Rozmowa
(fot. ranplett / iStockphoto.com)
(fot. ranplett / iStockphoto.com)

Może od razu odpowie pan na komentarze czytelników, które z pewnością się pojawią pod naszą rozmową. "Chce pan wzbudzić w nas poczucie winy, bo mamy co jeść?", "Dlaczego ma nas obchodzić to, że w Afryce czy Indiach głodują dzieci, skoro jest tyle niedożywionych w Polsce?".

- Zgadzam się, ludzie nie muszą martwić się głodnymi dziećmi w Afryce, jeśli robią coś, by pomóc biednym dzieciom w Polsce. Pytanie tylko, czy rzeczywiście coś robią, czy tylko tak mówią? Jeśli chodzi o poczucie winy, jestem całkowicie przeciwny temu, by wzbudzać je w kimkolwiek, to kompletnie bezużyteczne i niepotrzebne. Chciałbym je zastąpić potrzebą zrobienia czegoś, zajęcia się wreszcie tym problemem głodu na świecie. To nieprawda, że nie możemy nic z tym zrobić.

 

W latach 70. studiowałem w Paryżu i pamiętam, jak rodził się ruch ekologiczny, jak ci ludzie organizowali spotkania, starali się nagłośnić swoje racje. Na początku też niewiele osób chciało ich słuchać. A dziś mówi się o tym zarówno w małych miasteczkach, jak i globalnie. Ekologom udało się przekonać wielu z nas, że ochrona środowiska naturalnego to nasza sprawa i powinno nam zależeć, by związane z nią problemy rozwiązać oraz zmusić polityków do działania.

Tylko że konsekwencje związane np. z ociepleniem klimatu mogą być odczuwalne przez nas wszystkich, a głód jednak nie.

- To prawda, głód jest postrzegany przez mieszkańców bogatych państw jako coś odległego, co ich nie dotyczy, jest problemem tych innych ludzi. Jednak to nie oznacza, że nie powinien nas obchodzić los i życie milionów mieszkańców biedniejszego świata.

"Myślę, że ta książka rozpoczęła się właśnie tam, w wiosce niedaleko tego miejsca, w głębi Nigru, przed kilku laty, kiedy siedziałem z Aishą na plecionej macie przed drzwiami jej chaty - skwar południa, wyschnięta ziemia, cień rzucany przez rzadką koronę drzewa, w oddali głosy rozwrzeszczanej dzieciarni - a ona opowiadała mi znad codziennego placka z mąki z prosa o swoim życiu. Spytałem, czy rzeczywiście je taki placek z prosa każdego dnia przez całe życie - i tu nastąpiło pierwsze zderzenie kulturowe. - To znaczy w te dni, kiedy mogę. Powiedziała to, po czym spuściła wzrok zawstydzona, a ja poczułem się jak szmata. Rozmawialiśmy dalej o jedzeniu i jego braku, a ja, tępak, po raz pierwszy stykałem się oto ze skrajnym głodem. Po paru godzinach spytałem ją nieoczekiwanie - pierwszy raz zadałem pytanie, które potem miałem zadawać wielokrotnie - o co by poprosiła jakiegoś czarownika, gdyby mogła poprosić o wszystko. Aisha zastanowiła się chwilę, jak ktoś, kto staje wobec kwestii ponad jego wyobrażenie. Aisha - trzydzieści, może trzydzieści pięć lat, płaski nos, oczy pełne smutku, reszta osłonięta fioletową tkaniną. - Chciałabym mieć krowę, która by dawała dużo mleka. Gdybym sprzedała trochę mleka, mogłabym kupować to, co potrzebne do racuchów; smażyć je i sprzedawać na targu. I jakoś bym wiązała koniec z końcem. - Ale czarownik mógłby ci dać wszystko, o cokolwiek poprosisz. - Naprawdę wszystko? - Tak, o co tylko poprosisz. - Dwie krowy? Powiedziała to szeptem, po czym dodała, dla wyjaśnienia: - Mając dwie krowy, nie zaznałabym więcej głodu. Jak to niewiele, pomyślałem w pierwszej chwili. I jak wiele".*
Róg Afryki - Somalia, Erytrea, Etiopia oraz północna Kenia - od kilku lat zmaga się z najpoważniejszą od lat klęską głodu (fot. Schalk van Zuydam AP)

Często słychać pytania o to, że skoro Afryka ma tyle żyznej gleby, to dlaczego ludzie tam głodują i nie są w stanie wyprodukować żywności na swoje potrzeby.

- Przyjrzyjmy się najpierw takiemu krajowi jak Niger, w którym nie ma wiele dobrej ziemi uprawnej. W tym kraju głód jest problemem strukturalnym, którego nie da się uniknąć, bo wiele zależy od pogody, ilości opadów itd. Jednak jeśli analizuje się głębiej przykład tego państwa, to dostrzega się, że Niger ma przecież ogromne złoża uranu, jest czołowym producentem tego surowca na świecie. I mógłby część środków z jego sprzedaży poświęcić na stworzenie infrastruktury - zmechanizowanie produkcji, nawodnienie gleb, wybudowanie dróg itd. - co w dużym stopniu pozwoliłoby na wzrost wydajności produkcji rolnej. Jednak tych inwestycji nie ma, a na wydobyciu uranu korzystają głównie zagraniczne firmy chińskie i francuskie, które mają podpisane z rządem kontrakty. Problem głodu nie jest więc spowodowany wyłącznie jakością ziemi, ale tym, jak funkcjonuje światowa gospodarka.

To, jak ona funkcjonuje, ma też wpływ na ceny żywności. Niedawno byłam w Dar es Salaam, stolicy Tanzanii, i jedzenie kosztuje tam niemal tyle samo co w Polsce, niektóre produkty są nawet droższe. I nie chodzi mi o te importowane, podawane w luksusowych restauracjach. Tymczasem średnia miesięczna emerytura, którą dostają wyłącznie byli urzędnicy państwowi, wynosi około 50 tys. szylingów, czyli 84 zł.

- W latach 90. XX w. państwa afrykańskie zostały zmuszone do otwarcia swoich rynków. Wcześniej ich rządy regulowały w pewnym stopniu produkcję rolną. Jednak Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) przekonał je, by tego zaprzestały, bo jak tłumaczył, rynek miał się sam ustabilizować. Zadłużone i uzależnione od zagranicznej pomocy rządy nie miały zbyt wiele do powiedzenia. Tyle że rynek jest oczywiście zdominowany przez wielkich producentów z bogatych krajów. Biorąc pod uwagę, że europejskie czy amerykańskie firmy mają zmechanizowaną produkcję i jeszcze subsydia, to oczywiście są w stanie produkować więcej i taniej i zdominować rynek. Afrykańskie firmy nie mają w tym starciu szans. Od lat 90. Afryka importuje więcej żywności, niż jej eksportuje.

Kobiety stanowią 60 proc. wszystkich głodujących osób na świecie. Wiele z nich nie jest w stanie wykarmić swoich nowo narodzonych dzieci (fot. Fot. Schalk van Zuydam AP)
"Włączenie krajów ubogich do rynku globalnego - nadające każdemu z nich nową rolę, w związku z adaptacją do tego rynku, i zmieniające strukturę produkcji lokalnej, nastawionej odtąd na eksport zamiast na zaspokajanie potrzeb mieszkańców - sprawiło, że wielu chłopów straciło ziemię, pracę i zmuszonych zostało do emigracji na peryferie miast. Ci, którzy pozostali, nie mogli już uprawiać ziemi na własne potrzeby i często musieli pracować w nowych latyfundiach za głodowe pensje. W wielu krajach polityka MFW i Banku Światowego obejmowała także eliminowanie subsydiowanych produktów żywnościowych oraz mechanizmów regulujących ceny wewnętrzne, opartych na uruchamianiu rezerw zboża i innej żywności. W przypadkach takich jak Niger przyniosło to bezpośredni rezultat: po prostu i zwyczajnie śmierć głodową tysięcy ludzi. Nazwano to Konsensusem Waszyngtońskim. Musi to być niemiłe: dla człowieka, dla miasta, przejść do historii w związku z nazwą idei politycznej, która doprowadziła do śmierci wielu milionów ludzi".

Pisze pan w swojej książce także o "gender hunger", czyli głodzie, który w różnym stopniu dotyka mężczyzn i kobiet w Afryce czy Azji.

- Pamiętam, jak byłem w małej wiosce w Chinach i pewien mężczyzna opowiadał mi, że gdy brakuje jedzenia, to w pierwszej kolejności jedzą mężczyźni, a dopiero później, jeśli coś zostanie, kobiety. Dla nich to coś normalnego, tak się postępuje od zawsze. Tłumaczy się to tym, że mężczyźni muszą mieć siłę do pracy na roli, bo jeśli nie będą jej mieli, to nic nie wyrośnie i głód dotknie całą rodzinę w jeszcze większym stopniu. Tyle że kobiety też przecież pracują na roli i jeszcze w domach.

Konsekwencje tego, że kobiety głodują, są ogromne. Niedożywione matki rodzą słabe dzieci. Po urodzeniu nie mają pokarmu, albo ma on niską wartość odżywczą, a to z kolei powoduje, że niemowlaki są niedożywione. To ma ogromny wpływ na ich rozwój. Tych strat nie da się później odrobić, konsekwencje niedożywienia w pierwszych dniach życia ponosi się przez całe późniejsze życie, albo się umiera w młodym wieku.

Kolejka po racje żywnościowe w Mogadiszu, stolicy Somalii (fot. Ben Curtis AP)
"Głód u najmniejszych dzieci jest zwykle efektem głodu ich matek. Kobiety - połowa ludności świata - stanowią 60 procent głodujących (...). Każdego dnia 300 kobiet umiera podczas porodu na skutek anemii. A dodatkowy tysiąc - z powodu innych niedoborów żywnościowych. Dlatego każdego roku przychodzi na świat 20 milionów dzieci, które nie miały szans na prawidłowy rozwój płodowy: rozpoczynają one życie z mniejszą wagą i będą dalej źle się rozwijać, bo źle odżywione organizmy ich matek nie wytwarzają potrzebnej ilości pokarmu. Oto błędne koło, najbardziej błędne z błędnych: źle odżywione matki wydają na świat źle rozwinięte dzieci. W momencie narodzin i w ciągu pierwszych miesięcy życia wiele z tych dzieci nie osiągnie prawidłowego wzrostu, nie rozwiną się dobrze ich mózgi, ich ciała będą wątłe, podatne na wszelkie choroby. Głód pierwszych tysiąca dni życia nie kończy się nigdy. Albo kończy się, w sposób brutalny, przed czasem. Co roku ponad trzy miliony dzieci umiera na skutek głodu i chorób, których rozwojowi sprzyja głód - kokluszu, biegunki, różyczki, malarii, a które byłyby tylko przejściową niedyspozycją w życiu dziecka dobrze odżywionego. Trzy miliony dzieci to 8 tysięcy zmarłych dziennie, ponad 300 w ciągu każdej godziny, ponad pięcioro w ciągu jednej minuty".

Pańscy rozmówcy często wydawali się pogodzeni z losem. Zarówno chrześcijanie, jak i wyznawcy islamu czy hinduizmu powtarzali, że pewnie bóg chce, by cierpieli z jakiegoś powodu.

- To prawda, nie spotkałem żadnego głodnego ateisty. Ludzie często mówili o bogu. Albo próbowali w jakimś stopniu zrozumieć swoje cierpienie, znaleźć jakąś logikę i wytłumaczyć ten problem, który ich przerasta. Albo żyli nadzieją, że może kiedyś bóg im pomoże i wszystko będzie lepiej. To myślenie niejednokrotnie wykorzystywali dyktatorzy, by ludzie się nie buntowali.

Z powodu religijnych nakazów wielu ludzi nie je lub ogranicza spożycie mięsa. Globalnie jego konsumpcja w ostatnich dekadach wzrosła jednak dramatycznie, co ma też ogromne znaczenie dla mieszkańców tych biednych państw, którzy nigdy w swoim życiu nie mogli zjeść ani kawałka wołowiny czy kurczaka.

- Wzrost konsumpcji mięsa jest spowodowany tym, że w ciągu 50-100 ostatnich lat dla mieszkańców bogatszych krajów nie jest ono już tylko dodatkiem do warzyw i zbóż i czymś, co je się raz na jakiś czas, ale wręcz odwrotnie. Nie ma jednak możliwości, by ponad 7 mld ludzi mogło jeść mięso, tak jak ludzie w bogatych krajach. Po prostu nie jesteśmy w stanie tyle wyprodukować. Co więcej, hodowla zwierząt zajmuje sporą część Ziemi, zboża są przeznaczane na paszę, a nie na żywność dla ludzi. Konsumpcja mięsa musi się więc zmienić, chyba że ktoś wyprodukuje mięso w laboratorium - takie badania są już prowadzone - albo sprawi, że ludzie nie będą musieli już jeść po to, by żyć.

Książka Martina Caparrosa 'Głód' w Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego (fot. materiały prasowe / Alejandra Lopez)
"Jedzenie mięsa jest ostentacyjnym pokazem siły. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat spożycie mięsa rosło dwa razy szybciej niż liczba ludności; spożycie jaj - trzy razy szybciej. Około roku 1950 na świecie zjadano rocznie mniej więcej 50 milionów ton mięsa. Teraz je się niemal sześć razy więcej - a według wszelkich przewidywań w roku 2030 wartość ta znów się podwoi. Hodowla wykorzystuje obecnie 80 procent powierzchni uprawnej na Ziemi, 40 procent światowej produkcji zbóż i 10 procent zasobów wodnych. Mięso ma przebicie. Mięso jest doskonałą metaforą nierówności".

Swoim rozmówcom zadaje pan pytanie: o co poprosiliby czarownika, gdyby mogli go poprosić o wszystko? A o co poprosiłby go Martin Caparrós?

- Chciałbym go poprosić o to, by zniknął. Chciałbym, żebyśmy my, ludzie, byli w stanie rozwiązać nasze problemy, a nie czekać i wierzyć w to, że może to za nas zrobić jakiś magik.

*Fragmenty książki "Głód" Martina Caparrósa, którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>> . Książkę na język polski przełożyła Marta Szafrańska-Brandt.

Martin Caparrós. Ur. 1957. Argentyński dziennikarz i pisarz. Pracował w radiu, telewizji i prasie. Od lat stale podróżuje. Jest autorem ponad dwudziestu książek tłumaczonych na wiele języków. Mieszkał w Paryżu, gdzie studiował historię, Madrycie i Nowym Jorku.

Marta Szafrańska-Brandt. A bsolwentka iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim, laureatka Nagrody Instytutu Cervantesa za Tłumaczenie Literackie ("Listy do młodego pisarza" Mario Vargasa Llosy, wyd. Znak, 2012). Wśród tłumaczonych przez nią autorów są m.in.: Fernando Vallejo, Roberto Bola?o, Bernhard Schlink. Interesuje się przekładem poetyckim, zwłaszcza poezji klasycznej (poeci średniowiecza i baroku w antologii pod red. J. Strasburgera, mistycy - św. Jan od Krzyża i św. Teresa z Ávila). W 2017 roku ukażą się w jej tłumaczeniu rozważania o "Pieśni nad Pieśniami" św. Teresy. Równie chętnie tłumaczy literaturę dziecięcą oraz non-fiction - w końcu "wszystko jest literatura".

Monika Rębała. Dziennikarka od 11 lat. Specjalizuje się w tematyce międzynarodowej. Współpracuje m.in. z ''Gazetą Wyborczą'', jest korespondentką opiniotwórczego amerykańskiego dziennika ''The Christian Science Monitor''. Wcześniej przez sześć lat pracowała w ''Newsweek Polska''. Jej teksty były publikowane m.in. w ''El Pais Semanal'', ''RFI'' i ''Bloomberg Businessweek Polska''. Współpracowała także z francusko-niemiecką telewizją ARTE. Pisała reportaże m.in. z Tanzanii, Etiopii, Kamerunu, Sahary Zachodniej, Jordanii, Egiptu i Izraela. Jest laureatką prestiżowego programu grantowego Innovation in Development Reporting Grant Programme, przyznawanego przez European Journalism Centre. Ukończyła historię oraz stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim.