Rozmowa
Jacek Dehnel (fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
Jacek Dehnel (fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

W krótkiej recenzji na stronie Wydawnictwa Agora , pisze pan, że "Wspomnienia warszawskie" Antoniego Słonimskiego, są nie tylko cennym świadectwem międzywojnia, ale też końca lat 50., gdy zostały napisane. Ja, czytając tę książkę, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że spostrzeżenia autora - szczególnie te na temat kwestii społecznych - mogłyby dotyczyć współczesnej Polski. Czy "Wspomnienia..." mogą nam pomóc w zrozumieniu teraźniejszości?

- W ogóle wspomnienia są i powinny być przyczynkiem do refleksji nad teraźniejszością. Słonimski jest tylko potwierdzeniem tej reguły. Niby wiemy, że Historia magistra vitae , i to nie tylko ta wielka historia powszechna, ale również mała historia mówiona. Tylko że niewiele z lekcji tej "nauczycielki życia" przyswajamy i ciągle popełniamy te same błędy.

Grupa literatów na dworcu w Warszawie przed odjazdem na wieczór literacki do Pragi. Widoczni m.in.: Jarosław Iwaszkiewicz (pierwszy z lewej), Antoni Słonimski, Jan Lechoń (drugi z lewej), Kazimierz Wierzyński (pierwszy z prawej). Lata 30. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Na jakie "błędy" wskazuje Słonimski?

- Myślę, że najdobitniejsze jest tu sportretowanie ślepoty na innych. Bardzo poruszający jest kawałek o najlepszym dziecięcym przyjacielu, Mańku, siostrzeńcu Frani, służącej państwa Słonimskich. Maniek planuje z Antosiem podróż po Pacyfiku, pięknie rysuje i jest świetnym kompanem - ale jest też synem robotnika w zakładach Lilpopa. Dodajmy, że za dwie dekady inny kolega Antoniego, Iwaszkiewicz, poślubi jedną z dziedziczek tej fortuny, mocno już wówczas upadającej. I "Maniek pewnego dnia nie przyszedł. Dowiedziałem się od Frani, że poszedł do roboty. Nie bardzo sobie uświadamiałem, co to naprawdę znaczy". W szczegóły planowanej podróży wtajemnicza innego kolegę, można się domyślać, że z rodziny inteligenckiej. Czas mija prędko, Antosiowi jakoś trudno spotkać się z Mańkiem, który z warsztatu ślusarskiego wraca późnym wieczorem. Wreszcie go zastaje: "był jakiś inny: ponury, a jednocześnie ironiczny. Gdy spytałem go, czy rysuje, wyciągnął przed siebie ręce gestem jakby proszącym o pomoc. Były to ręce człowieka dorosłego. Zgrubiałe, opuchnięte, zaczernione smarami ręce robotnika. Temu pozornie błagalnemu gestowi rąk przeczył wyraz jego oczu. Oczu zimnych i wrogich". Więc Antoni wraca do swojego świata, gdzie ma już innych kolegów i inną przed sobą przyszłość.

Ówczesna burżuazja rzadko zapuszczała się w owiane złą sławą lub zwyczajnie biedne okolice, takie jak Powiśle czy Stare Miasto, nie mówiąc o Pradze. Bieda była dla nich niewidoczna, bo potrafili ją omijać. Obraz miasta, jaki przetrwał, to raczej wyobrażenie ludzi, którzy ograniczali pole widzenia do kilku ulic.

- Trzeba by sobie również zadać pytanie, kto współcześnie kreuje mit Warszawy międzywojennej jako "Paryża północy" i luksusowego miasta, pełnego zadowolonych z siebie, sytych ludzi.

Wielu z nas po prostu chce, żeby to było piękne miasto, w którym Niemcy zburzyli wielkomiejską, wysmakowaną architekturę, zostawiając gruzowisko, a na nim zły sowiecki komuch zbudował szkaradę. Tymczasem Niemcy zburzyli miasto borykające się z potwornymi problemami, wielkimi nierównościami społecznymi, miasto z dzielnicami nędzy, tysiącami bezdomnych, z rodzinami gnieżdżącymi się w zagrzybionych norach. Kiedy pisze o tym Filip Springer w "13 piętrach", niejeden czytelnik się żachnie, że przecież Bodo, Ziemiańska i Wieniawa na koniu wjeżdżający do Adrii [chodzi o aktora Eugeniusza Bodo, który przesiadywał w modnej kawiarni Ziemiańska, oraz o generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i kawiarnię Adria - przyp. red.]. Nie chcemy pamiętać o nędzy. Niesłusznie.

W latach 30. i na początku lat 40. XX wieku Adria uchodziła za najbardziej elegancki lokal stolicy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Właściwie dlaczego nie chcemy o niej pamiętać? Przecież z niezamożnych warstw społeczeństwa pochodzi znacznie więcej warszawiaków niż z międzywojennego mieszczaństwa. Eleganckie kawiarnie typu Ziemiańska czy Adria odwiedzała zaledwie garstka ówczesnych mieszkańców stolicy.

- Wstydzimy się biedy, to nic nowego. Trzeba mieć wysokie i bezpieczne poczucie własnej wartości, żeby bez problemu przyznawać się do tego, że nasi rodzice, dziadkowie, my sami byliśmy kiedyś biedni. To upokarzające, zwłaszcza przy dominującym neolibowym myśleniu, że jak ktoś jest bez pieniędzy, to znaczy, że się leni, że jest bierny, że nie bierze spraw w swoje ręce.

Więc nędza, bezdomność, brud międzywojennej Warszawy, koszmarne losy prostytutek, przemocowość całego systemu są ukrywane. Jedyną alternatywą dla stolika w Ziemiańskiej zostaje cepeliowy, sztuczny mit warsiaskiej ferajny, jakaś mieszanina Wiecha, knajackich piosenek i kaszkietów, też zresztą skłamana, bo nie da się opowiedzieć prawdy o przestępczej Pradze czy Kercelaku bez komponentu dziś niemal zupełnie z tych opowieści wypartego: Żydów. Przestępcza gwara warszawska w ogromnej części bazuje na jidysz; mafie, szkoły doliniarskie, i tak dalej, to była mieszanina Polaków, Rosjan i Żydów właśnie. Każdy zaśpiewa "Bal na Gnojnej", ale mało kto się zastanawia, dlaczego ten właściciel nazywa się Josek, a nie Janusz, dajmy na to. Kiedy Fanny, a właściwie Fajga, Gordon pisała melodię do tej piosenki, Josek leżał już na cmentarzu żydowskim przy Okopowej.

We "Wspomnieniach..." jest też wiele parasocjologicznych obserwacji, na przykład: "Niezmienną cechą ludku warszawskiego był i jest do dziś dnia sceptycyzm. Słowa: bujda, granda, fiume i lipa mają zadawnione prawo obywatelstwa w słownictwie warszawskim". Zresztą do wątku sceptycyzmu Słonimski wraca nieraz. Czy myśli pan, że to zdanie wciąż do nas pasuje?

- To raczej część ogólnej nieufności polskiej. Nasze wskaźniki zaufania wzajemnego należą do najniższych w całej Unii Europejskiej. Ma to, oczywiście, swoje zadawnione korzenie historyczne, ale łączy się też z naszą skłonnością do cwaniactwa, zespoloną ze strachem przed byciem wycwanionym. Nie przepadam za tym, ostatecznie wolę raz na jakiś czas stracić z kimś nieuczciwym, niż stracić różne okazje z uczciwymi.

 

Słonimski opisywał ten specyficzny rodzaj krytycyzmu z humorem: "Pamiętam dwie babiny, które przyglądały się pogrzebowi Żeromskiego. Patrząc na wojsko, delegacje z wieńcami i sztandarami, jedna z nich powiedziała z sarkastycznym grymasem: "Biednego by tak nie chowali". Zwalczał natomiast postawę romantyczną, której towarzyszyło uwznioślanie męczeństwa. Uważał ją za wyjątkowo szkodliwą i usiłował rozbrajać ją między innymi śmiechem. Czy dziś nadal taka strategia może stanowić antidotum na martyrologię narodu polskiego?

- Tu nie chodzi o antidotum na martyrologię, bo martyrologia, czyli męczeństwo, już się wydarzyła, nie ma na nią antidotum - teraz trzeba opracowywać różne strategie pamięci, przebaczenia, zadośćuczynienia. Problemem jest stosowanie martyrologii jako narzędzia w walce politycznej albo wiecznego usprawiedliwienia. Polacy mają problemy z obywatelskością, bo mieliśmy zabory. No tak, ale zabory skończyły się sto lat i cztery czy pięć pokoleń temu, nie mówiąc już o tym, że oddolne ruchy, praca u podstaw, społecznictwo miały się wówczas całkiem nieźle. I tak, owszem, na każdą dętą propagandę humor jest niezłą bronią - której powinny wszakże towarzyszyć rzetelna edukacja i wyważona dyskusja. Sam humor nie wystarczy, bo tu trzeba z jednej strony ośmieszać - przywary, nie osoby - z drugiej przekonywać i edukować. Inaczej nieprzekonani jeszcze się umocnią w swoim poczuciu męczeństwa, tym razem już urojonego.

Dla mnie jednym z niewątpliwych walorów książki Słonimskiego jest pozbawione wartościowania umiejscowienie Polski w orbicie krajów peryferyjnych. Dlaczego Polacy, niezależnie, czy byli lub są wyznawcami opcji liberalnej ("na łeb na szyję gonimy Niemcy") czy konserwatywnej ("oto wstajemy z kolan"), od zawsze mieli z tym problem?

- Jak sobie od małego wmawiamy całą kulturą, że jesteśmy wyjątkowi, szczególni, to później dysonans poznawczy rośnie, rosną też frustracje z tym związane. A, jak mówi Poeta, jesteś tylko jedną z rzeczy wielu. Można się wszakże pocieszyć, że "metropolię" toczy ta sama choroba. Poczucie wyjątkowości Amerykanów, Brytyjczyków, Rosjan, Francuzów jest równie śmieszne. Może groźniejsze.

Nowe wydanie 'Wspomnień warszawskich' Antoniego Słonimskiego ukazało się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. materiały prasowe / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

O konieczności wyjazdu z Polski w 1939 roku Słonimski pisał tak: "O pozostaniu w kraju pod okupacją hitlerowską nie myślałem ani przez chwilę. Byłem zbyt znany i miałem zbyt wielu wrogów wśród oenerowców. Jeden z tych działaczy, który zorganizował na mnie napad bojówki w kawiarni Ziemiańskiej, okazał się po prostu agentem gestapo i jako taki zginął z wyroku Armii Krajowej". Ostatni marsz organizowany w Warszawie w Święto Niepodległości przez ONR zgromadził 60 tys. ludzi. Czy zadaje pan sobie pytanie, jak to możliwe?

- Obserwowałem te marsze jeszcze zanim zaczęły być popularne. I stojąc na Krakowskim Przedmieściu, przecierałem oczy ze zdumienia, i zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, że w sercu Warszawy, pod Pałacem Prezydenckim, idą po zmroku faszole w faszolskich mundurkach i z faszolskimi sztandarami, skandując "Nasza święta rzecz: Żydzi z Polski precz!". W mieście, gdzie z bocznicy przy Umschlagplatzu wywieziono do komór gazowych trzysta tysięcy warszawiaków. Zadawałem sobie pytanie, jak to jest, że policja ich nie zatrzymuje, nie legitymuje, że nikt za te hasła nie zostaje pociągnięty do odpowiedzialności. "Zaszyj dziurkę, póki mała" - Mama Zosię przestrzegała. Ale Zosia, niezbyt skora, odwlekała do wieczora. No to mamy wieczór i zmrok.

Od niedawna pana felietony o Warszawie ukazują się w "Gazecie Stołecznej". Czy Antoni Słonimski jest dla pana przewodnikiem w tej materii?

- Felietony piszę od jakiejś dekady, najróżniejsze: o książkach, o muzyce, o polityce, o społeczeństwie, i tak dalej. Fakt, że teraz pisuję akurat o Warszawie, niespecjalnie wiele zmienia, prawdę mówiąc. Materia, czyli teksty o ważnym dla mnie mieście, o moim najbliższym otoczeniu, jest wtórna wobec samej formy felietonu, bardzo trudnej, o niełatwym do utrafienia "tonie" - i w tym, rzecz jasna, Słonimski jest jednym z moich nauczycieli, obok na przykład Pilcha.

Książkę "Wspomnienia warszawskie" Antoniego Słonimskiego w promocyjnej cenie można kupić w Kulturalnym Sklepie  oraz w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Jacek Dehnel. Jeden z najważniejszych współczesnych polskich pisarzy. Autor powieści takich jak "Lala" (2006), "Saturn" (2011), "Matka Makryna" (2014) czy "Krivoklat" (2016), a także kilku zbiorów wierszy oraz dwóch kryminałów "Tajemnica domu Helclów" (2015) oraz "Rozdarta zasłona" (2017), które napisał wraz z Piotrem Tarczyńskim pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa. Przełożył na język polski m.in. poezję i prozę Philipa Larkina. Obecnie felietonista "Gazety Stołecznej". Swój profil na Facebooku, który obserwuje blisko trzydzieści tysięcy użytkowników, uczynił platformą społeczno-politycznej debaty. Laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich, Paszportu "Polityki", wielokrotnie nominowany do nagrody literackiej Nike.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni".