Rozmowa
Mariusz Zyngier (fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)
Mariusz Zyngier (fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl)

Co pan będzie robił w dniu strajku nauczycieli?

- Jadę z młodzieżą na wycieczkę do Pragi. Więc będę pracował. Wyjazd zaplanowaliśmy dawno temu. Ale gdybym nie jechał, również nie brałbym udziału w strajku.

Dlaczego?

- Jestem nauczycielem przedmiotów zawodowych z grupy elektryczno-elektronicznej. I dla mnie, a przede wszystkim dla moich uczniów, reforma jest korzystna. Odbieram ją "in plus". Nie zwiększy nam się liczba godzin kształcenia zawodowego, ale te przedmioty będą rozłożone na pięć, a nie jak teraz na cztery lata. Będzie więc więcej czasu na usystematyzowanie wiedzy i ułożenie się jej w głowie uczniów.

Poza tym sam biorę udział w pracach nad nową podstawą programową. Uważam, że proponowane zmiany są lepsze w porównaniu do tego, co obowiązywało od 2012 roku. W tamtych pracach też uczestniczyłem, ale teraz program został zaktualizowany, uwzględniono w nim postęp w technice i z tego powodu uważam, że moi uczniowie w technikum powinni na tym zyskać.

Mariusz Zyngier (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

A w innych szkołach? Jak pan ocenia reformę edukacji?

- Nie mam pojęcia. Nie będę udawał, że jestem omnibusem.

Proszę zatem powiedzieć, czy poziom nauczania w polskiej szkole jest wysoki?

- Jest kiepski. Pracuję 25 lat i doskonale widzę zmiany, które nastąpiły po wprowadzeniu gimnazjum. W mojej ocenie w przypadku matematyki i fizyki poziom zdecydowanie się obniżył, choć intencja autorów programów nauczania dla gimnazjów na przykład w zakresie matematyki była chyba inna. Chodziło o szeroko rozumiane kompetencje nie tylko matematyczne, ale i różne dodatkowe, co się w żaden sposób nie przekładało na to, co uczniowie powinni byli wiedzieć przed rozpoczęciem nauki ukierunkowanej na przedmioty zawodowe.

Myśli pan, że strajk może coś zmienić?

- Moim zdaniem jest on zorganizowany totalnie za późno. Mleko zostało rozlane. Zostały przecież wydane ogromne pieniądze na przykład na podstawy programowe. Uważam, że strajk będzie po prostu nieskuteczny. Przyznam jednak, że parę dni temu minister edukacji rozłożyła mnie na łopatki, gdy podczas rozmów o podwyżkach dla nauczycieli powiedziała: "Zwracajcie się do swoich dyrektorów". Cóż, w mojej ocenie pani minister chyba nie do końca jest świadoma, jak to wszystko jest zorganizowane, bo przecież po prostu jest budżet, z którego szkoły płacą nauczycielom. Co mój dyrektor może zrobić, gdy stwierdzę, że zarabiam za mało?

Byłoby mi bardzo szkoda, gdyby się okazało, że nauczyciele stracą pracę. Pamiętam, że kiedy przed laty likwidowano ośmioklasowe szkoły podstawowe i tworzono gimnazja, my, nauczyciele przedmiotów zawodowych, straciliśmy jeden rok nauki. Tak samo jak nauczyciele liceów ogólnokształcących. A protestów tak mocnych nie było.

Strajk nauczycieli w Zielonej Górze (fot. Agnieszka Kosiec / Agencja Gazeta)

Może zatem teraz są potrzebne?

- Teraz jest już po zabawie. Gdyby nauczyciele wszystkich rodzajów szkół mocno wyrażali swoje wątpliwości, ale przed podpisaniem rozporządzeń regulujących te zmiany, być może ktoś wstrzymałby swój długopis przed podpisaniem ustawy. Teraz to nie ma sensu.

Mariusz Zyngier . Nauczyciel w Zespole Szkół w Połańcu w Świętokrzyskiem. Uczy przedmiotów zawodowych z grupy elektroniczno-elektrycznej. Znalazł się w grupie 50 nauczycieli z całego świata nominowanych do szkolnego Nobla.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.