Z wykształcenia socjolog, z zawodu fotograf. Cały czas podkreślasz, że jesteś samoukiem. Czy to takie ważne?
- Nie kończyłem żadnej szkoły fotograficznej, co oznacza, że jestem ileś lat do tyłu z wiedzą fotograficzną, ale nie żałuję tego, bo nikt mnie nie nauczył patrzeć przez aparat w określony sposób. Rozwijam się w swoim tempie, szlifuję warsztat i staram się jak najwięcej czasu poświęcać na to, by nie tylko zarabiać w tym zawodzie, ale też robić coś dla siebie. Efektem moich poszukiwań jest książka fotograficzna pt. "Flow", która ukazała się w marcu, a w niej 28 fotografii pokazujących okolice rzeki Brdy na odcinku 106 kilometrów.
Między innymi za cykl "Flow" dostałeś tytuł Fotoreportera Roku, przyznawa ny przez Stowarzyszenie Fotoreporterów. Również w ubiegłym roku zająłeś I miejsce oraz zdobyłeś międzynarodowy tytuł Fotografa Roku w kategorii "event" w konkursie International Photography Awards. Opowiedz o nagrodzonym zdjęciu.
- Wykonałem je w 2015 roku, w Bydgoszczy, na konkursie dla dzieci i młodzieży pod hasłem "Taneczne miraże". Lubię fotografować takie imprezy zza kulis, bo tam właśnie dzieją się najciekawsze rzeczy. Sfotografowałem instruktorkę udzielającą ostatnich rad dziewczynkom przebranym w różowe kostiumy - wyglądały niczym lalki. Mało tego, trzymały takie same laleczki w rękach, niczym mniejsze wersje samych siebie. Każda z dziewczynek pokazuje inne emocje i w tym chyba tkwi moc tego zdjęcia. Zostało wyróżnione przez edytorów " National Geographic " , nagrodzone w Paryżu oraz w krajowych konkursach.
Co się stało, że z fotografii gazetowej, rzemieślniczej przeniosłeś się do artystycznej?
- Bałem się, że jeśli nic nie zmienię, to w końcu wypalę się i przestanę lubić to, co robię. Przepracowałem w sumie osiem lat w dwóch bydgoskich dziennikach - "Gazecie Wyborczej" i "Expressie Bydgoskim". Zaczynałem jeszcze, gdy zdjęcia robiło się do papieru i jak coś się tam nie zmieściło, to w ramach pocieszenia szło do internetu. Po trzech latach pracy "Wyborczą" zamieniłem na "Express". Gdy znowu po trzech latach wróciłem do "Wyborczej", to już była zupełnie inna praca. Zdjęcia robiło się z myślą o internecie, a do papieru trafiały najlepsze newsy z danego dnia. Kiedy zdobyłem pierwsze miejsce w wewnętrznym ogólnopolskim rankingu fotoreporterów " GW " , uznałem, że to jest dobry moment, żeby odejść i zacząć robić inne rzeczy.
Odszedłeś i...?
- Zapisałem się na futbol amerykański, teraz z drużyną Archers Bydgoszcz rywalizujemy w pierwszej lidze. Zmiana trybu pracy pozwoliła mi zająć się bardziej domem i przede wszystkim małym synem. Ale już w czasach "Wyborczej" ciągnęło mnie, by spróbować tworzyć swoje własne historie. Tak odkryłem bydgoskie podwórka.
Czyli mroczne i ponure bydgoskie śródmieście, schowane za urokliwymi fasadami.
- Myślę, że każdy dojrzy w moich fotografiach to, co będzie chciał. Jak ktoś będzie szukał potwierdzenia, że na bydgoskich podwórkach jest beznadziejnie, to je tam znajdzie. A jak ktoś obejrzy zdjęcia pod kątem graficznym, poszuka wzorów, powędruje za moim spojrzeniem, to odbędzie fajną podróż pełną niespodzianek.
Bydgoskie śródmieście przecina główna ulica Gdańska, to granica mojego obszaru poszukiwań. Po jednej stronie jest reprezentacyjnie - filharmonia, galeria sztuki, teatr, a po drugiej są zaniedbane kamienic pełne mieszkań socjalnych. Zwykle nie wiemy, co kryje się za śródmiejskimi fasadami. Ja na przykład nie wiedziałem, że w podwórku ktoś trzyma jacht, a ktoś inny ozdobił sobie ścianę kołpakami.
Z e śródmieścia postanowiłeś podążyć za Brdą. Dokąd cię ta rzeka doprowadziła, oprócz nagród?
- Do Bydgoszczy, tylko innej ( śmiech ) . Ale zacząłem od rzeki. Brda przepływa przez centrum miasta, więc realizując zlecenia, zawsze się o nią ocierałem. Na obrzeżach wpada do Wisły, ale nie wiedziałem, jak wyglądają miejscowości, które mija, zanim przypłynie do nas. Lubię być odkrywcą, więc jak już na nowo odkryłem bydgoskie śródmieście, to zacząłem szukać następnego wyzwania. Akurat starałem się dostać do programu mentorskiego kolektywu Sputnik Photos, musiałem opowiedzieć, jakim projektem zamierzam się zająć. Wybrałem Brdę i postanowiłem sprawdzić, co można znaleźć, jeśli się pójdzie w stronę jej źródła. Zacząłem jeździć wzdłuż rzeki na odcinku ujście - źródło.
Jednocześnie robiłem gruntowny research m.in. na podstawie map Google . Mapy internetowe są teraz bardzo dokładne, dostarczają mnóstwa informacji, co bardzo ułatwia późniejsze poszukiwania. Sporo czasu spędziłem też przeglądając artykuły w prasie lokalnej. Wynotowałem sobie około 60 różnych tropów, historii i miejsc do sprawdzenia już w terenie. Na mapie Google znalazłem też drugą Bydgoszcz - to wieś licząca cztery osoby, jedno gospodarstwo! Mieści się niedaleko źródła rzeki Brdy, 106 kilometrów w linii prostej od miasta Bydgoszczy. Poznany tam przeze mnie pan Brunon i jego rodzina mają całą miejscowość dla siebie. Pamiętam, jak dziennikarze z "New York Timesa" dopytywali o tę wieś. Nie mogli zrozumieć, jak może istnieć miejscowość z jednym domem. Ten koncept mi też dość mocno zadziałał na wyobraźnię, więc postanowiłem zrobić projekt od Bydgoszczy do Bydgoszczy, czyli "Flow".
W rozmowie z "New York Timesem" powiedziałeś, że fotografując okolice Brdy chciałeś "zrobić tak dziwne zdjęcia, jak to jest tylko wizualnie możliwe". Skąd taki pomysł?
- Jako fotograf prasowy nauczyłem się, że zdjęcie musi oddawać esencję wydarzenia czy sytuacji. Dlatego realizując swój własny projekt postanowiłem, że te fotografie będą zadawały pytania i niczego nie wyjaśnią. Jeżeli oglądający zatrzyma się, zauważy znaki zapytania, to już jest sukces. Jeśli zrobię zdjęcie, które spowoduje, że przy tym braku czasu i pędzie ktoś zastanowi się i pomyśli nad nim jak nad zagadką, to już jestem wygrany.
Dużą wagę przykładasz do podpisów.
- To taka naleciałość gazetowa, bo zdjęcie zawsze trzeba było opisać. Ale uznałem, że krótki podpis niewiele wniesie, bo przecież zdjęcia stawiają pytania, nie dają odpowiedzi. Dlatego postawiłem na krótkie, fajne historie w formie anegdot.
Tak jak ta do zdjęcia z Napoleonem.
- To było niewiarygodne! W notesie miałem taką informację, że w 1810 roku Napoleon z wojskiem przeprawiał się przez Brdę na wysokości Drzewicza. Zupełnie nie miałem pomysłu na to, jak ją wykorzystać. W końcu niemal o tym zapomniałem i po jakimś czasie wylądowałem w okolicy w zupełnie innej sprawie. Akurat kiedy robiłem zdjęcia, przechodziła tamtędy grupa rekonstrukcyjna. Patrzę, a tu idzie Napoleon! Udało mi się namówić go na sesję zdjęciową. Chodzę z tym Napoleonem po polu namiotowym w Drzewiczu, wszyscy na nas patrzą, gdy nagle podchodzi do nas kobieta i wyskakuje z tekstem, że ta opowieść o Napoleonie przeprawiającym się w Drzewiczu przez Brdę jest wymyślona. Wie to, bo to ona ją wymyśliła wraz ze znajomymi pewnego razu podczas mocno zakrapianej imprezy. Dodała też, że obserwuje, jak dziś w to miejsce przyjeżdżają autokary z francuskimi turystami. Czy to nie piękna historia? A od Napoleona otrzymałem kontakt do człowieka w bagnie, czyli Włodzimierza Niewiadomskiego, który od 30 lat prowadzi szkolenia survivalowe i który twierdzi, że dzięki błotnym kąpielom odrósł mu ucięty koniuszek palca.
Moje ulubione zdjęcie to kowbojka, która wygląda jak żywcem wyjęta z ''M iasteczka Twin Peaks''.
- Kowbojka to efekt poszukiwań internetowych. Płachta z wizerunkiem kowbojki wisi w ośrodku wypoczynkowym, który znalazłem nieopodal rzeki. Obejrzałem stronę internetową ośrodka, przejrzałem galerię zdjęć i nic mnie w tym miejscu nie zainteresowało, poza jednym zdjęciem, na którym obraz postaci na płachcie był ledwo widoczny. Nie wiedziałem do końca, co tam jest, i zaczęło mnie to intrygować. Czy na tyle, by pojechać ponad 100 km w jedną stronę? Tak ( śmiech ) . Przyjechałem na miejsce i widzę: wokół las, a na zdjęciu pustynia i ta kobieta. Trzeba to było sfotografować, to było tak niezwykłe i tak fajne, że aż się chciało to uwiecznić.
Masz swojego faworyta wśród tych wszystkich historii?
- Pojechałem do więzienia mieszczącego się nad Brdą, w Koronowie. Byłem oprowadzany wokół kompleksu budynków. Poszliśmy nad brzeg rzeki, patrzę, a tam strażnik więzienny rozwala bałwana, który stoi w pasie bezpieczeństwa. Zupełnie jakby temu bezpieczeństwu zagrażał, albo jakby chował się w nim uciekinier ( śmiech). To moja druga ulubiona historia, zaraz po Napoleonie.
Jest zdjęcie, którego nie udało ci się zrobić?
- Żałuję, że nie wpadłem na pomysł, jak sfotografować Wyspę Wisielca na Kapuściskach w Bydgoszczy. Wiąże się z nią legenda miejska, która mówi, że kiedyś powieszono tam kilka osób. Próbowałem dotrzeć do grupy pasjonatów historii, którzy kiedyś podobno odtwarzali w mieście tę legendę w plenerowym przedstawieniu, ale się nie udało.
Od zawsze wiedziałeś, że chcesz fotografować? Pamiętasz swoje początki?
- Pierwsze świadomie zrobione zdjęcie mam w swoim archiwum, gdzie trzymam ułożone chronologicznie wszystkie moje fotografie. To było nieostre, rozmazane zdjęcie mojej ulicy, zrobione w nocy aparatem kolegi, kiedy szliśmy na trening piłki nożnej. Wtedy właśnie uznałem, że aparat to świetna rzecz. W liceum dużo fotografowałem, ale miałem do dyspozycji tylko telefon komórkowy Siemens s65. Strasznie słabe zdjęcia nim wychodziły, ale kręcił mnie sam proces tworzenia. Fotografowałem wszystko: kolegów, drogę ze szkoły do domu. To była niezła zabawa. Kiedy ostatnio przeglądałem archiwum, znalazłem zdjęcie auta na parkingu, które leży na boku, zamiast stać na kołach. Już wtedy chyba szukałem różnych dziwności i zabawnych ujęć.
Pierwszy poważny aparat?
- Lustrzanka Nikona. Kiedy dostałem pracę w bydgoskiej " GW " , musiałem mieć dobry sprzęt. Ale zanim zacznie się dyskusja, czemu Nikon, a nie Canon, szybko wyjaśnię, że akurat w sklepie mieli promocję na Nikona, a cena była moim jedynym wówczas kryterium ( śmiech ) . Zresztą wolę czuć aparat, niż rozumieć techniczne procesy, które w nim zachodzą, więc te wszystkie parametry nie były wtedy dla mnie ważne. Teraz powiem coś jeszcze gorszego: od kiedy kupiłem iPhone'a i okazało się, że robi zdjęcia tak dobre, jak moja stara lustrzanka, uznałem, że nie muszę nosić ciągle przy sobie aparatu. A jak to się mówi... najlepszy aparat to ten, który masz właśnie przy sobie, prawda?
Spotkanie z Tymonem Markowskim odbędzie się 10 maja, o godz. 19.00, w Bookoff Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ul. Pańska 3, Warszawa
"Flow" to trwający rok projekt fotograficzny, którego efektem jest książka fotograficzna wydana w formie self-publishingu - można ją kupić poprzez stronę autora - www.tymonmarkowski.com .
Tymon Markowski (rocznik 1986). Ukończył studia socjologiczne w bydgoskiej Wyższej Szkole Gospodarki. Fotografuje od 2006 roku. Przez osiem lat związany z prasą - "Expressem Bydgoskim" i "Gazetą Wyborczą". W 2015 roku został uczestnikiem p rogramu mentorskiego Sputnik Photos . Rok później dołączył do kolektywu fotografów ulicznych Un-Posed. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zdobywca międzynarodowego tytułu Fotograf Roku w kategorii event (International Photography Awards 2016) oraz tytułu Fotoreporter Roku 2016 w plebiscycie polskiego Stowarzyszenia Fotoreporterów. Mieszka z rodziną w Bydgoszczy. Prowadzi bloga tymonmarkowski.blogspot.com.
Katarzyna Kazimierowska. Dziennikarka, współpracuje z takimi tytułami jak "Zwierciadło", "Sens", "Tygodnik Powszechny". Stała autorka felietonów w Kulturze Liberalnej, koordynatorka takich inicjatyw jak "Pracownie" i "Wiersze w Metrze", feministka, kocha Portugalię i ucieczki poza miasto. Czyta nałogowo.