W dzieciństwie chodziła pani na mecze, ale od tego nie zostaje się prezesem dużego klubu sportowego. Spytam więc - jak się zostaje?
- Mój tata był działaczem sportowym w małej miejscowości, w Kalwarii Zebrzydowskiej. Chodziliśmy razem na stadion, ale nie przypuszczałam wtedy, że zostanę prezesem klubu sportowego.
A kiedy to pani przyszło do głowy?
- Tak na serio to 22 sierpnia 2016 r. Wcześniej to były raczej luźne plany związane z piłką. Skończyłam prawo w Krakowie, zrobiłam aplikację radcowską, ale pomiędzy jednym a drugim jeszcze studia z zarządzania organizacjami sportowymi. Zawsze mnie to pociągało. Owszem, myślałam wtedy o Wiśle, bo to był mój klub. Jestem jego kibicem, więc żaden inny nigdy nie przyszedł mi do głowy, ale to były tak nieśmiałe myśli, wręcz abstrakcyjne... Traf chciał, że moim wykładowcą był ówczesny prezes Towarzystwa Sportowego "Wisła", Ludwik Miętta-Mikołajewicz, dziś prezes honorowy.
Na studiach z zarządzania organizacjami sportowymi poznałam też między innymi Dorotę Gburczyk, ówczesną koszykarkę i kapitan drużyny Wisły Can-Pack, i Szymona Michlowicza, jej bliskiego kolegę, kibica Wisły, prawnika. Teraz Dorota jest dyrektorem Akademii Koszykówki Wisły Kraków, a Szymon wiceprezesem Towarzystwa Sportowego "Wisła". Przyjaźń trwa do dziś. Zresztą to Dorota pokazała mi wtedy Wisłę Kraków od środka.
I?
- Pewnego dnia prezes Miętta-Mikołajewicz do mnie zadzwonił i zapytał, czy nie chciałabym kandydować do zarządu Towarzystwa Sportowego "Wisła", bo niedługo wybory. Pomagałam wtedy TS-owi jako radca prawny. Prezesowi Mięcie się nie odmawia, a poza tym nie ukrywam, że uznałam to za wyróżnienie. Zostałam członkiem zarządu, a po upływie dwóch lat kadencji TS "Wisła" stało się właścicielem 100 proc. akcji Wisły Kraków SA.
W zarządzie Towarzystwa było wówczas siedem osób i tym w gronie zastanawialiśmy się nad kandydatem na prezesa Wisły. Padło kilka nazwisk i z wewnątrz, i z zewnątrz. Nagle jeden z kolegów stwierdził, że to powinnam być ja. Gdy powiedział to na głos, okazało się, że pozostali też tak myślą.
I co - musiała się pani zgodzić?
- Byłam zaskoczona. Powiedziałam, że muszę wyjść się przewietrzyć. Postanowiłam się z tym przespać, a następnego dnia zadzwoniłam do taty. Byłam święcie przekonana, że powie: "Ty się, dziecko, w to nie ładuj". Że to jest trudne środowisko, że mało komu można ufać, że dużo stresu. Ale tata tylko rzucił niecenzuralne słowo, po czym stwierdził: "Czasami w życiu tak jest, że trzeba podejmować trudne wyzwania". I tyle. Tak mi pomógł.
Czyli poradził, żeby pani spróbowała.
- I to mnie właśnie zdziwiło. Bo znałam to środowisko bardzo dobrze, jego specyfikę, zagrożenia i wiedziałam, że to nie jest łatwa branża. Tata - który znał je jeszcze lepiej - widocznie uznał, że to ciekawe wyzwanie. Może trochę spełniam jego marzenia... Tyle tylko, że pewnie w skali, której sobie nigdy nie wyobrażał. Miałam obawy, że jeżeli się nie uda, będę twarzą upadku Wielkiej Wisły Kraków. On nie miał wątpliwości, że tak nie będzie. Zdziwiłam się, bo nie było do tego momentu okazji, aby dowiedzieć się od niego - z natury podręcznikowego introwertyka - że tak we mnie wierzy. Córką idealną nie jestem. Nie ukrywam jednak, że jego akceptacja była dla mnie ważna i mimo obaw poczułam ulgę.
Mogła pani zgodzić się na próbę, a potem się wycofać.
- Nie, to zupełnie nie w moim stylu. Choć miałam też z tyłu głowy myśl, że mogę zostać twarzą spektakularnego upadku. Ale to raczej dodawało siły. Gdy w sierpniu zeszłego roku zostałam prezesem, klub był w sytuacji dramatycznej po dwóch miesiącach rządów Jakuba Meresińskiego, człowieka, który był po prostu oszustem. By nabyć klub, przedłożył niewiarygodne dokumenty. Ciążył też na nim wyrok karny, nie mógł więc być prezesem spółki, którą reprezentował, kupując akcje. Bardzo trudna i skomplikowana sytuacja.
To znaczy?
- Przez te dwa miesiące klub praktycznie nie funkcjonował, nie realizowano umów i ugód wcześniej zawartych. Nie realizował uzgodnionych płatności, jak na przykład ogromne, ponadmilionowe zadłużenie u firmy ochroniarskiej. Ten pan nie bywał w klubie, sprawy Wisły leżały odłogiem. W dniu, kiedy przyszłam do Wisły jako nowy prezes, powitało mnie zajęcie komornicze na rachunku bankowym. Tego dnia graliśmy ze Śląskiem Wrocław i przegraliśmy 1:5. Cały przychód z meczu został zajęty.
Żałowała pani wtedy swojej decyzji? Myślała: "Co ja zrobiłam"?
- Wtedy nie. Wtedy trzeba było działać. Rozpoczęliśmy rozmowy z wierzycielem, podpisaliśmy nową ugodę. Ale były momenty, w których myślałam "o Boże, po co mi to". To było raczej chwilowe, wiedziałam, po co to robię. To nie był dobry dla klubu czas. Siedem porażek z rzędu, kilkanaście milionów długu, komornik na rachunku bankowym. Ale byłam pewna, że nie mogę się wycofać. Codziennie były kryzysy, codziennie trzeba było gasić pożary. Ale bez dwóch zdań należy powiedzieć, że uratowaliśmy Wisłę.
Po kilkunastu dniach od zmiany właścicielskiej dostaliśmy od kolejnego komornika postanowienie o zajęciu akcji Wisły Kraków jako majątku poprzedniego właściciela. Właścicielem było już Towarzystwo Sportowe "Wisła", a więc do zajęcia nie doszło. Gdyby właścicielem był nadal tamten pan, akcje zostałyby zajęte.
Jaki nastrój panował wtedy wśród zawodników?
- Zero ducha w drużynie, która nie wiedziała, co się dzieje. Porażka za porażką. Do tego trzy miesiące zaległych pensji, więc nie było za bardzo argumentów, by ich przekonywać, że idzie lepsze. Rozmawialiśmy jednak i prosiliśmy o czas. Spodziewaliśmy się transzy z Ekstraklasy i obiecaliśmy, że cała ta kwota zostanie przeznaczona na zaległości wobec nich. Dotrzymaliśmy słowa.
Co dalej?
- Zaczęliśmy budować swoją wiarygodność. Rozmawialiśmy ze sponsorami, przyjmowaliśmy ich, byliśmy otwarci. Z czasem to zaczęło trybić. Jak zostałam prezesem, to miałam takie marzenie, żebyśmy dostali licencję i utrzymali się w Ekstraklasie. Mówiąc w skrócie, aby otrzymać licencję, należy wykazać brak bieżących zaległości wobec piłkarzy, sztabu, pracowników oraz wykazać terminowe regulowanie ewentualnych zobowiązań wobec byłych piłkarzy i trenerów. O utrzymanie się w Ekstraklasie należało się bać, bo byliśmy na ostatnim miejscu w tabeli i przyszłość była niepewna. Takie mieliśmy wtedy marzenia.
Ostatecznie licencję dostaliśmy bez problemu, a dokumenty udało nam się nawet złożyć przed terminem, co - jeśli wierzyć naszemu księgowemu Piotrowi - było precedensem, bo jeszcze nigdy się tak nie udało. A sezon zakończyliśmy w grupie mistrzowskiej na szóstym miejscu w tabeli. W tak zwanym międzyczasie ściągnęliśmy do klubu nowego dyrektora sportowego, który wiedział, jaka jest sytuacja i stworzył plan rozwoju zgodny z naszymi oczekiwaniami i możliwościami Wisły. Szybko zaczęło to przynosić efekty. Po drodze jeszcze obraził się na mnie ówczesny trener, Dariusz Wdowczyk.
Wreszcie pani przyznała, że kobiecie niełatwo jest rządzić klubem sportowym.
- Dzisiaj wydaje mi się, że rzeczywiście mógł mieć z tym problem, choć nigdy tego nie powiedział. Na przykład nie mówił mi dzień dobry, więc jak to skomentować? Wydałam mu polecenie, by przyszedł na imprezę sponsora. Obraził się i odszedł, a ponieważ mieliśmy ciągle jakieś zaległości w płaceniu, także wobec niego, miał pretekst. I z takiego oficjalnie powodu się z nami pożegnał, chociaż źle sobie policzył, bo wskazany przez niego termin nie upłynął. Finalnie nie ma tego złego...
Po jakimś czasie Manuel Junco, nasz dyrektor sportowy, znalazł nowego trenera - Kiko Ramireza, który do dziś sprawuje tę funkcję - i już było lepiej. Przede wszystkim sportowo. A jeśli na boisku widać poprawę, to wszystko zaczyna "żreć". Łatwiej było nam pozyskać nowych sponsorów. Kibice zaczęli w nas wierzyć.
W jakiej sytuacji jest klub po roku pani rządów?
- Sportowo - w bardzo dobrej. Świetnie nam się też współpracuje z partnerami i biznesem lokalnym. Mamy nowe biura, które także sfinansował nam sponsor. Sponsorzy dzielą się na takich, którzy są kibicami Wisły Kraków, i takich, którzy nimi nie są. Ci drudzy bardziej wszystko kalkulują. Ale współpraca i z jednymi, i z drugimi bardzo nam się opłaca.
I nie przeszkadza im, że prezes Wisły jest kobietą.
- Partnerzy biznesowi, podobnie zresztą jak pracownicy w klubie, traktują mnie tak samo, jak traktują mężczyzn na podobnych stanowiskach. Działacze z innych klubów czy ich prezesi - różnie. Kilka razy, zwłaszcza na początku, miałam wrażenie traktowania mnie jako czasowej maskotki. "Taka nasza Marzenka". Ale to już minęło.
Bo jest pani pyskata? Często pani to podkreśla w wywiadach.
- No jestem. To trochę wada, ale w tym konkretnym przypadku pomaga. Musisz pokazać, że sobie nie pozwolisz. Inaczej będą cię tłamsić i traktować z przymrużeniem oka. Wkurzało mnie to, musiałam szybko reagować. Ale jakichś karygodnych przypadków nie było. Nigdy nikt nie powiedział wprost, że jestem gorsza na to stanowisko od faceta. Ale czułam, że niektórzy tak myśleli. Stereotypy nie pomagają. Długowłosa blondynka - nie ma nic gorszego.
Zresztą problem z traktowaniem mnie poważnie miało tylko kilka osób. Plaga to nie była. A poza tym - wie pani, w sumie to smutne, ale dochodzę do wniosku, że wszystko jest kwestią dobrego wychowania. Wiele osób było absolutnie życzliwych i profesjonalnie pomocnych. Na pewno prezes Pogoni Szczecin Jarosław Mroczek. Od niego dostałam na samym początku wiele cennych rad, takich "od kuchni". Nie mylił się.
Słyszałam, że Bogusław Cupiał, były właściciel Wisły Kraków, uważa na przykład, iż kobieta w jego loży na stadionie przynosi pecha.
- Też tak słyszałam, chociaż mi powiedział coś zupełnie innego. To człowiek, o którym "napisano" dużo legend. Nie wiem czy prawdziwych. Mnie traktuje z szacunkiem i wprost powiedział, że jest dumny z tego, jak prowadzimy klub. Wisła Kraków nie jest mu obojętna. To 20 lat jego życia. Często o tym rozmawiamy, także przy okazji jego wizyt na stadionie. Uważa, że klub jest w dobrych rękach. Ceni naszą pracę.
Radzi się go pani?
- Nie, on się już zupełnie nie wtrąca, jest poza Wisłą. Choć oczywiście nigdy nie zapomnimy, że przez 20 lat był z klubem związany. Także w czasach jego największej potęgi. Dzisiaj jest jego kibicem. Gdy jest na meczu, zaprasza nas do swojego skyboxa.
Jak teraz wygląda sytuacja finansowa klubu?
- Jest lepiej. Pięć milionów długu udało się umorzyć. Trener i piłkarze dostają wypłaty tak samo jak pozostali pracownicy. Realizujemy ugody z byłymi piłkarzami. Został jeszcze problem zaległości wobec miasta za dzierżawę stadionu, ale i w tej kwestii zostanie podpisane porozumienie, które będzie satysfakcjonowało obie strony .
A wizerunek klubu? Jakiś czas temu na jego terenie znaleziono papierosy z przemytu...
- Trzeba sobie zdawać sprawę, że Towarzystwo Sportowe "Wisła" to olbrzymia organizacja i duży teren oraz kilka obiektów. Część z nich wynajmujemy podmiotom trzecim, żeby się utrzymać, bo składki członkowskie to za mało. Te firmy zobowiązują się do przestrzegania prawa, ale ja przecież nie mogę ich kontrolować. Gdy policja znalazła papierosy, natychmiast wypowiedzieliśmy umowę dotychczasowemu najemcy tych konkretnych pomieszczeń. Na szczęście nasi partnerzy i sponsorzy nie mieli wątpliwości, że to nie dotyczy klubu. Ostatnio natomiast bardziej ich interesowała próba przejęcia klubu przez niemiecką firmę.
O tę dziwną sprawę też chciałam panią zapytać.
- Był taki zapis w naszej umowie z Tele-Foniką [firma, której jedynym właścicielem jest Bogusław Cupiał - przyp. red.], że jeśli ktoś w ciągu roku po przejęciu przez nas klubu złoży ofertę kupna Wisły Kraków za minimum 40 milionów złotych, będziemy zobowiązani do sprzedaży. Ten termin upływał 23 lipca i na dzień przed pojawiła się pseudooferta. Używam tego określenia świadomie, bo była to kartka papieru z informacją, że ktoś chce kupić Wisłę za 40 milionów i jeden grosz. Był piątek po południu. Pełnomocnik Tele-Foniki zapakował tę ofertę w kopertę i przywiózł nam. Moim zdaniem specjalnie się jej nie przyglądał, wychodząc pewnie z założenia, że będzie na to jeszcze czas. Ważne było, by ją złożyć w terminie.
Co pani pomyślała o tej ofercie?
- Na pierwszy rzut oka była nieprofesjonalna. To był dzień meczowy. Postanowiliśmy ją dokładnie sprawdzić w poniedziałek. Tymczasem w nocy z piątku na sobotę cała transakcja rozegrała się w mediach. Mówiono, że nas sprzedano, że nie mamy wyboru. Zaczęliśmy więc na szybko sprawdzać owego oferenta jeszcze w weekend. Wątpliwości było coraz więcej. Ale przecież nie mogłam od razu wyjść do kibiców, którzy czekają na "bogatego wujka z Niemiec z workiem pieniędzy", i powiedzieć, że coś się nie zgadza. Przecież by mnie wyśmiali.
Przez trzy dni cały zarząd TS "Wisła" i piłkarskiej spółki razem z dyrektorem wykonawczym i rzecznikiem prasowym oraz zewnętrznymi prawnikami siedział u mnie w domu, tworząc sztab kryzysowy. Żywiła nas pobliska restauracja. Tam spotykaliśmy się z ludźmi, którzy nam pomagali w weryfikacji sytuacji. Nie chcieliśmy przychodzić do klubu, bo pracowaliśmy dzień i noc, potrzebowaliśmy spokoju, a media szalały.
I tak nas krytykowano, że trzymamy się stołków i nie chcemy oddać klubu. No i ostatecznie okazało się, że ten dokument nie jest nic wart. Nie wiadomo, po co go złożono, bo firma, która przedstawiła ofertę, parę tygodni później upadła. O tym, że ogłosi upadłość, wiedzieliśmy już w dniu zwołania konferencji prasowej, ale nie mogłam wtedy o tym powiedzieć.
Czyli wyszło na pani.
- Wyszło na moje, ale cała ta "akcja" nie była potrzebna. Firma, która chciałaby kupić Wisłę, musi być wiarygodna. Bez względu na to, czy chciałaby zainwestować w część akcji, czy w całość. Klub absolutnie potrzebuje inwestora, ale poważnego, który miałby też wizję rozwoju. Cały czas pracujemy nad tą strategią, planujemy, rozmawiamy i rozważamy oferty.
Nie ma pani czasem ochoty zrezygnować?
- Musiałabym poczuć, że nic już nie jestem w stanie dla klubu zrobić. Tylko z drugiej strony - wtedy nie wypadałoby mi odejść. Ale jeśli ludzie, z którymi współpracuję, uznaliby, że jestem złym prezesem, to wtedy bym ustąpiła.
Ale na razie pani tego nie planuje.
- Nie. Dostrzegam plusy bycia prezesem-kobietą w branży zdominowanej przez mężczyzn. Poza tym dzisiaj, po ponad roku na tym stanowisku, widzę już efekty swojej pracy i konsekwencje swoich decyzji. Wspólnie z wiceprezesem Damianem Dukatem zbudowaliśmy wspaniały zespół ludzi, którym na Wiśle zwyczajnie bardzo zależy. To nasz drugi dom. Całe nasze rodziny są w to "wmieszane".
Mam na myśli, że nas wspierają, są z nami. Lubią spędzać weekendy na stadionach. To zbliża i daje siłę. Czasem myślę, że dziewczyna Damiana i mój chłopak to święci ludzie. No, ale to też kibice. Nie kalkulują, że mało jest wolnego czasu. Takie wsparcie to wielki kapitał. Pozwala skupić się na pracy, skutecznie prowadzić negocjacje.
W kontaktach z kibicami też? Mam na myśli tych, którzy popełniają na stadionie przestępstwa.
- Mamy ogromny stadion, na którym jest 33 tysiące krzesełek. Jest na nim miejsce i dla fanatycznych ultrasów, którzy przez cały mecz krzyczą i śpiewają, pod dyrekcją gniazdowego. Potrafią to robić pięknie, czasem popełniają błędy. Zdarza im się odpalić racę. Obok jest trybuna z sektorem rodzinnym, gdzie przychodzi się z dziećmi, dalej sektor dla kibiców bardziej powściągliwych, dalej szkolny, wreszcie loża VIP. Każdy na meczu musi dostać to, po co przychodzi.
Naszą rolą jest każdą z tych grup wysłuchać i zapobiegać ewentualnym problemom. Fizycznie nie jestem jednak z stanie zapanować nad każdym kibicem. Zastanawiamy się, jak energię niektórych fanów spożytkować. Daliśmy im na przykład do pomalowania sektor rodzinny i zrobili to genialnie, tworząc bajkowe graffiti z postaciami z klubu.
Często ludzie mnie pytają, dlaczego na stadionie piłkarskim doping nie jest taki, jak na meczu siatkówki. Dlaczego są wulgaryzmy. Taka jest piłka nożna. Na całym świecie wywołuje takie skrajne emocje. Nie oduczę ludzi przekleństw.
Marzena Sarapata. Ukończyła prawo oraz studia podyplomowe z prawa autorskiego i zarządzania organizacjami sportowymi. Jest radcą prawnym. Ma tytuł Menedżera Sportu nadawany przez Ministra Sportu. Od sierpnia 2016 roku jest prezesem Wisły Kraków SA. Od czerwca 2017 roku także prezesem Towarzystwa Sportowego "Wisła" w Krakowie - właściciela piłkarskiej spółki.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU