Rozmowa
Jacek Kawalec w Płocku. Prowadzenie ''Randki w ciemno'' dało mu ogromną popularność (fot. Piotr Augustyniak / Agencja Wyborcza.pl)
Jacek Kawalec w Płocku. Prowadzenie ''Randki w ciemno'' dało mu ogromną popularność (fot. Piotr Augustyniak / Agencja Wyborcza.pl)

Mówi pan o sobie "ten koleś z "Randki w ciemno"".

- Jestem aktorem, a to była jedna z moich ról. Po prostu zgłosiłem się na casting i wygrałem go. Nie było to trudne, bo główną decyzję podejmowali Anglicy z firmy Fremantle, która sprzedawała Telewizji Polskiej ten format. Wie pani, to był początek lat 90., kiedy znajomość języka angielskiego w Polsce nie była tak powszechna jak dzisiaj.

Było to dokładnie 25 lat temu.

- Na casting - choć właściwie nie używało się wtedy jeszcze tego słowa - przyszło wielu chętnych. To był nabór na prowadzącego program telewizyjny. Przyjechałem między innymi i ja, namówiony przez żonę i jej przyjaciółkę. A ponieważ znałem angielski, porozumiałem się z tymi Anglikami. Opowiedziałem im parę dowcipów. Chyba nawet je zrozumieli.

I się zaśmiali?

- Tak.

A po nich powiedzieli: "Jacek, bierzemy cię?".

- Powiedziałem dowcip po angielsku, ale z akcentem latynoskim. I to im się bardzo spodobało.

Jacek Kawalec w TVP w 2009 roku (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Czyli zdecydowała nie tylko znajomość angielskiego, ale i talent.

- Skończyłem szkołę aktorską w 1984 roku, a w 1992 roku byłem na etacie w Teatrze Polskim, u Kazimierza Dejmka, gdzie grałem Szekspira, Fredrę czy Słowackiego. Pamiętam, że kiedy wygrałem casting do "Randki w ciemno", równocześnie wcielałem się w rolę Władzia w "Ślubie" Gombrowicza. Zbigniew Zapasiewicz grał wtedy ojca. Ale do teatru przychodziło coraz mniej ludzi, a "Randkę w ciemno" oglądało ich coraz więcej, więc... Jeśli ktoś pojawia się co tydzień przez sześć lat jako prowadzący program w telewizji publicznej, to siłą rzeczy staje się popularny.

Zachłysnął się pan telewizją?

- W żadnym razie. Już wcześniej, jako początkujący aktor bywałem na Woronicza. Grywałem tam w teatrze telewizji i w serialach robionych przez TVP. Byłem wtedy bardzo młodym ojcem kilkuletniej córeczki i żebyśmy mieli gdzie mieszkać, musieliśmy z żoną ciężko pracować. Co roku, wykorzystując przerwy w teatrze, jeździłem na saksy za granicę. Moja gaża wynosiła w teatrze w przeliczeniu 10 czy 12 dolarów miesięcznie, więc sama pani rozumie...

Jechałem więc do Norwegii, gdzie na farmie robiłem wszystko, od zbierania truskawek po wypas bydła z czyszczeniem obory włącznie. Albo do Nowego Jorku, gdzie pracowałem fizycznie po 16-17 godzin na dobę, rozwożąc pizzę albo pracując na myjni samochodowej. Zresztą wcześniej, gdy rzuciłem pracę w innym teatrze, żyłem przez jakiś czas z malowania ludziom mieszkań. Malarz zarabiał wtedy dużo więcej niż aktor po studiach.

Widzę, że porusza się pan biegle w wielu dziedzinach.

- W Nowym Jorku miałem najpierw dostać pracę na budowie, ale jak się dowiedzieli, że po paru tygodniach chcę wrócić do Warszawy, bo dostałem dużą rolę w Teatrze Polskim, to się popukali w czoło. "My cię tu nauczymy strugać deski, a ty sobie za chwilę wyjedziesz" - powiedzieli. I w trzy dni złapałem kilka innych zajęć. Na przykład do późna pracowałem w fast foodzie, a wcześnie rano już biegłem do ciastkarni.

Jacek Kawalec w 2016 roku. Został wtedy odtwórcą roli Jana Pawla II w musicalu 'Karol' (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

W ogóle pan nie sypiał?

- Rzeczywiście spałem wtedy mało. W tej ciastkarni stałem kiedyś z garnkiem z gorącym olejem, do którego wlewałem specjalnym urządzeniem ciasto na pączki. Zasnąłem na stojąco i obudziłem się chwilę przed tym, zanim dotknąłem tego tłuszczu twarzą. Gdyby nie to, pewnie mógłbym potem grywać tylko dzwonnika z Notre Dame.

No i nie wystąpiłby pan w "Randce w ciemno". Jak pan dziś ocenia udział w tym programie - to była dla pana szansa czy przekleństwo?

- Nie mogę o nim mówić źle, bo przecież dał mi rozpoznawalność.

Jacek Kawalec w programie ''Randka w ciemno'' (fot. youtube)

A także stałe źródło dochodu, co dla aktora teatralnego też było ważne.

- Nie tak do końca stałe. Nie podpisywałem kontraktu na cały sezon, miałem oddzielną umowę na każdy odcinek. Nagranie programu zajmowało mi jakieś 2-4 dni w miesiącu. Owszem, mam świadomość olbrzymich mankamentów "Randki w ciemno", ale i tego, że miała niezbywalną zaletę - prostotę. Podczas pracy przy tym formacie miałem jednak trochę pretensje do realizatorów, że uparli się, by wymyślać uczestnikom teksty, które mówią do kamery. Stąd sztuczność programu, którą dziś widzę. A brała się ona z tego, że panie redaktorki w TVP uparły się, żeby ludzie mówili wyłącznie poprawną polszczyzną. Można było zamiast tego poszukać ciekawych ludzi, którym nie trzeba by pisać głupawych tekstów i byłoby naturalniej.

Zgadzam się, ale ja i tak oglądałam każdy odcinek z panem w roli głównej.

- Problem w tym, że główną rolę grali uczestnicy, a nie ja. Ale rzeczywiście widzowie tak to postrzegali.  I czasem zaczepiali mnie na ulicy z pretensjami, dlaczego ludzie w tym programie tak sztucznie mówią. A ja musiałem się tłumaczyć, że jestem tylko prowadzącym. Swoją drogą, wtedy posadzenie człowieka przed kamerą, nawet wykształconego, powodowało u niego paraliż. Martwił się, że źle wypadnie. I zamiast usłyszeć w studiu coś śmiesznego, z reżyserki padało: "No niech się pan uśmiechnie, co pan taki poważny". Wtedy ja opowiadałem temu człowiekowi kawał, zapominał o włączonej kamerze i zaczynał się naprawdę uśmiechać. Wtedy byłem jednak sztorcowany, że rozpraszam.

 

Może chociaż dostawał pan potem listy pełne wdzięczności od uczestników, którym udało się dzięki programowi znaleźć miłość?

- Ten program to była przede wszystkim zabawa. Trudno na podstawie trzech pytań i trzech odpowiedzi wybrać partnera do życia. Ale kilka takich sytuacji się zdarzyło, byłem nawet na jednym ślubie.

Powiem pani jako ciekawostkę, że byłem w Wielkiej Brytanii, by podglądać, jak ten format powstaje tam. Prowadziła go Cilla Black, nieżyjąca już eksgwiazda muzyki pop. Mówię eks, bo praca w telewizji przyćmiła jej karierę wokalną. Tam głównie skupiano się na lepszym doborze kandydatów do programu. Na przykład każda z trzech dziewczyn wyglądała inaczej. Było różnorodnie. W dodatku cała czwórka pochodziła z tej samej okolicy. Jeśli się więc sobie spodobali, mogli się spotykać także po randce zorganizowanej w programie. A u nas dziewczyna była spod Szczecina,  chłopak spod Rzeszowa. Na początku lat 90. mało kto miał przecież telefon komórkowy, nie było też internetu, dużo trudniej było im się spotykać.

W dodatku kiedy telewizją rządziła bardziej prawicowa opcja polityczna, słyszałem: "Kawalec, nie pytaj o te sprawy damsko-męskie, bo nie wypada". A przecież ludzie oglądali ten program dlatego, że się nazywał "Randka w ciemno". Chcieli się dowiedzieć, czy para się w sobie zakochała. Cilla nie była nachalna, ja też starałem się być taktowny. Nie próbowałem tych ludzi na siłę ze sobą łączyć. Ale takie pytania nasuwały się same.

Jak to wyglądało w wersji brytyjskiej?

- Była na przykład para 40-latków. Ona mówiła, że on jest fajny, ale nie zwiąże się z nim, bo nie pasuje na ojca jej dzieci. Ale że na pewno pójdzie z nim jeszcze raz do łóżka, bo jest dobry w tych sprawach. Taka wypowiedź w telewizji publicznej w latach 90. byłaby nie do pomyślenia! Pomijając fakt, że po takiej wypowiedzi pani nie mogłaby wrócić do swojej miejscowości, bo wytykaliby ją palcami.

U nas zdarzały się za to wręcz chamskie wypowiedzi. Ktoś rzucił: "Ona jest wstrętna, w ogóle mi się nie podoba".

Widzowie byli tego świadkami?

- Nie pamiętam, czy ostatecznie trafiło to do programu. Ale myślę sobie, że gdyby dziś takie wypowiedzi padły w podobnym programie w komercyjnej stacji, to wręcz byłyby potraktowane jako walor.

Po "Randce w ciemno" telewizje sięgają po podobne produkcje. W TVN był "Ślub od pierwszego wejrzenia", a w TVP "Rolnik szuka żony".

- Sięgają, to prawda. Uważam jednak, że podporządkowanie ważnej decyzji życiowej jakiejś głupawej zabawie telewizyjnej to strategia kamikadze.

Rozumiem, że pan poznał żonę w innych okolicznościach.

- W teatrze. Była kierownikiem literackim.  

Jacek Kawalec w programie Polsatu ''Twoja twarz brzmi znajomo'' (fot. M.Zawada / TTBZ)

Romantycznie. W scenerii szekspirowskiej?

- Na próbie do "Kramu z piosenkami" Leona Schillera w Teatrze Komedia. Jesteśmy razem od 32 lat. To więcej niż pół mojego życia. Mamy córkę Kalinę, od 9 lat mieszkającą w Londynie. Skończyła dziennikarstwo, ale jak próbowała znaleźć pracę w jakiejś stacji, to słyszała, że tatuś jej coś załatwił. Tymczasem o jej pracy w TVN dowiedziałem się, gdy przyszła zrobić o mnie materiał na próbę "Tańca z gwiazdami".

Za granicą była kelnerką, menedżerką w restauracji. W końcu trafiła do firmy, która zajmuje się produkcją efektów wizualnych do filmów. W zeszłym roku cała ekipa dostała Oscara za efekty dla "Księgi dżungli". Syn Kajetan właśnie zdał maturę i wybiera się na logistykę mediów. Lada dzień pojedzie do Kaliny do Londynu, gdzie siostra załatwiła mu pracę w gastronomii. Jestem za tym, żeby popracował i zobaczył, jak wydaje się zarobione przez siebie pieniądze.  

Skoro mowa o pieniądzach, to wygrał pan jeden z odcinków show Polsatu "Twoja twarz brzmi znajomo". Zgodnie z formułą programu przeznaczył pan zdobyte 10 tysięcy złotych na cel charytatywny.

- Wsparłem Dom Niewidomego Dziecka na Saskiej Kępie. Znam to miejsce i odwiedzam je, gdy tylko znajdę czas. Zresztą chodzimy tam razem z żoną. Pamiętam, że kiedy przed laty poszedłem tam pierwszy raz, trudno mi było wydobyć z siebie słowo. Te dzieciaki są potwornie doświadczone przez los. Okaleczone, porzucone przez rodziców. Czasem dla nich śpiewam.

Jacek Kawalec na urodzinach Jana Machulskiego w 2008 roku (fot. Radosław Jóźwiak / Agencja Gazeta)

Wyraźnie się pan wzruszył.

- Wrażliwość jest w tym zawodzie potrzebna. A jednocześnie trzeba mieć dużą odporność i, jak się mówi, skórę nosorożca. Choć podobno skóra nosorożca jest tak naprawdę bardzo delikatna.

Jacek Kawalec . Aktor, konferensjer, wokalista. Przez sześć lat prowadził "Randkę w ciemno" w TVP1. Program przyniósł mu ogromną popularność. Wystąpił w "Tańcu z gwiazdami" TVN i "Twoja twarz brzmi znajomo" Telewizji Polsat. Koncertuje z recitalem "Joe Cocker - śpiewa Jacek Kawalec". Żonaty, ma dwoje dzieci. Lubi sport i wyprawy pod namiot.

Angelika Swoboda . Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.