowanej wzdłuż granic narodowych na szkicowaną wokół wielkich centrów miejskich. W połowie stulecia w miastach będzie mieszkał już co drugi z nas.

Osaka. Widok z lotu ptaka (fot. Nikada / iStockphoto.com)

Ale zwroty akcji są możliwe. Szacuje się, że cały przyrost populacji wchłoną miasta, jednak to w nich rodzi się najmniej dzieci, paradoksalnie więc właśnie miasta mogą zahamować ten obłędny wzrost. Wierzę, że w wielkich metropoliach będą odradzać się małe wspólnoty, nie wydaje mi się jednak, byśmy mogli przewidywać powrót do struktur wiejskich. Homo sapiens to predator, stworzył skomplikowaną cywilizację, zdominował inne gatunki, będzie ewoluował dalej, w scenografii miejskiej.

Kiedy, od jakiego impulsu zaczęło się to twoje "kolekcjonowanie" miast przyszłości?

- Myślę, że decydującym przeżyciem była pierwsza wizyta w Hongkongu. Zobaczyłam miasto zbudowane według zupełnie innych założeń niż europejskie. Przestrzeń, przypominającą grę komputerową, pionowy świat, w którym pojedyncze życie musi pomieścić się na kilku metrach kwadratowych, gdzie korytarze są ważniejsze niż ulice, gdzie śniadania je się o trzeciej rano. Miejsce, które robi interesy z całym światem i likwiduje swoją lokalność na rzecz znaczenia planetarnego. Pamiętam, jak stałam na promenadzie na wyspie Kowloon i patrzyłam na wieżowce po drugiej stronie wody, a na jednym z nich lśnił neon z napisem "Włącz jutro". Wszystko było przesycone pragnieniem przyszłości. Dla Europejki, żyjącej na niedużym kontynencie ceniącym swoje dziedzictwo i przeszłość, to było doznanie otwierające oczy. My spacerujemy, oni pędzą.

Dubaj, Seul, Kampala, Masdar, Bombaj, Singapur, Lima, Kopenhaga, Songdo. Jaki był klucz wyboru? Dlaczego te miasta, a nie np. Hongkong, Tokio, Delhi czy Berlin albo jakiś amerykański moloch?

- Każde z wybranych miast symbolizuje jeden z możliwych scenariuszy, a raczej żywy zaczyn tego, jak sprawy potoczą się jutro, pojutrze.

Centrum Dubaju (fot. Nikada / iStockphoto.com)

Na przykład Dubaj, który symbolizuje tworzenie przyszłości w miejscu najbardziej nieprawdopodobnym - na pustyni - to terytorium ambicji i popisów technologicznych. Ale na razie jest tylko scenografią; aby powstała kultura miasta, trzeba znacznie więcej. Ugandyjska Kampala pokazuje z kolei, że na globalnym Południu, gdzie wydarzy się 80 proc. urbanizacji najbliższych dekad, powstawać będą miasta plemienne, odtwarzające wiejskość, tyle że w olbrzymiej skali. Jeśli jednak nie zaoferują mieszkańcom możliwości i rozwoju, mogą okazać się fałszywą szansą. Opowieści o Bombaju czy Limie pokazują natomiast, że przyszłość należy też do miast prekarnych, nieformalnych i kruchych, w których przybysze muszą sami stworzyć technologie przetrwania, organizować łącza wody i elektryczności. Slumsy, squaty - oto przyszłość. Tak w połowie wieku będzie żył co drugi człowiek w mieście. Na innym biegunie są Masdar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, koreańskie Seul czy Songdo oraz Kopenhaga - miasta o wyrafinowanych i zaawansowanych rozwiązaniach, które forsują przyszłość "zieloną", zespoloną z technologią, ale też naturą.

Jeśli chodzi zaś o miasta amerykańskie, to są dziś antyprzykładem tego, jak budować zdrowszą, inspirującą przyszłość - chorują na rozproszenie, brak transportu miejskiego, brak przestrzeni publicznej sprzyjającej relacjom, co wywołało separację i segregację dzielnic. Myślę, że w tych miastach można szukać korzeni frustracji i autodestrukcji, które wyniosły do władzy Donalda Trumpa.

Za każdym z tych miast stoi jakaś szczególna filozofia, utopijna idea albo mechanizm działania. Jest coś, co je wszystkie łączy?

- To, że żyją - zmieniają się, ich przyszłość nie jest przesądzona, ale musi się objawić jak najprędzej. I to, że w każdym z nich człowiek poszukuje lepszego jutra. Miasta są obszarami nadziei, ambicji, starań. Przyjeżdżają czy przychodzą do nich ludzie, którzy chcą czegoś więcej. Szacuje się, że co minutę do miast na świecie wprowadza się około 130 osób. Większość po to, by poprawić swój los. I - żeby nie wiem jak trudne było życie w mieście - dla większości jest ono lepsze niż to, które prowadzili do tej pory: daje dostęp do edukacji, opieki medycznej, lepszej żywności.

Każde z tych miast jest również scenografią dramatycznych napięć i sprzecznych dążeń. Z jednej strony są przybysze, uchodźcy z obszarów beznadziei. Z drugiej - elity polityki i biznesu oraz współpracujący często z nimi urbaniści. Ci, którzy mają więcej, chcą więcej: przestrzeni, powietrza, słońca, wieżowców, wody. Tym samym coraz mniej mają ci spychani na margines. Te wektory na siebie napierają i mogą prowadzić do katastrof albo do tworzenia nowych rozwiązań.

Kampala, panorama miasta (fot. Danieloncarevic / iStockphoto.com)

Miasta są chorobą współczesnego świata, zatruwają go gazami cieplarnianymi, pożerają gigantyczne ilości energii. Ale one są też lekiem - mają naszą wyobraźnię, inteligencję, wszystkie zasoby do tworzenia dobrej przyszłości.

W twojej książce dominuje Bliski i Daleki Wschód, Azja - tam jest dziś przyszłość? Europa umiera, jak od dawna wieszczą niektórzy?

- O, bynajmniej! To miasta europejskie przodują w wykorzystywaniu energii odnawialnej, w budowaniu ekologicznych domów, w projektowaniu przyjaznych ludziom miejsc publicznych. To one są ważnymi uczestnikami międzynarodowych sieci miast, działają w tzw. Globalnym Parlamencie Burmistrzów [organizacja założona w 2016 r. przez burmistrzów z całego świata, z inicjatywy filozofa Benjamina Barbera, autora książki "Gdyby burmistrzowie rządzili światem"; jej celem jest mierzenie się z cywilizacyjnymi wyzwaniami, widzianymi z poziomu metropolii - przyp. aut.]. Europa wciąż dysponuje ważną przewagą, ma finanse i ośrodki edukacyjne, w których rodzą się nowe rozwiązania. Ale zmiany u nas nie są w połowie tak spektakularne, ani tak masowe, jak na innych kontynentach, gdzie rozwój napędzany przez wielkie, młode populacje ma zupełnie inną skalę. Hindusów na przykład lada chwila będzie więcej niż Chińczyków.

Wschodnie wizje wykazują się wielką śmiałością i finansowym rozmachem, jak piszesz np. o Dubaju: "Świat istniejący to za mało". Ale to miasta zaprogramowane do tego stopnia, że wydają się bezduszne, "nawet powietrze jest wyzute ze spontaniczności", wszystko poddane niewidocznej kontroli. Ceną bezpieczeństwa i dostatku jest zawsze wolność?

- Rzeczywiście w nowych pępkach świata, jak Dubaj czy Singapur, priorytetem jest bezpieczeństwo i ład. Dotyczą nie tylko ludzi, mam wrażenie, że w tych miejscach kluczowe jest bezpieczeństwo inwestycji finansowych, lokat i zasobów. Czy to nie uderzające, że maleńki Singapur ma pokaźną armię, a jego niebo patrolują myśliwce? Dubaj stanął w centrum świata, gdy upadły wieże WTC w Nowym Jorku i inwestorzy postanowili przenieść pieniądze tam, gdzie zagrożenia zostaną zminimalizowane.

Widać jak na dłoni, że jeśli chce się stworzyć globalne post-miasto, trzeba najpierw ustalić, kto i na jakich zasadach będzie w nim obecny. Singapurczycy i Emiratczycy wpuszczają tych, których obecność jest ekonomicznie uzasadniona. To miasta, w których istnieje hierarchia społeczna z mnóstwem przykładów nierówności. Wieżowce Dubaju budują chłopcy z afrykańskich i azjatyckich wiosek, dzieci ekspatów w Singapurze wychowują Filipinki niewidujące własnych córek i synów miesiącami. Można mówić o współczesnym niewolnictwie, ale ja zwracam uwagę na coś innego: niektórzy chętnie zrezygnują z wolności dla życia w ludzkich warunkach na co dzień, dla lepszej przyszłości.

Seul (fot. Reabirdna / iStockphoto.com)

W Seulu ludzie nie śpią, w Singapurze nie uśmiechają się i nie rozmnażają - dlaczego? Przecież ich wszystkie potrzeby są zaspokajane. Dla takich warunków życia ludzie wsiadają na pontony i płyną przez morza, ryzykując życiem.

- Życie w poczuciu kresu i sytości odbiera sens. Spełnienie marzenia jest niebezpieczne - bo życie musi być zmianą, ciągłym dążeniem. Dlatego coraz krócej śpimy i coraz mniej dzieci rodzimy wszędzie tam, gdzie nastąpił tak zwany rozwój. Natomiast najwięcej ruchu, witalności, a także uśmiechu jest w dzielnicach biedy! To nie jest romantyczna legenda o slumsach - rzecz rozbija się właśnie o wolność, o którą pytałaś. Na dnie miejskiej hierarchii jest więcej miejsca na wyobraźnię, swobodne działanie. Ale tam też codzienność toczy się wciąż w bezpośrednim zagrożeniu - chorobą, głodem, śmiercią, przemocą. Myślę, że chęć przetrwania i potrzeba zabezpieczenia bytu popycha ludzi do podejmowania ryzyka. Działa chyba również coś, co uważam za mityczną obietnicę, że miasto każdemu da spełnienie. Tymczasem tam każdego dnia dochodzi do milionów rozczarowań, nie ma ludzi bardziej zapracowanych niż ci, którzy spędzają dzień, szukając pełnej miski. Jednak na razie miasto jest kresem marzeń ludzkości - niczego lepszego nie wymyśliliśmy.

Inny przypadek stanowią miejsca takie jak np. Kampala, wioska albo slums o rozmiarach metropolii, zdychająca od upału, bo całe drzewo wycięto. Miejsce, w którym nic nie działa, w stanie katastrofy ekologicznej. To jakby rewers tej zamożnej części świata: żeby gdzieś indziej przybywało, z takich miejsc jak Kampala musi ubywać. Nie ma innej drogi?

- Wierzę, że jest, ale trzeba ją sobie wyobrazić. A wyobraźnia - niezbędne paliwo przyszłości - działa we współpracy z odwagą, wykształceniem, pieniędzmi. W Afryce nie ma w tej chwili czasu na przyszłość, jest dzisiaj i wielki problem z przetrwaniem do jutra. Miasta-wioski pęcznieją z powodu działania sił zewnętrznych - procesów kolonizacji, globalizacji, ostatnio - hiperaktywności Chińczyków, którzy tworzą infrastrukturę i wywożą surowce. Społeczności plemienne zostają nagle wyrzucone ze swoich kultur, związków z naturą - zmiany klimatyczne zaburzają jedyny znany im rytm, ład. Ryszard Kapuściński prognozował przyszłość plemienną, bo obserwował tę zależność: czyjaś zamożność budowana jest na cudzym niedostatku. W miastach widać, jak nierówny świat stworzyliśmy. To jak walka Dawida z Goliatem - z jednej strony jest ciężki przemysł, szefowie państw, międzynarodowe koncerny oraz plany urbanistyczne likwidujące dzielnice pod inwestycje biznesowe, z drugiej - chłopaki na motorach i dziewczyny chodzące do szkół w slumsach, tworzący nowe aplikacje i rozwiązania, za które potem Google chętnie zapłaci miliony dolarów.

Centrum Bombaju (fot. tirc83 / iStockphoto.com)

To wizja świata trochę jak z "Wehikułu czasu" Wellsa, z nieuniknionym podziałem na upodlonych, ale głodnych sukcesu Morloków oraz uprzywilejowanych, ale coraz słabszych Elojów, który dla obu stron jest fatalny. Widać to dobrze w Limie - miasto pocięto murami oddzielającymi dzielnice bogactwa i biedy. Bogaci hodują pogardę i lęk wobec biednych, biedni frustrację i złość na bogatych. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

- A jednak nie następuje! Rem Koolhaas, znakomity architekt i teoretyk architektury, pisał, że Nowy Jork to milion katastrof, które jednak nie następują. To prawda o każdym dużym mieście - jego napięcia są rozładowywane, roznoszone jak w pajęczej sieci. Bo miasta pozostają najbardziej otwartymi, zróżnicowanymi i kosmopolitycznymi rejonami świata.

Jednak wizje przyszłości wyłaniające się z twoich reporterskich esejów generalnie nie napawają optymizmem. Rozwój aglomeracji przypomina bardziej namnażanie nowotworu niż coś, co ma uleczyć ludzkość, niezależnie od deklarowanych intencji. Przeraża stopień nieliczenia się z naturą, tak jakbyśmy mieli wbudowany jakiś gen samozniszczenia.

- W książce zwracam uwagę na szczególny moment, w jakim znaleźliśmy się jako gatunek ludzki. Zdominowaliśmy planetę, bo potrafiliśmy świetnie adaptować się do zmian. Po drodze wykończyliśmy wielu innych współmieszkańców i wciąż to robimy. Teraz jednak stanowimy zagrożenie dla samych siebie. I tak, po tym, co zobaczyłam, czasem myślę, że zasługujemy na anihilację! Ale ona nie nastąpi - życie na Ziemi, przynajmniej na to wskazują dotychczasowe procesy, będzie się dalej rozwijało. Nasza krótkowzroczność i chciwość nie zatrzymają przecież ewolucji. Możemy wypracować lepsze metody współistnienia z naturą. Możemy uciec na inną planetę. Możemy zespoić się ze sztuczną inteligencją i żyć dalej, już jako inny gatunek. Staram się nie oceniać naszych "dokonań", ważniejsze było dla mnie, by je zobaczyć z bliska, zrozumieć, cośmy sobie i Ziemi uczynili.

Przymierzasz się w tej książce do różnych modeli przyszłości, ale twoją sympatię wyczuwam jedynie w przypadku Bombaju - choć nie jest to z pewnością raj, i Kopenhagi - to jest z pewnością raj, przynajmniej według ciebie.

- Z Bombajem łączy mnie długa i trudna miłość. To miasto mnie wykańcza, ale niezmienne przyciąga. Ale wolę miasta żeńskie - Kopenhaga ma kobiece imię i w jakimś sensie - żeńską energię. Nie ma tam tego fallicznego gigantyzmu wieżowców, są krągłości, zaułki, życie na niedużą skalę, skrojoną adekwatnie do potrzeb lokalnych społeczności. Kopenhaga to domek dla lalek, miejsce, które ustrzegło się przed chorobą nadmiernego rozrostu, w porę wpadło na lepszy pomysł - wprowadzania mikroulepszeń. Dlatego na co dzień jest dobrym miejscem do życia - z otwartą przestrzenią, wysokim wzajemnym zaufaniem mieszkańców, czystą wodą i powietrzem. Nie tylko dla mnie! Dla miliardów ludzi na świecie taki jest ideał! I wydaje się możliwy do realizacji wszędzie, o ile władze zechcą działać w interesie naszych prozaicznych potrzeb i oddadzą nam miasta, porwane przez filozofię zysku i wzrostu.

Zobacz wideo

Gdzie w tej podróży do przyszłości jest twoje miasto - Warszawa, zapatrzona chyba raczej w przeszłość, zwłaszcza dziś?

- Warszawa jest pomiędzy. Nieźle sobie radzi, ale choruje na dość powszechne dolegliwości. Jak większość miast świata, rozwija się bez planu. Nie mówię o doraźnych pseudoplanach serwowanych przez polityków, mówię o wieloletniej strategii rozwoju, narysowanej we współpracy mądrych głów i mieszkańców. Singapur ma taką strategię od 1971 roku i co pięć lat poddaje ją rewizji. A w Warszawie wyrasta Mordor i co dzień do pracy jedzie tam 90 tys. ludzi, którym miasto nie zapewniło możliwości szybkiej podróży. Najpierw komunikacja - potem inwestycja, taka powinna być kolejność. Warszawa ma fatalne powietrze, ale. mnóstwo wegańskich restauracji. To pokazuje, że jej tkanka społeczna jest zdrowa, zainteresowana lepszą przyszłością. Warszawa jest intensywna, jej obrzeża zamieszkują obcokrajowcy, pojawiają się buspasy i ścieżki rowerowe, choć metra wciąż nie mamy, bo przypomnę, że metro to gęsta, połączona sieć przesiadkowa! (śmiech ) Delhi wybudowało taką w pięć lat mimo horrendalnych wyzwań logistycznych. Jednak nasze miasto w ostatnich latach ożywia swoje dzielnice, czuć przebudzenie mieszkańców. To dobre oznaki. A władze się spóźniają i boją - nic w tym oryginalnego. Ot, średnia globalna.

Współczesne metropolie i ich modele funkcjonowania zderzasz z utopijnymi koncepcjami urbanistycznymi: od Le Corbusiera, przez miasta ogrody Ebenezera Howarda czy miasta dryfujące w chmurach Richarda Buckminstera Fullera, po EPCOT Walta Disneya. Żadna z tych utopii się w pełni nie ziściła, a te realizowane zwykle wykoślawiały się okropnie. Może więc, zamiast planować na siłę, lepiej zdać się na żywioł życia?

- Zaplanować się nie da, ale wyobrażać sobie trzeba! Wierzę w pozytywny wpływ marzycieli i wizjonerów, tak jak uznaję niesłychaną wprost rolę literatury science fiction w inspirowaniu przyszłości. Ona nadchodzi, ponieważ ktoś ją kiedyś pomyślał. Utopiści dali światu napęd, ich wizje przefiltrowują się i lądują na ziemi. A że zjawiają się jako jeden opiłek z wielkiego pomysłu? Że ich forma okaże się nieco albo nawet bardzo odmienna od oryginału? To jest właśnie żywioł, tylko najpierw trzeba zrobić mu miejsce w umysłach.

Książka Pauliny Wilk 'Pojutrze. O miastach przyszłości' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (fot. materiały prasowe / Michał Mutor / Agencja Gazeta)

Książkę Pauliny Wilk "Pojutrze. O miastach przyszłości" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Paulina Wilk. Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek "Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne" o dorastaniu w czasie polskiej transformacji, a także serii bajek dla dzieci o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Stale współpracuje z tygodnikiem "Polityka", a także z "National Geographic Traveler", "Przekrojem" oraz magazynem "Kontynenty". Jest współtwórczynią Big Book Festival - międzynarodowego festiwalu czytania odbywającego się w Warszawie od 2013 r. 9 listopada 2017 r. ukazała się jej nowa książka "Pojutrze. O miastach przyszłości" .

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.