Pięć lat od rozpoczęcia wojny w Syrii mieszkańcy zniszczonego Aleppo, kiedyś największego syryjskiego miasta, przygotowują się na oblężenie. Khalid, Subhi i Mahmoud, główni bohaterowie filmu "Ostatni w Aleppo", to członkowie Białych Hełmów, czyli tzw. Syryjskiej Obrony Cywilnej, która pomaga ofiarom bombardowań. Uratowali do tej pory ponad 60 tysięcy osób, najczęściej wyciągając ludzi spod gruzów gołymi rękami.
Film Firasa Fayyada zdobył szereg nagród na festiwalach na całym świecie, w tym Nagrodę dla Najlepszego Filmu Dokumentalnego na tegorocznym festiwalu filmowym Sundance oraz aż cztery nagrody na Millennium Docs Against Gravity, w tym Grand Prix - Nagrodę Banku Millennium, Nagrodę Dokumentalną Warszawy, przyznawaną przez publiczność, Grand Prix Miasta Gdyni i Art Doc Award Bydgoszcz.
Małgorzata Steciak: Zrobienie tego filmu wymagało niezwykłej odwagi. Filmowanie w Aleppo było zadaniem niemal niewykonalnym. Ty i twoja ekipa wielokrotnie narażaliście dla tego projektu życie.
Firas Fayyad:
Nie da się ukryć, znajdowaliśmy się w samym centrum oblężonego miasta. Byliśmy jednak zdeterminowani, by kręcić nawet pod groźbą utraty życia, żeby pokazać światu, co dzieje się w Syrii. Dokumentowaliśmy wojnę z przekonaniem, że zgromadzony przez nas materiał stanie się świadectwem, które przy odrobinie szczęścia zdoła poruszyć sumienia ludzi. Wierzyliśmy, że dzięki temu zostanie po nas jakiś ślad, dowód na zbrodnie Asada.
Wojna wciąż trwa w Aleppo i innych miastach Syrii i nie zanosi się, by wkrótce miała się skończyć. Białe Hełmy są dla mieszkańców Aleppo żywym wcieleniem nadziei. Kiedy twoją codziennością stają się spadające z nieba bomby, a twoi bliscy umierają każdego dnia, widok mężczyzny wyciągającego ze zgliszczy dziecko niesie ze sobą potężny emocjonalny przekaz. Wiara, że w razie najgorszego ktoś uratuje twoje dzieci albo przynajmniej pomoże ci odzyskać ich ciała, daje ci siłę, by przeżyć kolejny dzień.
Nie pierwszy raz ryzykowałeś w ten sposób. Po wybuchu wojny w 2011 roku zostałeś aresztowany i spędziłeś kilka miesięcy w więzieniu.
- Jeszcze przed wybuchem wojny pracowałem nad dokumentem poświęconym wolności słowa w Syrii. Chciałem zacząć od lat 70., kiedy dochodziło do pierwszych starć między Syryjczykami a władzą. Hafiz al-Asad, ojciec obecnego prezydenta Baszara al-Asada, zbombardował w lutym 1982 roku Hamę, jedno z najstarszych miast w Syrii, o którym wzmianki pojawiają się jeszcze w Biblii, i kompletnie zrównał ją z ziemią. Hama była wówczas ważnym ośrodkiem powstania islamistów (skierowane przeciwko Hafizowi al-Asadowi i rządzącej partii BAAS - przyp. red.). W trakcie antyrządowych zamieszek zginęło tam kilkadziesiąt tysięcy osób. Ta tragedia została wykreślona z kart historii Syrii, a zbrodnie ojca przeciwko narodowi syryjskiemu kontynuuje teraz syn, który jest tak samo bezkarny.
Konflikt obywateli z rządem sięga więc kilkadziesiąt lat wstecz, to nie jest coś, co pojawiło się znikąd sześć lat temu. Próbowałem zrobić film o znaczeniu wolności słowa w kraju, w którym rząd kontroluje każdy aspekt życia obywateli. W międzyczasie w 2011 roku wybuchła rewolucja, która przekształciła się w konflikt zbrojny. Dla nas to był początek walki o demokrację, wolność, równość.
Niedługo później zostałem po raz pierwszy aresztowany. Wzięli mnie za szpiega, zniszczyli większość materiałów i torturowali tylko dlatego, że jestem filmowcem i studiowałem w Europie. Widziałem straszne rzeczy. Trzymali mnie w więzieniu przez trzy miesiące bez dostępu do światła, obcięli mi włosy, wyrywali paznokcie, kazali chodzić po ciałach zamordowanych więźniów. Za drugim razem było gorzej, trwało to osiem miesięcy. Te doświadczenia wyłącznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę opowiedzieć reszcie świata o tym, co się tutaj dzieje. Ludzie, którzy przeszli przez to piekło, którym odebrano godność i w końcu życie, zasługiwali na to, by ktoś stał się ich głosem, oddał im sprawiedliwość. Byłem zdeterminowany, by skończyć mój film. Niestety, nie udało się, większość materiałów została skonfiskowana przez władzę. Ale z tej niezgody na świat, na to zezwierzęcenie narodzili się właśnie "Ostatni w Aleppo".
Głównymi bohaterami "Ostatnich w Aleppo" są Khalid, Subhi i Mahmoud, członkowie Białych Hełmów, czyli tzw. Syryjskiej Obrony Cywilnej. Jak ich poznałeś?
- Szukałem ludzi, którzy kochają życie, na przekór wojnie i otaczającej ich śmierci. Właśnie taki był Khalid. Przypominał mi trochę Roberta De Niro - czarujący, ciepły, przezabawny facet, który czerpał z życia pełnymi garściami. Nie sposób było go nie polubić. Spotkanie z nim mnie uratowało. Kiedy wyszedłem z więzienia, cały mój świat składał się ze śmierci i cierpienia, byłem wrakiem człowieka. Wielu moich kolegów nie poradziło sobie z tym ciężarem, część z nich popełniła samobójstwo. Jak tlenu potrzebowałem normalności, musiałem przypomnieć sobie, że w życiu jest jeszcze miejsce na nadzieję. Czerpałem ją z twarzy mijających mnie na ulicy ludzi, obserwacji mowy ich ciała. Szukałem sensu w najprostszych codziennych czynnościach. Oglądałem kiedyś francuski film o mężczyźnie, który traci radość życia i chce popełnić samobójstwo. Zanim jednak odbierze sobie życie, postanawia wstąpić do kawiarni na ostatnią filiżankę kawy. Piękna dziewczyna przynosi mu gorący napój, a kiedy on wypija pierwszy łyk, zaczyna dostrzegać, że ten świat, który jeszcze przed chwilą wydawał mu się nie do zniesienia, nabiera barw. Wracałem myślą do tej sceny wiele razy podczas wojny. Kiedy każdy dzień jest naznaczony niepewnością i strachem o życie naszych bliskich, czasami od popadnięcia w rozpacz może uratować cię coś tak banalnego jak smak kawy. To coś, co przypomina ci, że niezależnie od okoliczności życie może być piękne, że warto je kontynuować.
Jak wygląda sytuacja Białych Hełmów dzisiaj?
- Po upadku Aleppo w grudniu 2016 r., około 120 wolontariuszy Białych Hełmów zostało zmuszonych do opuszczenia miasta. Niektórzy z nich zostali aresztowani, reszta kontynuuje swoją pracę w położonym nieopodal Idlib i okolicach. Do tej pory członkowie Białych Hełmów uratowali ponad 60 tysięcy ludzi. Sam Khalid własnoręcznie wyciągnął z gruzów trzy tysiące osób.
W twoim filmie widać, jak szybko zaczyna się wojna, a pokój i dobrobyt, który w Europie wciąż mamy za pewnik, mogą zniknąć w mgnieniu oka. Niegdyś tętniące życiem Aleppo zamienia się w zgliszcza, w których ostatni mieszkańcy na przekór wszystkiemu usiłują prowadzić codzienne życie.
- Wojna może zdarzyć się wszędzie. To, co dzieje się w Aleppo, jest nie do opisania. Trudno sobie wyobrazić, że dookoła ciebie nie ma choćby jednego miejsca, które byłoby bezpieczne. Wojna stała się codziennością, czymś, do czego wszyscy się już przyzwyczaili. Dla mnie jednak "Ostatni w Aleppo" nie są wyłącznie dokumentem o ogromie zniszczeń, jakich dokonała wojna. Podczas realizacji zdjęć przyświecał nam jeden cel - chcieliśmy pokazać walkę o człowieczeństwo i przyzwoitość w nieludzkich czasach. To ona motywuje i napędza bohaterów, pozwala im przetrwać. Chciałem uniknąć w swoim filmie publicystycznego tonu i opowiedzieć o zwyczajnych ludziach żyjących w samym środku tego piekła. O ich codzienności, planach i marzeniach w świecie, w którym możliwości są wyjątkowo ograniczone.
Postanowiliśmy, że kamera musi towarzyszyć bohaterom na każdym kroku. Skupiać swoją uwagę nie na wojnie, destrukcji i zgliszczach, ale na twarzach mężczyzn żyjących wśród nich. "Ostatni w Aleppo" to historia męża, ojca, brata, przyjaciół w oblężonym mieście, której esencją nie jest cierpienie, choć ten świat jest nim przepełniony. Khalid i jego towarzysze są w gruncie rzeczy zwyczajnymi facetami walczącymi o swoją przyjaźń, rodziny i ideały. O tym jest ten film.
Zapadła mi w pamięć szczególnie jedna scena, w której Khalid pewnego dnia postanawia z kolegami kupić sobie rybki. Miasto jest oblężone, brakuje pożywienia i leków, ludzie wiedzą, że każdego dnia mogą stracić życie, a on biega po gruzach Aleppo w poszukiwaniu idealnej złotej rybki.
- Któregoś wieczoru mój operator zadzwonił do mnie zdziwiony i powiedział, że Khalid postanowił, że kupi sobie rybki. Zapytał, czy powinien mu towarzyszyć, czy to jakiś żart. "Czy to jest w ogóle dla nas ważne?", dodał niepewnie. Przecież trwa wojna, ludzie umierają z głodu, nie mają gdzie mieszkać, a on się wygłupia i będzie szukał sobie rybek w ruinach miasta. Rybek, dodajmy, ozdobnych, których nie można zjeść. Kiedy to usłyszałem, doznałem olśnienia. "To jest nasza historia", powiedziałem mu z przekonaniem i poprosiłem, by nakręcił tę scenę. I faktycznie, w zgliszczach Aleppo znaleźliśmy sprzedawców złotych rybek. Absurdalne, prawda? I właśnie to jest dla mnie esencja tego filmu. Ludzie się nie poddają, zawsze będą kochać życie i szukać w nim piękna, nawet kiedy dookoła trwa wojna, która wydobywa na wierzch to, co w człowieku najgorsze.
Tymczasem mieszkańcy Aleppo, pozbawieni schronienia i pożywienia, nie zaczynają mordować się nawzajem na ulicach. Dzielą się jedzeniem, pomagają sobie, wydobywają swoich sąsiadów spod gruzów gołymi rękami. Kupują rybki, bo mają plany na przyszłość, bo tutaj jest ich dom. Nie chcą umierać, nie chcą uciekać. Dla mnie to najbardziej ludzki odruch, na jaki można się zdobyć w takiej sytuacji. Można zrzucać na ludzi bomby, mordować ich bliskich, odebrać im wolność i godność, ale nigdy nie uda się stłamsić ich radości życia.
Mówisz o wierze w dobro i ludzką przyzwoitość, ale twoi bohaterowie czują, że świat się od nich odwrócił. Gdzie jest człowieczeństwo tych, którzy powinni pomóc? Tych, którzy zamykają przed uchodźcami granice i uważają, że wojna w Syrii to nie jest ich problem?
- Nie mam pojęcia. Może ty wiesz?
Sama, słuchając wypowiedzi mojego rządu i niektórych ludzi na temat tej wojny, zadaję sobie podobne pytanie.
- Trzeba oddzielić rządzących od ludzi. Jestem przekonany, że człowiek jest z natury dobry i każdy próbuje pomóc na tyle, na ile może. Ja dostrzegam człowieczeństwo w ludzkiej solidarności, która jest silniejsza niż uprzedzenia. W takich inicjatywach jak Białe Hełmy właśnie, w pracy organizacji humanitarnych czy rzetelnych dziennikarzy relacjonujących działania wojenne. Kiedy świat odwraca się od ciebie plecami, łatwo wpaść w rozpacz, złość, poddać się. Syryjczycy poczuli, że muszą być solidarni, muszą trzymać się razem. Udowodnić sobie, że tak naprawdę nie są sami, że mogą stawić czoła złu.
Myślisz, że twój film zdoła zmienić nastawienie ludzi mniej wrażliwych na problemy uchodźców? Że pomoże im zrozumieć, że pomoc ofiarom wojny jest naszym moralnym obowiązkiem?
- Mam taką nadzieję. Kiedy zaczynałem pracę nad "Ostatnimi w Aleppo", bardzo długo musiałem namawiać moich bohaterów, by zgodzili się wziąć udział w tym projekcie. Nie było to dla nich komfortowe, czuli, że pokazywanie ich pracy przed kamerą byłoby uznane za popisywanie się. A oni nie ratują ludzi dla poklasku czy sławy, chcą po prostu pomagać. Przekonałem ich dopiero, kiedy wytłumaczyłem, że ten film może stać się świadectwem, którego siły nie sposób przecenić. Pokazując zbrodnie reżimu Asada i bohaterów, którzy walczą o zachowanie człowieczeństwa w tych nieludzkich czasach, mamy szansę realnie wpłynąć na losy Syrii. Chciałbym, żeby widzowie mogli zobaczyć w bohaterach "Ostatnich w Aleppo" odbicie swoich bliskich, przyjaciół. Czy ten film zmieni ich nastawienie? Pewnie nie, ale mam nadzieję, że pomoże im przynajmniej zrozumieć, że Syryjczycy są takimi samymi ludźmi jak oni. Jedyne, co nas różni, to okoliczności. Oni po prostu uciekają przed wojną, bo jedyną alternatywą jest śmierć.
Khalid mówi w pewnym momencie, że woli zginąć ze swoją rodziną w Aleppo, niż skazywać swoje dzieci na piekło, jakim jest próba ucieczki przez Morze Śródziemne.
- Większości z nich wojna zabrała rodziców, mężów, żony, dzieci, braci. Każdy, kto decyduje się na ucieczkę z Syrii, stracił już wiele. Ci ludzie nie dlatego toną na Morzu Śródziemnym, by szukać w Europie lepszego życia. Oni już mieli swoje życie, swój kraj, który został im odebrany. Oni walczą o przeżycie. I kiedy wojna się skończy, będą chcieli wrócić do domu, do siebie.
Nakręcanie lęku przed uchodźcami to element gry politycznej, mającej na celu podzielenie Europy. Nie wierzcie, że to uchodźcy doprowadzą jakikolwiek kraj do katastrofy. Mówię z doświadczenia - Syria, która jest niewielkim państwem, przyjęła na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat uchodźców nie tylko z sąsiadujących z nią - Iraku, Palestyny, Libanu, ale także z Grecji czy Cypru. I nigdy nie traktowaliśmy uciekinierów jako zagrożenia, nie odczuwaliśmy, że przyjechali do nas, by nam coś zabrać. Umieliśmy ze sobą żyć w pokoju. Głupio mi o tym mówić w taki sposób, ale kiedy była potrzeba, wyciągnęliśmy rękę do naszych sąsiadów i Europejczyków. Dzisiaj to my potrzebujemy pomocy.
Wierzysz, że w Syrii w niedalekiej przyszłości zapanuje pokój?
- Muszę w to wierzyć. Jednak nie mówię tu wyłącznie o zawieszeniu broni czy przywróceniu status quo sprzed wojny. Wówczas nawet jeżeli pokój zapanuje w Syrii, to nie będzie to to samo państwo co wcześniej. Jeżeli morderca wciąż będzie rządził i nie odpowie za swoje zbrodnie, ludzie będą pielęgnować w sobie poczucie niesprawiedliwości. Tylko kiedy Asad zostanie osądzony za wyrządzone swoim rodakom krzywdy, w moim kraju będziemy mogli mówić o prawdziwym pokoju.
Dlatego tak mocno wierzę, że każdy widz "Ostatnich w Aleppo" stanie się świadkiem tej wojny i będzie ciążył na nim obowiązek, żeby zrobić coś, by to piekło się skończyło. To jest nasza zbiorowa odpowiedzialność.
Reportaż o wojnie w Syrii, w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>> Firas Fayyad. Syryjski reżyser, montażysta, dziennikarz i producent radiowy. Tworzy zarówno filmy dokumentalne, jak i fabularne. Zaangażowany w twórczość poświęconą aktualnej sytuacji w Syrii oraz politycznej transformacji w świecie arabskim.
Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.