Rozmowa
(fot. SEPPFRIEDHUBER)
(fot. SEPPFRIEDHUBER)

"Z amiast prosić chana, lepiej poproś odźwiernego". Co znaczy to mongolskie przysłowie?

- Chan to idea. Odźwierny to codzienność. W trudnym i surowym świecie mongolskiego stepu najważniejsze są relacje między sąsiadami. Koczownicy, których poznałam, żyją wedle bardzo prostego etosu. Są szczerzy i powściągliwi, ale kiedy okazują radość, smutek lub złość, możesz być pewna, że to prawdziwe emocje. Mongołowie nie potrafią udawać.

A jak wygląda życie w mongolskiej rodzinie?

- Wśród koczowników, którzy stanowią 20 procent populacji Mongolii, podział ról jest bardzo tradycyjny. Na co dzień ojciec rodziny zajmuje się zwierzętami; pierwszy staje na linii frontu, kiedy trzeba się zmierzyć z gniewem przyrody. Matka dba o ciepło domowego ogniska. Wstaje przed świtem, żeby przygotować posiłki dla mężczyzn i dzieci. Kładzie się spać ostatnia. Mongolskie dziecko nie buntuje się przeciwko rodzicom. Kiedy coś mu się nie podoba - ucieknie, schowa się za jurtą, zapłacze, ale kiedy wróci - wykonuje polecenia dorosłych.

Mongolia to świat, w którym reglamentuje się okazywanie uczuć. Małe dzieci całuje się w czoło, kiedy śpią. Ten drobny gest znaczy dla nich tyle, co dla dzieci w Europie wszelkie rodzicielskie czułości razem wzięte. Dzieci są zresztą całowane i przytulane tylko do trzecich urodzin. To dzień pierwszych, rytualnych postrzyżyn i moment przejścia do kolejnego etapu życia. Kiedy dziecko jest starsze, rodzic nie składa na jego czole całusów, ale pochyla się nad nim i o czoło ociera się nosem. To wyraz miłości i szacunku.

Kadr z filmu Zud (fot. materiały prasowe)

Poza tym pierwszorzędne znaczenie ma dla Mongołów praca, bo na stepie przeżyją tylko ci, którzy są gospodarni i zaradni. Ludzie leniwi nie są tam szanowani.

W 2012 roku Mongolia była najszybciej rozwijającym się krajem na świecie, wzrost PKB wyniósł prawie 20 procent.

- Mongolia zaczęła wtedy w ogromnych ilościach eksportować surowce naturalne, czyli miedź, złoto i węgiel. Czułam, że całe społeczeństwo - i niemal każdego mieszkańca Mongolii z osobna - rozpierała niesamowita energia. Oni uwierzyli, że dorównają Chinom i Rosji, stając się trzecim gigantem gospodarczym Wschodu. Od tego czasu - kiedy wspólnie z ekipą robiliśmy na miejscu pierwszą dokumentację - do momentu, w jakim padł ostatni klaps na planie filmu "Zud", Mongolia szalenie się zmieniła.

Kard z filmu Zud (fot. materiały prasowe)

Jakie zmiany zauważyłaś?

- Kiedy pojawiliśmy się w kraju po raz pierwszy, właśnie w 2012 roku, zwróciłam uwagę na to, że w Ułan Bator studzienki kanalizacyjne nie mają osłon, a z ich wnętrza wydobywa się okropny fetor. Okazało się, że mieszkają tam bezdomni. Kiedy o poranku świeciło słońce, przygotowywali sobie jajecznicę na rozpalonych dachach garaży przy akademikach. Z roku na rok na ulicach miasta zaczęło się jednak pojawiać coraz więcej drogich samochodów, eleganckich sklepów i restauracji, a mongolskie społeczeństwo zaczęło być coraz bardziej rozwarstwione. Było to ściśle powiązane także ze zjawiskiem zudu - gwałtownym spadkiem temperatury na stepie, co przyczyniło się do śmierci zwierząt gospodarskich*. Koczownicy, którzy nie byli zabezpieczeni przed zimnem, musieli opuścić step i przenieść się na rogatki Ułan Bator, gdzie zaczęły powstawać jurtowiska .

Mongolskie slumsy?

- Tak. Bieda, skontrastowana z wysokimi, szklanymi wieżowcami, górującymi nad miejską przestrzenią, razi w oczy. Dawni koczownicy zostali szewcami, zajmują się drobnym handlem bądź rozmaitymi usługami. Żadna z tych rzeczy nie przynosi im jednak ani pieniędzy, ani satysfakcji. Strach przed zudem to w istocie lęk przed wykluczeniem; przed wyzbyciem się połączenia z tym, co dla koczownika najważniejsze - miejscem urodzenia. Koczownicy, którzy odchodzą ze stepu, czują, że tracą swoją tożsamość.

Jurtowisko w Ułan Bator (fot. Brucke-Osteuropa / wikimedia.org / domena publiczna)

Miasto nikogo nie uwodzi? Oferuje przecież łatwiejsze życie.

- Przedstawiciele starszego pokolenia narzekają na step, ale są z nim tak silnie związani, że nie chcą go opuścić. Mnóstwo młodych ludzi marzy o życiu w mieście, ale te marzenia zwykle nie wiążą się z konkretnymi planami na przyszłość. W mieście niełatwo się odnaleźć - szczególnie kobietom. Z jednej strony kaganek oświaty w Mongolii zawsze wprowadzały właśnie kobiety. Często są dużo bardziej postępowe niż mężczyźni; im częściej przeszkadza brak toalety i dążą do nowoczesności; mają zapał do nauki i są przyzwyczajone do ciężkiej pracy. Dzięki uporowi Bayasgalan Batsaikhan [filmowej Matki - przyp. red.] jej córka studiuje medycynę w Ułan Bator. Z drugiej strony bardzo dużo młodych kobiet, którym udaje się przyjechać do Ułan Bator na studia, nie ma za co utrzymać się w mieście. Bary i restauracje są więc pełne dziewczyn szukających sponsorów. Młode kobiety prostytuują się w imię wyższych celów.

W "Zud", swoim pełnometrażowym fabularno-dokumentalnym debiucie, wpisujesz historię swoich bohaterów w ramy opowieści o kryzysie.

- Zdecydowałam się osadzić akcję na stepie, a miasto pokazać jako swojego rodzaju groźbę zwiastującą utratę tożsamości. Wszystkie cywilizacyjne nowinki, które pojawiają się na stepie, negatywnie odbijają się na życiu koczowników. Bank jest trochę jak biblijny wąż, który wślizguje się do raju, kusi i sprawia, że zadłużony koczownik, musi spakować swój dobytek i udać się do miasta.

Kard z filmu Zud (fot. materiały prasowe)

Mongolia przechodzi etap transformacji bliski tej, z jaką Polska mierzyła się po 1989 roku. Kraj zmierza w stronę kapitalizmu. Ten jednak morduje mongolską kulturę - wyprowadza ludzi ze stepu.

W Mongolii próbowano stworzyć giełdę i przeprowadzić powszechną prywatyzację za pomocą bonów. Jednak akcja zakończyła się fiaskiem, bo prości Mongołowie wymieniali papiery na worki mąki.

- Koczownicy to ludzie prości, ale nie prostaccy. Tradycja mówiona jest dla nich ważniejsza niż pisana. W ich oczach dokumenty nigdy nie będą miały takiej wartości, jaką chcieliby im nadać ambitni maklerzy. W samolocie do Ułan Bator zawsze spotykaliśmy biznesmenów, którzy starali się zadzierzgnąć współpracę z Mongolią i wydobywać na terenie tego kraju różne zasoby mineralne oraz żwir wykorzystywany przy budowie autostrad. Każdy chciał uszczknąć coś dla siebie. Mongołowie tymczasem mierzyli się z poczuciem, że nie mają wpływu na to, co dzieje się z ich ziemią i nie czerpią żadnych profitów z faktu posiadania naturalnych bogactw. Rękę na nich położyły firmy z Rosji, Australii i Nowej Zelandii oraz ze Stanów Zjednoczonych.

Blue Sky Tower w Ułan Bator (fot. Romert / wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

A co z wpływem sąsiadów - Rosji i Chin?

- Z moich obserwacji wynika, że miłość do Rosji jest w Mongolii większa niż do Chin. Mam też wrażenie, że wszelkiego rodzaju zło, w mniemaniu Mongołów, zawsze pochodzi z Chin. Jeśli w danym roku kleszcze są większe niż zazwyczaj, na pewno przywędrowały stamtąd!

Czytałam, że skłonność do nadużywania alkoholu nie jest mongolską tradycją, ale spuścizną po sowieckiej kolonizacji. Sowieci kazali propagować picie wódki dla zdrowia, przekonywano o tym głównie młodzież.

- Mam wrażenie, że dużo większym problemem na stepie niż alkoholizm jest dziś hazard. Grając w kości lub w karty Mongołowie potrafią stracić wszystko, co mają.

Chinom nie mogą zapomnieć aneksji Wewnętrznej Mongolii. To rejon północnych Chin obejmujący południowe ziemie historycznej Mongolii. Kiedy w XVII wieku tereny te zostały opanowane przez Mandżurów, którzy przejęli władzę w Chinach, ta część Mongolii stała się częścią Chin. I jest nią do dziś, choć ludność w dalszym ciągu posługuje się w tym rejonie językiem mongolskim, hołduje mongolskim tradycjom i dba o to, by nie zostały one zapomniane ani wyparte.

A Rosjanie? Podarowali im serial "Czterej pancerni i pies", który był hitem w moskiewskiej telewizji; znają go wszyscy starsi Mongołowie. Niektórzy na pamięć znają dialogi! Batsaikhan Budee [filmowy Ojciec - przyp. red.] w kółko i z radością śpiewa "Deszcze niespokojne"!

Rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew i prezydent Mongolii Tsakhiagiin Elbegdorj (fot. government.ru)

A relacje między Mongolią a Polską? W czasach komunistycznych wielu Mongołów studiowało w Polsce, a wielu Polaków pracowało w Mongolii.

- Do dziś Państwowy Instytut Geologiczny blisko współpracuje z Mongolią, Polacy są w Mongolii regularnymi gośćmi, są tam znani, lubiani i poważani jako naukowcy. Nie spotkaliśmy ich jednak wielu. W Mongolii jest natomiast bardzo dużo polskich słodyczy i kompotu z wiśni, więc czuliśmy się tam jak w domu.

Mieliśmy kontakt głównie ze studentami, których niekiedy prosiliśmy o pomoc w tłumaczeniu rozmów z Mongołami. Wyjeżdżali na step z przyjemnością, ale kiedy zaczynał wiać wiatr, temperatura spadała poniżej zera, a zdjęcia się nie kończyły, z niektórych studentów robili się dezerterzy (śmiech ). Niemniej zawsze spotkania z nimi były bardzo miłe, a oni sami pomocni.

Na mongolskim stepie organizuje się mnóstwo nielegalnych wyścigów konnych, w których biorą udział dzieci. Wokół jednego z nich zawiązujesz akcję filmu.

- "Nadam" to najważniejsze mongolskie święto narodowe, podczas którego wszyscy zjeżdżają się do miast na zawody. Walczyć można  w trzech dyscyplinach: zapasach, łucznictwie i wyścigach konnych. Ale nomadzi organizują też wyścigi spontanicznie. Z jednej strony kultywują w ten sposób swoją tradycję, z drugiej - sprawdzają konie. Koń na stepie jest symbolem pozycji koczownika we wspólnocie. Jest też lokatą oszczędnościową. Dobrze biegający może osiągnąć zawrotną cenę. Na stepie, ze względu na wyścigi, od niedawna pojawił się jednak doping. Bogaci hodowcy szprycują konie. Podają im odżywki, które kupują na czarnym rynku. Wygrana wiąże się bowiem ze splendorem i finansowymi profitami dla hodowcy. Starsi nomadzi potępiają odżywki, ale fakt, że dzieci jako jeźdźcy biorą udział w tych zawodach, nikomu nigdy nie przeszkadzał. Nawet jeśli koń zrzuci małego jeźdźca w połowie trasy i sam dobiegnie do mety - może liczyć na medal. Różne organizacje pozarządowe starają się z tym walczyć, ale przypomina to walkę z wiatrakami.

Kard z filmu Zud (fot. materiały prasowe)

Mongołowie mają głęboki szacunek do duchowości.

- Kiedy mongolska asystentka naszego operatora odkryła, że ma on problemy z kolanem, z pełnym przekonaniem skierowała nas do szamana. Spotkanie odbywało się w małym mieszkaniu w bloku w Ułan Bator. W środku było mnóstwo dorosłych ludzi i dużo dzieci, na których nic, co działo się później, nie robiło szczególnego wrażenia. Szaman miał nieco ponad 25 lat. Był architektem. W ciągu dnia pracował w korporacji - wrócił do domu w garniturze. Przywitał się z rodzicami i przebrał w długą, szamańską szatę. Wyjął bęben. Każdy szaman wyznacza osobę, która tłumaczy jego przepowiednie wymawiane w staromongolskim języku. W tym przypadku rolę pośrednika pełniła jego matka. Podawała mu też trunki i tytoń, które miały go wprowadzić w trans.

Szaman może przybrać czarną postać (wróżbity) lub - po przeistoczeniu się - białą (lekarza). Na początku zaczął nam więc wróżyć. Pamiętam, że następnego dnia mieliśmy wracać do Polski. Byłam dosyć zniecierpliwiona, rzuciłam okiem na zegar. Szaman spojrzał wtedy na mnie i powiedział "Marto, nie spiesz się, źle robisz!". Następnego dnia okazało się, że pomyliłam dni wylotów! Potem nastąpił rytuał leczenia. Kiedy w pełni się zakończył, szaman był bardzo zmęczony. Jego matka sprzątała po ceremonii. Gdy tuż przed opuszczeniem mieszkania staliśmy w ciasnym przedpokoju, z pracy wrócił ojciec szamana, robotnik. Przez uchylone drzwi zobaczyliśmy, że podchodzi do syna, klęka przed nim i całuje jego stopy. Nigdy nie zapomnę tego obrazu.

A co z kolanem operatora?

(śmiech)

*Zud to ostry wiatr, co roku pojawiający się na mongolskim stepie zimą; wyróżnia się różne rodzaje zudu (biały, czarny, żelazny, zimny i mieszany), uzależnione głównie od poziomu spadku temperatury, liczby zimnych dni i zagrożenia, które ze sobą niesie; przychodzące wraz z wiatrem zamiecie sprawiają, że zwierzęta w gospodarstwach, które nie posiadają zapasów, tracą dostęp do żywności i umierają; w 2010 roku zud przyczynił się do śmierci 8 milionów zwierząt gospodarskich w Mongolii.

Marta Minorowicz. Studiowała teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Absolwentka kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Zrealizowała film "Anioł śmierci" dla Discovery History, opowiadający o kobietach, które przeżyły eksperymenty doktora Mengele. Jest autorką dokumentu "Kawałek Lata" (2010), który zdobył m.in. Grand Prix na festiwalu w Clermont-Ferrand i Golden Dove na festiwalu DOK Leipzig. "Zud" jest jej pełnometrażowym debiutem fabularnym.

Anna Bielak. Konsultantka scenariuszowa, selekcjonerka Krakowskiego Festiwalu Filmowego i dziennikarka współpracująca m.in. z Dwutygodnikiem, Magazynem Świątecznym GW i Weekend Gazetą.pl. Fanka mocnej kawy, dobrej literatury, długich podróży, niezależnego kina i rozmów z twórcami, których (jeszcze!) nikt nie zna.

Zobacz wideo