Rozmowa
Paweł Sołtys 'Pablopavo' (fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)
Paweł Sołtys 'Pablopavo' (fot. Michał Łepecki / Agencja Wyborcza.pl)

Co się pisze łatwiej: piosenki czy opowiadania?

- Piosenki, znacznie łatwiej. Również dlatego, że tych piosenek paręset napisałem i żyję z tego od wielu lat. Literatura jest najwyższym, tak uważam, gatunkiem sztuki. W literaturze nie masz się za czym schować. W piosence jest muzyka, która pomaga, niesie, daje nastrój i buduje emocje. W opowiadaniu masz tylko tekst. Kartkę, literki i czytelnika, jeśli jakiś się znajdzie. Próbujesz opowiedzieć mu historię, i w dodatku, przynajmniej ja tak myślę o literaturze, musisz opowiedzieć mu ją tak, żeby to było piękne.

Pablopavo na Kraków Live Festival 2017 (fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta)

To po co ten trud? Nie lubisz kiedy ktoś mówi o Tobie "artysta", sam o sobie mówisz "grajek", nagrywasz świetnie przyjmowane płyty. Po co ci "Mikrotyki"?

- Teraz, jak napisałem książkę, muszę sobie wymyślić, jak o sobie mówić, żeby nie używać wielkiego słowa "pisarz".  Na poważnie: pisałem opowiadania, zanim zacząłem być muzykiem. Niektóre były drukowane, niektóre pisałem do szuflady. Umowa z wydawnictwem zmusiła mnie do tego, żeby usiąść, zebrać to, co było, napisać nowe i złożyć w książkę.

Zbiór opowiadań to nie jest chyba przepis na wydawniczy bestseller. To wciąż gatunek niszowy. Nie przeszkadza ci to?

- Ludzie najczęściej czytają dzisiaj rzeczy, które są powieściami i mają po 800 stron, a najlepiej trzy tomy. To ciekawe, bo wydawałoby się, że przy tym tempie naszego życia, które tak przyspieszyło, powinno być na odwrót. Że krótkie formy powinny ludzi interesować. Ale w wielkich powieściach możesz sobie na chwilę odpuścić uwagę. W opowiadaniu każda linijka jest ważna, to wymaga uważności, która jest trudna. Poza tym nie wyobrażam sobie siebie siedzącego dwa lata i konstruującego opowieść na 800 stron. To nie mój temperament.

Masz stałe godziny pracy jak wielcy pisarze? Wstajesz o piątej rano, piszesz zawsze do 11 i nigdy mniej niż cztery strony tekstu?

- Zawsze mnie to zawstydzało, że nie jestem tego typu człowiekiem, który siada do pracy rano, z kubkiem herbaty, i dzielnie pisze przez cały dzień. Mój wzorzec jest inny. Są piosenki, które napisałem w kilka minut. Tak było na przykład z kawałkiem "Do stu",  do którego tekst powstał w kwadrans, bo musiałem po prostu wejść do studia i go nagrać. Ale są też teksty, które zapisuję przez kilka miesięcy. Wpada mi do głowy jakiś wers, kawałek zwrotki i nie mam pomysłu co dalej. Zostawiam to sobie gdzieś w notatkach, potem dopisuję. Z opowiadaniami jest podobnie.

 

Twoje opowiadania i teksty piosenek najczęściej mówią o wielkich blokowiskach, biednych dzielnicach. Tam łatwiej o inspiracje?

- Nie chcę być nazywany głosem proletariatu, ale nie oszukujmy się: piszę w większości o ludziach biednych, o dzielnicach, o których mało kto pisze, o miasteczkach, o których mało kto mówi. Nie piszę o zamożnej wyższej klasie średniej, bo po prostu nie bardzo mnie to interesuje. To wynika w dużej mierze z mojego trybu życia. Nie mam samochodu. Jeżdżę autobusami albo przemieszczam się na piechotę. Komunikacja miejska siłą rzeczy sprawia, że jestem blisko tak zwanego "zwykłego życia miasta". Z samochodu mało co widać - jedziesz zamknięty, słuchasz muzyki, a wieczorami spotykasz się na piwo z grupą przyjaciół, w której ciągle się obracasz. Nie widzisz wtedy świata na zewnątrz. Ja żyję troszeczkę inaczej. Stąd się biorą pomysły na piosenki i opowiadania - z tego, co widzę. Wsiadam na przykład w autobus na Targówek, jadę do ostatniego przystanku, a potem szwendam się po dzielnicy, zaglądam, słucham, patrzę. Gdybym był bardzo zamożnym człowiekiem i poruszałbym się dobrym samochodem między siłownią, korporacją a prywatnym przedszkolem, widziałbym znacznie mniej.

Poeta w autobusie. Czyli jednak jesteś trochę "głosem proletariatu".

- Nie.  Żeby była jasność - jak na swoje potrzeby żyję dostatnio, nie narzekam, chociaż był czas, kiedy żyłem bardzo biednie. Mieszkałem na Starym Grochowie i gdyby nie pomoc kolegów i rodziny, to pewnie nie bardzo miałbym co jeść. To pomogło mi wyrobić normalne spojrzenie. Jestem normalnym mieszkańcem tego miasta, nie zblazowanym, nie chodzącym na rauty i bankiety. Co nie znaczy, że raz na pół roku nie pójdę, jak dostaję jakąś nagrodę, żeby mi ktoś potem nie wypominał.

Czujesz się tam obco?

- To zależy, co to jest za impreza, ale często tak. Kiedy wręczano mi Paszport "Polityki", czułem się doceniony i to było bardzo miłe. Ale już na późniejszej imprezie, gdzie byli politycy i ludzie z showbiznesu, kompletnie nie mogłem się odnaleźć. Zebraliśmy się stamtąd i pojechaliśmy na Ochotę pić piwo do mieszkania kolegi. Ten świat po prostu mało mnie ciekawi. Może gdybym był jeszcze zgryźliwym satyrykiem, ciekawie byłoby to opisać. Ale nie jestem. Ja mam miłosno-liryczny stosunek do swoich bohaterów, a w tym świecie blichtru trudniej mi go poczuć.

Pablopavo we Wrocławiu, 2017 r. (fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Żyjemy podobno w Polsce podzielonej jak nigdy. Czujesz, że świat bohaterów twoich opowiadań i piosenek i ten z warszawskich rautów to rzeczywiście dwa bieguny?

- Ten świat podziału jest nieco sztuczny. Większość naszej klasy średniej dwie raty kredytu dzielą od bezdomności. Mnie zawsze zniesmaczał i irytował taki rodzaj pogardy, który się w Polsce wyprodukował wobec ludzi, którym się nie udało. Którzy się nie załapali na zmiany transformacji w latach 90. To widać bardzo w popkulturze: w telewizji, serialach, filmach. Jeśli tam pokazuje się biedniejszych ludzi, to najczęściej w postaci jakiegoś kuriozum. Wiesz, pośmiejmy się z tych ludzi z Pragi, którzy mają śmieszne życie, śmiesznie mówią i na pewno codziennie piją wino pod sklepem. Co nie znaczy, że ludzie na Pradze nie piją wina pod sklepem. Ale to jest stygmatyzacja i nie do końca prawda. Ten świat wygląda inaczej, nie jest taki prosty. Jeśli czegoś się boję, pisząc o tym świecie, to tego żeby nie popaść w etnografizm, że ja przyjeżdżam na Grochów i patrzę na tych ludzi jak Malinowski na dzikich. Ale mieszkałem tam wiele lat, dotknąłem tego życia. Mój czytelnik i słuchacz może mieć wszelakie poglądy, poza faszystowskimi.

Bardzo wiele z Twoich opowiadań to powroty do przeszłości, najczęściej lat 90. Podobnie jest z tekstami. To tęsknota za młodością czy rzeczywiście była to wyjątkowa dekada?

- Piotrek Czerski napisał kiedyś takie zdanie, że żyje się tylko do 18. roku życia. Potem się już tylko przetwarza. I coś w tym jest. Wszelkie emocje, miłosne, erotyczne, ale i ideowe, zderzanie się z niesprawiedliwością, z okrucieństwem - to wszystko jest najmocniejsze, kiedy jesteś młody. Kiedy wraca się do tamtych emocji, to udaje się jakiś odłamek prawdy zapisać bez blazy i niepotrzebnego cynizmu. To przez lata narasta w człowieku, bo gdyby nie narastało, pewnie byśmy oszaleli. Z drugiej strony, gdyby te wszystkie emocje zapisywać wtedy, byłoby to pewnie nieznośnie pretensjonalne, jak to bywa w młodym polskim hip-hopie. Trzeba przeżyć jeszcze 20 lat, żeby móc ubrać to w formę. Kiedy pisałem opowiadania w wieku 28 lat, było w nich mnóstwo buty, przekonania, że coś wiem na pewno. Dzisiaj mam prawie 40 lat i wiem coraz mniej rzeczy na pewno. Więcej gromadzę emocji i informacji, ale mam coraz mniej recept i rozwiązań dla codzienności. 

 

Cynizmu też masz coraz mniej?

- Nie można dać się obezwładnić cynizmowi, bo to prosta droga do zostania w życiu skurwysynem. Coraz częściej szukam w ludziach,  których dawniej określiłbym jako złych, drugiej strony. Życie jest paskudne i bardzo trudno je przeżyć, każdemu. Jest takie angielskie powiedzenie: "Nigdy nie wiesz, kto z kim walczy w środku, bądź miły". Dlatego staram się być czuły dla moich bohaterów, nie oceniać ich. Cała wielka literatura, którą kocham, wszystkie wielkie filmy są o tym - człowiek jest wzruszający, śmieszny, bezbrzeżnie słaby, a chwilami zadziwiająco silny. Jesteśmy białkowymi komputerami, które wszystko potrafią zniszczyć, ale też zdarza się nam napisać IX Symfonię albo dać komuś bezinteresowną miłość. To złożenie jest fascynujące.

Piszesz bardzo dużo o Warszawie. Tej dawnej i współczesnej. Wiele się w niej zmieniło?

- Nie ma kina Moskwa i Supersamu. Nie chciałbym popadać w sentymentalizm, ale nie ma też już takiej wspólnoty z ludźmi jak kiedyś. Nasz tryb życia w ciągu ostatnich 30 lat bardzo się zmienił. Kiedyś można było się spotkać w pięć osób i cały wieczór słuchać muzyki i nie przeglądać telefonów. Dzisiaj to nierealne. Tęsknię za przeżywaniem rzeczy w odosobnieniu. Ciągle robimy mnóstwo rzeczy naraz, prawie nikt nie słucha już muzyki dla samej muzyki, zawsze w tle, w samochodzie, przy komputerze, do biegania.  Sam to widzę po sobie: trudniej mi się skupić na książce i czytać ją siedem godzin bez przerwy jak kiedyś. Teraz po dwóch godzinach mam ochotę sprawdzić, czy ktoś do mnie nie napisał na Facebooku.

Początek lat 90. był też w Warszawie znacznie bardziej niebezpieczny. To początek mafii, można było dostać w ryj o wiele łatwiej niż dzisiaj, podbite oko nikogo nie dziwiło, znacznie silniejsze były podziały na subkultury. Z drugiej strony, na moim podwórku byli punkowcy, skinheadzi, dresiarze i ja, lekko hipisujący typ z długimi włosami. I nigdy nie spotkało mnie tam nic złego. Ludzie w wieku nastu lat wpadali w subkultury i ideologię, ale przecież jeśli od siódmego roku życia klepałeś z kimś nudę na podwórku, kopałeś z nim piłkę i odpalałeś bączki z saletry, nie zaczniecie się nagle prać po buzi tylko dlatego, że on jest skinheadem, a ty masz długie włosy.

Książka Pawła Sołtysa 'Mikrotyki' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. materiały prasowe / Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Subkultury kiedyś były podstawą do tożsamościowej identyfikacji. Dzisiaj to prawie nie istnieje.

Podobnie jak na przykład podziały na dzielnice. Kiedyś po samej gwarze można było wytypować, czy ktoś jest z Woli, Mokotowa czy Pragi. Nie mówiąc już o modzie. Praski sznyt naprawdę był zauważalny. Wiele osób mi to mówiło, a jeśli jesteś z Warszawy, to sam wiesz: kiedyś jak człowiek z lewej strony Wisły wysiadał na Targowej, to wszyscy od razu widzieli, że jest przyjezdny. Pamiętam, że po kilku latach mieszkania na Grochowie przyjechałem do rodzinnego domu. Mój tata spojrzał na mnie od dołu do góry i zauważył: "Ty się już nawet tak ubierasz". Kaszkiet, bluza od dresu, sportowe buty. Dzisiaj to znika. Z jednej strony to dobrze, bo coraz mniej jest w mieście gett. Z drugiej - trochę szkoda tej wyjątkowości, odrębności i faktu, że jadąc jednym autobusem przez miasto mogłeś odwiedzić kilka różnych światów. Książkę Pawła Sołtysa "Mikrotyki" w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Paweł Sołtys. Ur. 1978. Muzyk, autor piosenek. Jako Pablopavo wydał kilkanaście płyt, zagrał około tysiąca koncertów. Studiował rusycystykę, ale studiów nie ukończył. Jego opowiadania ukazywały się w "Lampie", "Ricie Baum", "Studium". Mikrotyki są jego prozatorskim debiutem.

Bartosz Janiszewski. Dziennikarz i scenarzysta. Autor biografii Stanisława Grzesiuka "Grzesiuk. Król Życia", scenarzysta drugiego sezonu Watahy. Przez wiele lat członek redakcji tygodnika "Newsweek", potem "Wprost". Pisze przede wszystkim reportaże i teksty społeczne. Laureat festiwalu scenarzystów Script Fiesta, nominowany do nagród Grand Press i MediaTory. Zakochany w Warszawie, zafascynowany podróżami.