Jak suweren reaguje na twoje książki?
- Suweren, którego ty masz na myśli, wysyła mi nieprzyjemne esemesy i mejle. Na szczęście są też tacy, którzy się wzruszają, chwalą, a nawet potrafią przytulić.
Niepokoją cię te nieprzyjemności?
- Burzą mój domowy mir.
Są uciążliwe?
- Kiedyś po radiowym wywiadzie o poprzedniej książce "Oskarżam Auschwitz" ktoś do mnie zadzwonił i powiedział: "I co, już wyszedłeś z radia? Widzę cię. Myślisz, że dalej będziesz to opowiadał?". Takie telefony odbierają poczucie bezpieczeństwa i automatycznie włącza mi się wtedy opcja wyjazdu z Polski.
Rozważałeś ją kiedyś poważnie?
- Kiedyś rozważano ją za mnie. Tak było w roku 1968. A sam pomyślałem o wyjeździe, kiedy ministrem edukacji był Roman Giertych, który zaczął grzebać w szkolnych lekturach, a to jest zawsze zapowiedź czegoś bardzo złego.
Najpierw się w nich grzebie, potem się je pali.
- A na samym końcu pali się kogoś.
Jednak nie wyjechałeś.
- Bo zrozumiałem, pracując przez ostatnie miesiące nad kolejną książką, że na mnie jest już za późno. Jestem tak wrośnięty w polską kulturę, że bez niej po prostu umrę. Moje dorosłe dzieci już takiego problemu nie mają: syn mieszka w Kopenhadze, a córka kończy studia w Warszawie i zastanawia się, czy ma siłę mierzyć się z dzisiejszą Polską, czy też raczej powinna z niej wyjechać.
"Przepraszam za bezpośredniość, ale muszę zapytać: pan się zna na Żydach?" - pyta jeden z bohaterów twojej nowej książki "Rejwach". Zna się więc pan czy nie?
- Trochę się już nam.
Tylko trochę?
- Gdybym się bardzo znał, nie miałbym ciekawości potrzebnej do wysłuchania czy pisania kolejnych historii.
A co to znaczy znać się na Żydach?
- To znaczy tyle, że jeśli ktoś mówi, że wygląda jak Czech, to ja wiem, że wygląda jak "czech" Żydów, a nie jeden.
Chodzi o umiejętność czytania między wierszami?
- Trochę tak, bo to świat niedostępny dla wszystkich, jeśli się go czyta wprost. Lubię go rozszyfrowywać i udostępniać. Głównie tym zajmuję się od wielu lat. Takie mam zadanie do wykonania.
Ale z jakiego powodu?
- Chcę, żebyśmy my, Żydzi, zostali zrozumiani. Żebyśmy nie musieli w kółko słuchać zdań typu: "Mamy już dosyć, wojna skończyła się siedemdziesiąt lat temu, a wy dalej to samo!". Wiem, że "Oskarżam Auschwitz" - książka o drugim pokoleniu, czyli o dzieciach tych, którzy przeżyli Zagładę - do wielu osób dotarło. Dostałem sporo mejli o treści: "Nie zdawałam sobie z tego sprawy".
Kiedy zacząłeś pisać?
- Piętnaście lat temu, po śmierci mamy i babci. Najpierw były malutkie formy, których nikt nie zobaczył, później teksty towarzyszące moim fotografiom, jak w projektach "Dużo kobiet", czy "Auschwitz - co ja tu robię?". Potem pisanie zaczęło dominować. Tak powstały kolejne książki: "Ocaleni z XX wieku", "Oskarżam Auschwitz" i teraz "Rejwach".
Skąd ta fascynacja Auschwitzem?
- Bardzo chciałem zrozumieć, co się stało, a opisy historyczne jakoś do mnie nie przemawiały. Chciałem dotrzeć do sedna przeżycia w Auschwitz, chciałem zobaczyć to miejsce oczami dwunastoletniej dziewczynki czy piętnastoletniego chłopaka. Dlatego zacząłem spotykać się z ocalonymi.
To było terapeutyczne?
- Na wszystkich autorskich spotkaniach słyszałem: "Panie Mikołaju, teraz jest już panu lepiej?". Nie, nie jest i pewnie nie będzie. Robię to, by dzielić się tymi historiami z innymi. A jeśli chodzi o mnie, zgłębianie tematu Zagłady spowodowało, że znalazłem się w środowisku żydowskim, w życiu którego przedtem jakoś zbyt intensywnie nie uczestniczyłem.
Rozmawiamy w Centrum Społeczności Żydowskiej - JCC Warszawa i witasz się z każdą wchodzącą tu osobą.
- Ale znam też całkiem sporo ludzi w innych miejscach. A poważnie mówiąc: tak, to jest dzisiaj mój świat.
Który jak każda mała społeczność może być toksyczny.
- Masz rację, ale w ciężkich czasach, które nadchodzą w Polsce i na świecie, ratunkiem są małe społeczności. Dobrze jest być wśród ludzi dających poczucie bezpieczeństwa i dobrze się rozumiejących.
I można spędzić życie w takiej grupie wsparcia?
- Nie spędzam w niej całego życia, ale, zgoda, mój świat się bardzo zmniejszył. Z rozrywkowej i - jak by to powiedzieć - wielowątkowej osoby zrobiłem się nieco monotematyczny i "Rejwachem" chciałem trochę od tego odetchnąć.
"Rejwach" to próba oddechu? Chyba żartujesz.
- No tak, szczególnie po poprzednich książkach, które były literaturą faktu. Tym razem siadałem sam przy biurku i pisałem opowiadania. Miałem wolność i żadnych zobowiązań wobec moich bohaterów.
Daj spokój, ja w ogóle nie wierzę, że to są opowiadania. To reportaże, najprawdziwsze historie.
- Kiedy pytają mnie, czy "Rejwach" jest prawdą czy fikcją, mówię, że wszystko, co w nim napisałem, jest prawdą, którą wymyśliłem.
"Trochę pan tam nawymyślał tych historii, co?" - to też z "Rejwachu".
- Oczywiście, że nawymyślałem, pokleiłem ze sobą mnóstwo historii, a i tak słyszę co rusz: "Wiem, kto to panu opowiedział".
Skąd w ogóle pomysł na opowiadania?
- Po "Oskarżam Auschwitz" Ola Klich, szefowa "Świątecznej Gazety Wyborczej", zapytała, czy bym coś dla niej napisał. Kiedy spytałem co, usłyszałem, że co chcę. Wróciłem więc do domu i napisałem opowiadanie "Arkadia".
O zbieraczu żydowskich kości z warszawskiego Muranowa.
- Ola była z niego zadowolona i poprosiła o następne. Kiedy napisałem już kilka opowiadań, pokazałem je Justynie Sobolewskiej, krytyczce literackiej "Polityki", która powiedziała krótko: "To jest książka". Tak powstał "Rejwach". Na początku bardzo się wstydziłem, że nie umiem napisać nic dłuższego.
Etgar Keret, izraelski mistrz krótkiej formy, powiedziałby ci coś innego.
- Czytałem go przed twoim przyjściem, ale szybko odłożyłem, bo pomyślałem, że jak to zobaczysz, to napiszesz: "Przyszedłem na wywiad z Grynbergiem, a on czytał Kereta".
Bo krótka forma to wielkie wyzwanie.
- Ale i przyjemność. Przynajmniej dla mnie. Choć nieraz się też wymęczyłem, bo unikałem dialogowania, a bez dialogu bardzo mi trudno. W każdym razie jestem zadowolony z efektu, nawet jeśli słyszę żonę mówiącą: "Twoje sukcesy w ostatnich latach liczone są łzami".
To cała prawda o twoim pisarstwie.
- Co robić, takie życie. Myślę, że było warto. Chociaż przyznaję, że nie mam już w sobie miejsca na wracający do mnie po "Rejwachu" ból innych. Ledwo mieszczę swój. Pewna osoba mi powiedziała: "Nigdy już się z tego nie wygrzebiesz. Tak będzie wyglądało twoje życie".
I jak ci z tym jest?
- Smutno mi, Mike. Smutno. Wykonuję nad sobą dużą pracę, by żyć z tym smutkiem, ale nie chcę rezygnować z tego, co robię, bo to mi daje dużo satysfakcji.
Można przedawkować Auschwitz?
- Można.
Boisz się przedawkowania?
- Uważam, by tego nie zrobić. Nie jeżdżę tam z każdą osobą, która mnie o to poprosi. Tak było kiedyś, dzisiaj już nie chcę. Nie chodzę też na spotkania poświęcone Zagładzie, bo nie jestem ekspertem od siebie i swojej rodziny. Gdybym nim został, zdradziłbym bohaterów moich książek.
"Ocaleni z XX wieku" i "Oskarżam Auschwitz" to zbiory rozmów. Używam celowo słowa "rozmowa", a nie "wywiad", bo one znaczą zupełnie coś innego. Ty z bohaterami swoich książek naprawdę rozmawiasz.
- Teresa Torańska powiedziała mi, kiedy pracowałem na "Ocalonymi", że muszę w rozmowie pilnować, by były w niej dwie temperatury: rozmówcy mają być gorący, a ty zimny. "Jak ja mam być, ku*wa, zimny?! Co ty do mnie mówisz?!" - pomyślałem. Ona oczywiście miała rację, jeśli chodzi o warsztat wywiadowcy, ale ja nigdy nim nie byłem. Nie przygotowuję się do wywiadów, niewiele wiem o moich rozmówcach i odpowiadam im też na pytania o mnie, bo uważam, że jeśli ja nic im nie dam, to dlaczego oni mieliby mi coś dać.
W "Rejwachu" natomiast, już bez rozmówców, tworzysz soczyste, esencjonalne i uwodzące zdania. To bardzo piękna literatura.
- Miałem, przyznaję, niewątpliwą przyjemność z pisania tych zdań. Starałem się, by były tak proste, jak to tylko możliwe, żeby został z nich sam destylat. I są takie, które przyszły do mnie łatwo, i takie, których najpierw długo szukałem, a potem równie długo je heblowałem.
"Rejwach" powstał ze skrawków z poprzednich książek?
- Początek wziął się z opowieści, które pojawiły się po poprzednich książkach, ale potem ruszyła lawina kolejnych, powstających z pomysłów wpadających mi nieustannie do głowy. Na koniec zawsze zostają tylko te, które mnie poruszają, bolą.
Ten ból jest wszechobecny. Człowiek ma po lekturze "Rejwachu" poczucie, że los polskiego Żyda, nawet dzisiaj, jest po prostu nie do udźwignięcia.
- Wiele osób mi to mówi, ale co mam z tym zrobić?
Przestać żyć?
Czy to się kiedyś skończy? Będzie kiedyś normalnie?
- Jak się spotkamy na końcu, to ci wtedy powiem.
A nie mógłbyś dla odmiany napisać czegoś weselszego?
- To duże wyzwanie. Nie wiem, czy umiem.
Ale pomyśl, co to by było za wydarzenie. Pierwsza w dziejach radosna książka o Żydach!
- Uczestnicy moich zajęć mówią nieraz, że jestem nienormalny, bo u mnie wszystko musi się kończyć źle. No, ale powiedz, co jest ciekawego w historiach z happy endem?
Mikołaj Grynberg. Urodził się w 1966 r. w Warszawie. Jest fotografem i pisarzem, a z wykształcenia psychologiem. Autor albumów "Dużo kobiet" i "Auschwitz - co ja tu robię?" oraz książek "Ocaleni z XX wieku" i "Oskarżam Auschwitz". Ostatnio ukazał się, nakładem Wydawnictwa Nisza, zbiór jego opowiadań pod tytułem "Rejwach".
Mike Urbaniak. Dziennikarz kulturalny i krytyk teatralny "Wysokich Obcasów" oraz weekendowego magazynu Gazeta.pl. Prowadzi blog panodkultury.com.